ONA:
Każda osoba, która ma swój dom, mieszanie czy cokolwiek innego gdzie żyje, wie, że posiadanie tego luksusu kosztuje. I nie mówię tu tylko o rachunkach, czynszu itd. Okej, jeśli ktoś lubi klimat pustelni, to rozumiem, że odrapane ściany i materac na podłodze wystarczą. Ale ja cenię sobie strasznie komfort i przytulność mieszkania. Zawsze marzyłam o dużym łóżku, na którym będzie milion poduszek, chciałam też mieć toaletkę, solidnie wyposażoną biblioteczkę i gabinet, w którym nikt nie będzie mnie wkurzał. I ogromna szafa! Tak, to jest to! Powoli, acz systematycznie dopieszczam nasze mieszkanie, doprowadzając czasem aktualnego narzeczonego do furii, ale koniec końców i tak przyznaje mi rację. Tak, jeżdżę z meblami, przekładam książki i filmy, kombinuję jak dobrze wykorzystać przestrzeń, bo przecież mamy trzy pokoje, łazienkę i sporawy korytarz, ale chomikomania Dawida sprawia, że w jednym mieszkają książki i muzyka, a w drugim jego gry na konsolę. Jak widać, nie ma tu miejsca na dziecko… Ale mieszkanie to nie tylko meble i bibeloty. Jak pomyślę, że 3 lata temu urządziłam sobie dość spory remont, polegający na malowaniu ścian, chwilę później wymieniliśmy wykładzinę na panele, w ruch poszły też nowe listwy przypodłogowe, a teraz uświadomię sobie, że na skutek własnego lenistwa muszę na nowo pomalować sypialnię, zrobić porządek ze ścianami, sufitami, z łazienką, to dostaję palipitacji. Bo w posiadaniu domu ja najbardziej lubię porządek… Na szczęście, mimo tych wszystkich rzeczy, które wiszą na liście do zrobienia, nasze mieszkanko daje radę.
Mniej szczęścia mieli bohaterowie filmu „Skarbonka”. Walter i Anna żyją w słodkim konkubinacie, nie śpiesząc się do sformalizowania związku, bo tak im jest dobrze. Skąd ja to znam? Szukając naprędce miejsca do mieszkania, dostają ofertę, która śmierdzi z daleka, ale przecież nie może być tak, że całe życie muszą iść pod górkę. Oferta to nic innego jak piękny dom, właściwie dosyć spora posiadłość, stylowa, z dużym ogrodem, z klimatem. Sprzedawana za bezcen, ale wymagająca szybkiej decyzji. Bezmyślnie para godzi się na wydanie 200 tysięcy zielonych i gdy po byłej właścicielce nie było już śladu, zaczynają urządzać się w domku. Albo to raczej domek ich nieźle urządził. Dlaczego? Cóż. W tym domu wali się wszystko. Zaczyna się od niewinnego schodka, tylko po to, żeby w końcu schody sobie poszły. W rurach zamiast wody jest brązowa breja, sufit wali się na głowy, dach przecieka, elektryka siada. Wszystko siada. Wszystko, dosłownie wszystko jest zrypane. Czego nie dotkną, zmienia się w rozwalony lub rozwalający się pisofszit. Ale bohaterowie nie załamują się. Ich optymizm jest słodki jak krem krówkowy wyjadany prosto ze słoika palcem. Ale jak to bywa w życiu i optymizm, i zapał, i krem krówkowy kiedyś się kończą…
Młody Tomasz Hankowicz rządzi. Jego śmiech, jego mimika, jego autentyczność w każdym filmie – to przyciąga i zaraża. Sceny z nim bawią, często i do łez. Oczywiście, film ma happy end, ale to zdecydowanie komedia, czasem chamska, a ja takie lubię najbardziej. Klimat lat 80. oddany w pełni, zarówno w muzyce, jak i w kostiumach. Komizm sytuacyjny i stereotypowe ujęcie kilku tematów dodaje smaczku.
Film jest moim rówieśnikiem, a jak łatwo zaobserwować – to co powstało w 1986 roku jest zajebiste.
ON:
„Skarbonka” jest kolejnym filmem z naszego cyklu „powrotu do filmowej przeszłości”, tym razem cofnęliśmy się do 1986 roku. Dzięki tym podróżom przypominamy sobie filmy, które pamiętamy z naszych młodzieńczych lat. Nie wiem dlaczego, ale nie kojarzyłem zupełnie tego tytułu, widocznie przegrał z „Predatorem”.
Historia jest banalna i przewidywalna, ale takie były filmy w latach 80-tych i to dodawało im uroku. Życie Waltera i Anny stanęło na głowie w ciągu jednego dnia. Muszą praktycznie „od zaraz” opuścić mieszkanie w którym mieszkają, gdyż wraca do niego jego prawowity właściciel, czyli były facet Anny. Zakochani są goli i weseli, nie mają za wielkiej opcji znalezienia nowego mieszkania. Od „zaprzyjaźnionego” handlarza nieruchomości dowiadują się o bardzo atrakcyjnej ofercie sprzedaży wielkiego domu pod Nowym Yorkiem. Cena to 200 tysięcy dolarów za coś, co normalnie kosztuje milion. Gdzie jest kruczek? W wielkiej posiadłości pomieszkuje tylko starsza kobieta, której mąż został zgarnięty przez agentów Mosadu, bo podczas wojny pracował dla Niemców. Musi więc bardzo szybko spieniężyć nieruchomość. Decyzja o kupnie została podjęta pod wpływem emocji oraz nacisków starszej kobiety. Skołowanie kasy było trudne, ale odrobina perswazji potrafi czynić cuda. Ziarnko do ziarna i mamy dwa ziarnka. Umowa została podpisana i teraz pozostaje tylko zamieszkać w nowym, wymarzonym domostwie. Wiadomo – czasem może się zdarzyć, że gdy kupimy coś używanego, to nie będzie to do końca tak dobre jak nowe, podobnie ma się sytuacja z budynkiem, w którym zamieszkali Walter i Anna. To takie drobiazgi doprowadzające do frustracji, a także do ruiny domowego budżetu. Okazuje się że rurociągi nie są tak dobre na jakie wyglądały, instalacja elektryczna „pali się” do pracy, a schody wręcz rozpadają się pod ciężarem nowego właściciela. To początek całej masy usterek jakie pojawiają się z minuty na minutę. To wypadną drzwi, to zawali się podłoga, to wybuchnie piekarnik. Zaczyna się więc remont, mający się zakończyć za dwa tygodnie, a trwający już czwarty miesiąc. Można powiedzieć, że posiadłość postawiono go praktycznie od nowa. We wspólnym życiu młodych cały czas przewija się Max, były facet Anny. Ciągle próbuje przekonać byłą ukochaną do powrotu, a w ostateczności tylko do sexu. Jedno z kolejnych spotkań kończy się u niego w domu, a wstawiona kobieta godzi się praktycznie na wszystko. Po tym spotkaniu dochodzi do konfrontacji pomiędzy ukochanymi i teraz poza problemem związanym z budową domu, dochodzi problem ogromnego kryzysu w ich związku. Czy uda im się rozwiązać swoje problemy?
Tak jak wspominałem na początku – to klasyczna komedia z lat 80-tych, którą tak naprawdę ratuje młody Tom Hanks, scena z wanną oraz jego histeryczny śmiech. One po prostu powalają. Humor, z jakim mamy do czynienia, jest przede wszystkim sytuacyjny, bazujący na pojawiających się kolejnych usterkach i sytuacjach z nimi związanych. To takie spokojne odmóżdżające kino, które zobaczysz raz i pewnie później o nim zapomnisz.
