ONA:

Jestem wielką fanką Madsa Mikkelsena. Jest w nim coś takiego, co sprawia, że moje ciało pokrywa gęsia skórka, a krew w żyłach buzuje. Kreacje, które do tej pory zobaczyłam, dopełniają ten obraz i powoli ten Duńczyk wchodzi w kanon moich ulubionych aktorów. Ale przyznam szczerze, że nie widziałam go jakoś wybitnie w filmie, który dzieje się na Dzikim Zachodzie. Obawiałam się, że będzie tam pasował jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Och, jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dał radę. I to jak!

Jon jest imigrantem, który zapragnął osiedlić się na nowej ziemi. Niestety, jego spokojne, rodzinne życie, zostało brutalnie przerwane. Podczas podróży on i jego bliscy – żona i syn, natknęli się na dwóch oprychów. To spotkanie skończył się tragedią: rodzina bohatera zostaje bestialsko zamordowana. Mężczyzna postanawia się zemścić za wszelką cenę… Niestety, po raz kolejny los kpi z niego, bowiem przy okazji trafia na brutala, który jest bratem jednego z morderców. To będzie starcie pomiędzy nimi dwoma…

Właściwie ta fabuła jest na tyle uniwersalna, że mogła się dziać w czasach starożytnych, w Anglii podczas panowania Elżbiety I, w Indiach, na Bliskim Wschodzie, w Europie – kiedyś i teraz. Twórcy, którzy co ciekawe – są Duńczykami, wybrali Dziki Zachód i wyszło im to super. Zadbali oni o klimat, o brud, o piach i o bardzo typowe, jak na tamte czasy, rozwiązania „prawne”. Wtedy wystarczyło mieć trochę skurwielstwa we krwi, by rządzić całym miastem i okolicą. Poza tym, to też starcie dwóch zupełnie różnych charakterów, a przy okazji dobra i zła, przy czym atmosferę w obu narożnikach podsyca chęć zemsty. I to właśnie atmosfera oraz Mads sprawiają, że nawet błaha i oklepana fabuła nabiera rozpędu. Mikkelsen jest taki, jak zwykle – małomówny, dziwny i jest w tym coś niepokojącego. Klasyczny western został odświeżony i nie ma się wrażenia, że ten gatunek jest w stanie uratować tylko Eastwood. Jego młodszy, duński następca daje radę i robi to naprawdę świetnie.

Fajny, mądrze pokazany film. Prosty, ale świetnie wykonany.

ON:

Western to gatunek, którego próżno szukać wśród kinowych nowości. Coraz mniej produkuje się filmów dziejących się na Dzikim Zachodzie. Czasami jednak pojawiają się takie proste, a jednocześnie bardzo dobre filmy, jak „The Salvation”. To kino czerpiące z klasyków, które pozbawione jest zbędnych elementów i które skierowane jest od fanów gatunku.

Za produkcję tego dzieła stoją między innymi Duńczycy, stąd też w głównej roli pojawia się bardzo lubiany przeze mnie Mads Mikkelsen. Jest 1870 rok. Życie w Ameryce nie należy do najlżejszych, jednak ciężko pracujący Jon, który przybył tu z Europy, znalazł swoje miejsce na tej ziemi. Przez 7 lat dochodził do tego, co ma. Ciężka praca i zdobyte zaufanie sprawiają, iż jest jednym z lokalnych mieszkańców. Niestety, już niedługo okaże się, jak bardzo się mylił.

Po tych siedmiu latach nadszedł czas by sprowadzić do Stanów żonę i syna. Jon odbiera ich na dworcu kolejowym i opowiada co czeka na nich w nowym domu. Na miejsce mają dojechać dyliżansem, do którego „w ostatniej chwili” wsiada dwójka zakapiorów. Podróż przebiega w niezbyt miłej atmosferze. Głupie docinki i seksistowskie gadki podnoszą temperaturę, a gdy w pewnym momencie na biuście żony lądują łapy jednego z oprychów – miarka się przebiera. Los chce jednak innego finału, niż by chciał mężczyzna. Wyrzucony z pojazdu po pewnym czasie dogania oprawców, ale nie jest mu już dane zobaczyć rodziny wśród żywych. Nie myśląc wiele bierze karabin i zabija dwóch mężczyzn, którzy wyrządzili mu tak ogromną krzywdę. Okazuje się, że to dopiero początek. Jeden z bandytów był bratem lokalnego mafioza zwanego Delarue. Gdy dowiaduje się on o śmierci brata – wpada w szał i zaczyna zabijać niewinne osoby. Nie trzeba czekać długo, aby mieszkańcy miasta wsadzili głowy we własne dupy i zostawili Jona samemu sobie.

„The Salvation” jest filmem przesiąkniętym westernowym klimatem. To stara szkoła z oklepanym scenariuszem, gdzie jeden sprawiedliwy wymierza karę wszystkim złoczyńcom, a finał jest taki, że zbrodnia nie popłaca. Dodajcie do tego niezłe zdjęcia, świetną ścieżkę dźwiękową i macie dobre kino, które doceni każdy fan westernów. Warto.