ONA:

Po całym ciężkim, totalnie zakręconym i wyczerpującym tygodniu, nie ma to jak sobie zdechnąć w łóżku, pod kołdrą i z psem obok, i odpalić film o eutanazji. Perfekcyjnie, poważnie…

Jack Kevorkian, syn ormiańskich imigrantów, był amerykańskim lekarzem, który głośno i wyraźnie powiedział „Umieranie to nie zbrodnia”. Od lat 80. wielokrotnie publikował artykuły, w których przychylał się eutanazji. Nazywał siebie doradcą ds. śmierci. Na czym polegała jego „praca”? Stworzył urządzenie, bardzo proste, dzięki któremu osoba chora, dotknięta tzw. chorobą terminalną (schorzenie, które nieuchronnie prowadzi do śmierci, bez możliwości leczenia przyczynowego, a jedynie „objawowego”), może w sposób bezbolesny, „etyczny” i świadomy popełnić samobójstwo – kończąc tak długoletnie cierpienia, strach i obawę przed tym, co będzie. Jedno pociągnięcie za sznurek – tyle wystarczy… Kevorkian ponoć „asystował” przy 130 takich zabiegach – będąc jednocześnie w pełni przekonany, że to, co robi, jest słuszne i potrzebne. Jako lekarz potrafił zdiagnozować pacjenta. Jako człowiek, któremu silnie przyświecała idea wolności i samostanowienia – dawał chorym szansę na godność, którą dane schorzenie już im dawno temu odebrało.

„Jack, jakiego nie znacie” to film, który opowiada o tej postaci. Kevorkian, brawurowo zagrany przez Ala Pacino, wprowadził nas – widzów, w świat śmierci, która nie spada nagle, pozostawiając ból i cierpienie, tylko śmierci, na którą się czeka. Ba! Na którą się nie można doczekać! Absolutnie nie jest to film, który należy do grona „lekkich” i przyjemnych. Wydawało mi się, że moje uwielbienie do sensacji i thrillerów przytępiło moje „wyczucie” filmowej śmierci, bo w tego typu filmach trup pada co chwilę, od samych napisów początkowych, po końcowe. Tu jest inaczej. Tu każdy kolejny „zabieg” bardziej ściska za gardło, spłyca oddech, podbija totalną ciszę. To jeden z tych filmów, które „lekko” wywracają głowę, bo fabuła solidnie uderza w ogólnie przyjęty porządek świata. Lekarz, którego powołanie zawiera się w przysiędze, by służyć życiu i zdrowiu, zapobiegać chorobom, mając na celu wyłącznie dobro chorego i przeciwdziałać jego cierpieniu – uczestniczy w jego świadomym przerwaniu, ale nie przez „wyleczenie”, a przez „zabicie”. Oglądając ten film mocno kibicowałam zarówno lekarzowi, jak i jego „pacjentom” – z punktu widzenia „widza” to wszystko było bardzo proste. Zmieniały się tylko historie – ale trzon był taki sam – skończyć cierpienie, dać godną śmierć bez strachu. Oczywiście, popełniłam kardynalny błąd, bo poczytałam kilka opinii na temat i filmu, i samego lekarza – i sorry, ale jak słyszę PIERDOLENIE „życie to święty dar od boga”, „eutanazja to zabójstwo”, to wykręca mi bebechy na lewą stronę. Dobrze, że powstał ten film. Ba! Dobrze, że żył ktoś taki jak dr Jack Kevorkian.

Nie oglądać tego filmu w napadzie dupresji, kryzysów zdrowotnych itp.

Obejrzeć „na trzeźwo”. Obejrzeć koniecznie!