ONA:

Obejrzałam ten film tylko i wyłącznie dlatego, bo znajomi podnieśli larum, że w tej produkcji mamy strasznie kłujący w oczy product placement Apple’a. Po pierwsze: może i jestem wyznawcą jabłka, ale nie mam problemu z żadnym logiem, nie ważne czy to owoc, trzy paski albo cztery połączone ze sobą koła. Po drugie: kłujący w oczy product placement to możemy oglądać w rodzimych produkcjach i nie mam tu na myśli tylko „Klanu”, ale i filmy pełnometrażowe. Więc chyba tak źle być nie może…

Jeżu, jaka jestem głupia i naiwna! „Sekstaśma” to film, który jest absolutnie beznadziejny! To już nawet nie chodzi o iPady, Mac Booki i iMaki. Obawiam się, że to jedne z nielicznych zalet tego dzieła. Po prostu jak na komedię, to jest strasznie drętwo. Strasznie! Fabuła jest zidiociała, skretyniała i tak durna, że po 15 minutach wiecie, że trafiliście na gniota.

Dawno temu, gdy Annie (Cameron Diaz) i Jay (Jason Segel) się poznali, byli seksualnymi maszynami. Zawsze i wszędzie, bez końca, non stop. Potem ona zaszła w pierwszą ciążę, potem w drugą, a rola kochanków została wyparta przez obowiązki rodzinno-macierzyńsko-zawodowe. Z „Zawsze i wszędzie” zrobiło się „Może w przyszły czwartek?”. Ta sytuacja zaczęła im strasznie doskwierać. No frustrat seksualny ich dopadł. Przecież jeszcze niedawno byli zawsze gotowymi do akcji zwierzętami. Co się stało?! Ja bym mogła im powiedzieć co się stało, ale znowu wyjdę na rodzinnego hejtera. W każdym razie małżonkowie żeby nieco odświeżyć pożycie intymne, postanawiają nagrać sobie swojego własnego pornosa. I jak to bywa z takimi treściami – szybko on wydostaje się poza sferę intymności i zaczyna krążyć po znajomych i nie tylko… Annie i Jay robią wszystko, żeby odzyskać materiał…

Szukam wystarczająco trafnych słów do opisania tej produkcji. „Żenua”? „Tragedia”? „Gówno”? No w każdym razie – coś koło tego. Trzy śmieszne momenty, trochę przekleństw, trochę seksu, tyłek Diaz, tyłek Sagela, trochę kokainy i rozwścieczony owczarek niemiecki. Dużo technologicznego bełkotu i silenia się na fajną, zabawną fabułę. Za to mamy po raz kolejny film, który arodzinnych utrzyma w przekonaniu, że „zabawa w dom” jest przereklamowana. Mnie do tego wszystkiego ogarniała potężna irytacja. No szlag mnie trafiał, po prostu. Szkoda czasu, poważnie. Do tego nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć pojawianie się Diaz w takich filmach, bowiem ona nie czai się ze swoim nierodzinnym podejściem do życia. Widać tylko ona, w kręgu 40+ miała ochotę świecić dupą, ciągle zresztą apetyczną. Odradzam równie mocno, jak podróżowanie po Afryce.

ON:

Jak widzę Cameron Diaz, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Nie cierpię tej baby bardzo. Ani z niej wyjątkowa aktorka, ani ładna dupa, na której można oko powiesić. Oczywiście, to moja osobista refleksja i każdy może myśleć inaczej. Przechodząc do sedna, staram się unikać produkcji, w których pojawia się ta babka. Niestety, obowiązek wzywa, tym razem zawezwał do obejrzenia baaardzo słabieńkiej komedii pod tytułem „Sex Tape”.

Zaczynamy od sexu, bo przecież to film o sexie. Annie i Jay to szczęśliwa para, która konsumuje swój związek bardzo dziko i hucznie. Idzie im to świetnie i nie ma miejsca, w którym by się nie bzykali. Przerobili każdą z seksualnych pozycji, jakie są nam znane i jest im naprawdę fajnie. Niestety, w życiu każdej pary nadchodzi czas szczęśliwej ciąży, dzidziusia i wszystkich spraw parentingowych. Co za tym idzie sex jest tylko na wilka – wilk siedzi przy dziurze i wyje. Podobnie jest i w tym przypadku.

Mija trochę czasu, ciąża jest już tylko wspomnieniem, ale z powodów różnorakich nie ma już tego dzikiego, zwierzęcego seksu, który był częścią związku. Wszystko się gdzieś rozmyło, rozlazło. Aby ratować sytuację Annie postanawia zrobić niespodziankę swojemu ukochanemu i organizuje intymny wieczorek. Początki nie są jakoś bardzo udane i spektakularne, ale później jest już tylko lepiej. Dochodzi do momentu, w którym para postanawiać własnego pornola, a używają do tego iPada. Nazajutrz rano wszystko wraca do normy. Do czasu.

Po jednej z imprez Jay dostaje smsa z nieznanego numeru, że nagrał świetny film. Gdy dopytuje się o co chodzi wychodzi na jaw, że idiota zsynchronizował wszystkie urządzenia z chmurą i dostęp do filmu ma każda osoba, która ma jakikolwiek ich sprzęt, a okazuje się, że dużo tego narozdawali. Zaczyna się więc szereg panicznych prób odzyskania urządzeń, by usunąć film.

Pomysł może i niezły, wykonanie też nie jest tragiczne, ale sama komedia jest śmieszna jak kamień. Nie ma tutaj wyjątkowych skeczy, świetnych gagów, po prostu brak tu jaj. To chyba najlepsze określenie tego dzieła – brak jaj. Reasumując „Sex Tape” to mizerna komedia, z mierną grą aktorską i brakiem dobrych gagów. Szkoda czasu.