ONA:

Współczesne kino horrorowe od dłuższego czasu jest dla mnie zagadką. Nie rozumiem go, w większości przypadków nie podoba mi się, a twórców i fanów wrzucam do jednego wora z etykietką „Popieprzeńcy”. Jednak od momentu, od kiedy taki popieprzeniec ze mną mieszka, wszystko stanęło na głowie.

I to nie jest tak, że nagle zaczęłam uwielbiać to kino. Ale oglądam go częściej. Dejw wybiera mi lżejsze klimaty, po których nie będę schizować. No i oglądamy to jedynie w domowym zaciszu, bowiem raz popełniłam błąd i pojechałam na coś horrorowatego do kina, a potem wracając leśną drogą, ciągle miałam wrażenie, że zaraz mnie coś zeżre razem z autem. Raczej wątpliwe jest to, że kiedyś obejrzę „Paranormal Activity”, „Dead Silence” czy „White noise”. Chyba dysponuję zbyt wątłą psychiką na takie seanse. Trochę mnie to kusi, ale i bez tego wiem, jak wielu popieprzeńców chodzi po świecie.

Historię jednego z nich zobaczyłam w filmie „The Midnight Meat Train” z Bradleyem Cooperem. Pięknooki jegomość gra tu fotografa, któremu marzy się konkretna kariera. Jego fetyszem jest miasto, jego najciemniejsze zakątki i największe szumowiny. Ale ciągle brakuje im tego CZEGOŚ, co będzie tajemnicą, co poruszy ludzi. Tak przynajmniej mówi mu jego „szefowa”, u której ma mieć wystawę. Zatem Leon, uzbrojony w aparat, dalej włóczy się po mieście spowitym nocą i złem. Cała historia nabiera tempa, gdy pomaga pewnej uroczej Azjatce wymigać się spod ohydnych łap kolesi, którzy zaczepili ją w metrze. Na odchodne strzela jej kilka spontanicznych fot i drzwi do wagonu się zamykają. Dzień później czyta w gazecie, że dziewczyna zaginęła. Wygląda na to, że widział ją jako ostatni… Zatem co się działo podczas tej ostatniej podróży lub bezpośrednio po niej?

Oj działo się sporo. W metrze od dłuższego czasu grasuje wielki jak dąb chłop, nienagannie ubrany, z dużą torbą, w której trzyma tłuczek do mięsa. Ale nie byle jaki. Tłuczek lśni stalą i jest wielki jak jego pięść. Wchodzi do metra, który właśnie obiera ostatni kurs w oddaloną stację. Zwykle o tej porze nie ma praktycznie ludzi, poza kilkoma wyjątkami. I w większości przypadków ów wyjątek dostaje po głowie wspomnianym tłuczkiem, a nasz drogi rzeźnik oprawia mięso z kunsztem godnym zawodowca.

Niestety, drogi Leona i rzeźnika szybko się krzyżują. Fotograf zaczyna łączyć fakty, zauważa wiele detali, które mówią jasno – to Mahogany morduje ludzi. Jego bliscy za bardzo mu w to nie wierzą. Ukochana martwi się, że Leon traci zmysły, a psychoza zdobycia „dobrego” zdjęcia go wykańcza. Ale wkrótce i ona zrozumie, że jej facet nie ześwirował…

Film jest mocny. Oczywiście, wszystkie sceny z zarzynaniem, rozwalaniem głów, z pitwaniem ludzi są nie dość, że zdrowo ohydne, to jeszcze bardziej nienaturalne. Chociaż, ja nawet kury nigdy nie rozczłonkowywałam, więc co mogę w tym temacie powiedzieć. Tak mi to przynajmniej śmierdzi. Opinie na temat dzieła Kitamury nie są wybitne, a jak pochwaliłam się na twitterze, że właśnie do tego zasiadam, to w większości pojawiły się odpowiedzi, że ten film to mega, mega crap. Tymczasem, ja ciągle dawałam mu szansę, a po seansie mogę przyznać, że końcówka, mimo, że jest dość dziwna – zaskakuje. Historia okazuje się mieć początek i koniec, a finałowa scena sprawia, że całość zatacza koło. Lubię takie zabiegi!

Film nie broni się za bardzo fabułą, jedynie właśnie smaczkami. Do tego dwóch głównych bohaterów: Leon w ciele Coopera i Mahogany, grany przez Vinnie Jonesa sprawiają, że nie mamy ochoty zabić się przy pomocy pilota do telewizora.

Co więcej! Ciągle zastanawiam się nad kilkoma rzeczami. Przede wszystkim – kto do cholery sprzątał te wagony?! I czemu kobiety głównych bohaterów w tego typu filmach zawsze są tak irytujące. Zawsze wchodzą nie tam gdzie trzeba, zawsze giną w mniej lub bardziej wysublimowany sposób. No i najważniejsze: czy morderca z metra nie jest czasem bohaterem, któremu ludzkość zawdzięcza spokojne życie, kosztem kilku osób…

ON:

Jako wielki fan filmów klasy „B”, szczególnie horrorów, czasem uda mi się namówić Paulinę na wspólny seans, któregoś z klasyków. Mając na myśli klasyki, mówię o takich rzeczach jak „Martwica mózgu”, „The Thing” czy „Essential Killing”. A nie przepraszam, horrorem jest oglądanie tego ostatniego, mimo że z thrillerami nie ma nic wspólnego. Tak czy inaczej, czasami uda mi się ją namówić na mocniejsze kino. Oczywiście, nie pokazuję jej najstraszniejszych filmów, bo nie chcę, aby mi się moczyła po nocach, a ja sam mam już wystarczająco zepsutą głowę niektórymi seansami. Tak się zdarzyło, że naszło mnie na „Nocny pociąg z mięsem”, no i niestety Papi była zmuszona do oglądnięcia tego „dzieła”.

Film o rzeźniku z metra jest tak samo finezyjny, jak jego tytuł. To taki „splatter” lub „gore”, w którym trup się ściele gęsto, a wszelkiego rodzaju mordy, pokazane są bardzo widowiskowo i naturalistycznie. Jest to ekranizacja opowiadania mistrza, klasyka horroru – Clive’a Barkera, pod tym samym tytułem. Można je było przeczytać w zbiorze krótkich nowelek pod tytułem „Księga krwi”. Barker to taki Gaiman powieści grozy. Jak i w przypadku Neila, zawsze gdzieś coś czai się za rogiem, na granicy rzeczywistości. Wszędzie znajdziemy drugie dno i nie wszyscy są tym, kim się wydają.

Fabuła skupia się na dwóch, wzajemnie przeplatających się wątkach. Najpierw poznajemy Leona (Bradley Cooper), młodego, zafascynowanego miastem fotografa, który spędza godziny na znalezieniu najlepszych scen i chwil z życia metropolii. Jego młoda ukochana z jednej strony go popiera, z drugiej bardzo się obawia, gdyż często włóczy się po nocach. Dzięki swoim znajomościom dociera do znanej właścicielki galerii, która postanawia dać Leonowi szansę. Fotograf jednak jeszcze bardziej brnie w nocne podróże, które stają się jeszcze niebezpieczniejsze.

Drugim wątkiem jest miejska legenda o „rzeźniku z metra”, podobno zawsze w ostatnich nocnych pociągach giną gapie, którzy prześpią swoje stacje. Kim on jest? Nie wiadomo. Tak samo jak niewiadomą jest gdzie są ciała zaginionych, dokąd je zabiera i w jakim celu. Przez przypadek Leon robi jedno zdjęcie mężczyzny, który może być zamieszany w sprawę morderstw. Jego obsesja staje się tak ogromna, że zaczyna go śledzić, a jego przypuszczenia znajdują fizyczne dowody. Oba wątki zaczynają się przeplatać, aż dochodzi do konfrontacji pomiędzy fotografem a rzeźnikiem.

„Nocny pociąg z mięsem” to film wyłącznie dla wielbicieli gatunku lub fanów Barkera. Znajdziemy tu wszystko, co powinien mieć każdy horror, można go wsadzić do szufladki, gdyż ta etykietka do niego bardzo, bardzo pasuje. Jeśli więc lubicie krew, flaki, lubicie się bać (choć nie jest tak bardzo strasznie), to można go sobie obejrzeć w ramach wieczornego seansu.