ON:
W dniu wczorajszym mieliśmy dość duży dylemat co powinniśmy obejrzeć. Nie było za bardzo pomysłu na gatunek, a tym bardziej tytuł. W końcu po chwili namysłu Paulina stwierdziła, że chce obejrzeć „Helikopter w ogniu”, bo tego dzieła jeszcze nie miała okazji widzieć. Ponieważ było to ogromne uchybienie, coś jak policzek dla pana Scotta, postanowiliśmy to naprawić.
Opowieść, którą zgrabnie ubrał w filmowe obrazy scenarzysta Ken Nolan, wydarzyła się naprawdę, a miała miejsce w 1993 roku w Somalii, a dokładniej w Mogadiszu. Dwugodzinna wojenna etiuda jest świetnie wyreżyserowanym i fantastycznie przedstawionym widowiskiem. Między innymi dlatego, że za zdjęcia odpowiada Sławomir Idziak, a za ścieżkę dźwiękową Hans Zimmer.
Wyreżyserowany przez Scota film skupia się na dwudniowych walkach w Mogadiszu, kiedy to postanowiono „zdjąć” ówczesnego dyktatora. To, co działo się na tamtych ziemiach, nie zaliczało się do spacerku dziką plażą. Prywatna milicja władyki napadała na konwoje z żywnością, zabijała ludzi i ogólnie robiła co jej się podobało. Pod naciskiem kolejnych państw, rząd USA zdecydował się wysłać 20 tysięcy żołnierzy w na teren Somalii.
Można powiedzieć, że nie ma w tym dziele scenariusza, że mamy do czynienia ze zbitkiem kolejnych scen batalistycznych, które pokazują postacie biorące udział w dramacie. Z jednej strony około 170 żołnierzy USA, z drugiej ponad 3000 somalijskich, rozwścieczonych samozwańczych policjantów. Cała opowieść trzyma w napięciu mimo tego, że wiemy jak się zakończy ten konflikt, gdyż cała akcja opisana jest w sieci, na wielu stronach. Niewprawnemu widzowi wydaje się, że amerykańska misja jest pasmem bzdurnych decyzji i porażek, ale podobno tak nie jest i wydarzenia, które miały miejsce w ciągu tych dwóch dni, ocenione zostały jako zgodne z procedurami armii. Inna sprawa, że wojska USA szły na rzeź, ponieważ Somalijczycy wiedzieli o nadchodzącym ataku. Przy tak dużej przewadze liczebnej cud, że zginęło tylko tylu żołnierzy.
Pod względem narracji „Helikopter w ogniu” przypomina mi trochę „Cienką czerwoną linię” w reżyserii Terrence’a Malicka. Podobnie jak i tam, mamy tutaj nagłą zmianę stron i atakujący stają się zwierzyną, która walczy o przetrwanie, a relacje pomiędzy żołnierzami i przełożonymi zmieniają się z wojskowych na ludzkie, bardziej emocjonalne.
Scott po raz kolejny pokazał, że niezależnie od gatunku, daje sobie genialnie radę siedząc na krześle reżysera. Wojna w jego wydaniu jest plastyczna i brutalna, postacie wiarygodne i ludzkie, całość dopełniają zdjęcia i muzyka. Jest to hołd oddany poległym i tym, którzy walczą za wolność.
ONA:
Zły dzień. Zły od a do z. Po nieprzespanej nocy, a do tego zimny i odpychający. Zaraz po pracy resztkami sił pojechałam do sklepu po towar niezbędny na takie okoliczności, czyli słodkości pod różnymi postaciami. A potem tylko kołderka, przygaszone światło, pozycja horyzontalna, film i jak zasnę, to proszę mnie nie budzić aż do rana. Ale nie zasnęłam. Dzieło, które „od niechcenia” wrzuciłam do czytnika, skupiło moją uwagę tak mocno, że przeżywałam go do samych napisów końcowych.
„Helikopter w ogniu” widziałam jakiś czas temu mniej więcej do połowy. Jakoś nie było nam za bardzo po drodze. Ale minęło kilka lat i teraz mogę to napisać bez zbędnej kurtuazji: to jest naprawdę zajebiste kino wojenne, które urzeka nie tylko akcją, efektami i dynamiką, ale i fabułą. Mimo, że siedzisz pod kołdrą, a od złego broni Cię Twój 25-kilogramowy pies i tak jesteś w centrum wydarzeń, w samym środku piekła. A najbardziej przerażające jest to, że ta historia wydarzyła się naprawdę…
To miała być „rutynowa” akcja. Nie żeby nie liczono się ze szkodami, ale nikomu nie przeszło nawet przez myśl, jak w oka mgnieniu wszystko może się posypać. Akcja, która miała trwać pół godziny, okazała się jedną, wielką tragedią, w której zginęło wiele osób. Elitarna jednostka, która miała odbić dwóch wrogich przywódców, weszła w paszczę wroga. Wroga, który za wszelką cenę chciał obronić swój teren. Jeśli chcecie poczytać coś więcej na temat bitwy o Mogadiszu, która miała miejsce w 1993 roku, odsyłam Was do sieci. Ale zróbcie to dopiero po seansie. Szkoda spoilerować sobie tak smakowite, pełne emocji i napięcia kino wojenne.
Ridley Scott to nie byle jaki reżyser. Jego filmy zachwycają każdym elementem składowym. On dobiera sobie tak rewelacyjny zespół, zarówno ten przed, jak i za kamerą, że trudno się dziwić, że jego filmy są po prostu bardzo dobre i szturmem wchodzą do kanonu. Tu nie ma słabych momentów, nudnych i przydługich scen. Nie ma tu też zbędnego patosu, chociaż podejrzewam, że te 13 lat temu łatwiej było kręcić takie dzieła, niż teraz, bo gdyby w teraz ktoś wziął się za taką filmową masakrę na Somalijczykach, z miejsca potraktowano by go jako największego rasistę – cóż, ten film budzi emocje i nie koniecznie muszą być one szlachetne.
Trudno tu mówić o lepszych i gorszych postaciach – aktorzy wspięli się na wyżyny własnej zajebistości. Dopełnieniem tego dzieła jest perfekcyjna wręcz muzyka Hansa Zimmera. A to, co reżyser i montażyści zrobili z kolejnymi ujęciami i zdjęciami – zahacza o mistrzostwo. Bardzo się cieszę, że dałam tej produkcji jeszcze jedną szansę, bo to jeden z lepszych filmów wojennych, jakie kiedykolwiek obejrzałam.
