ONA:

Od momentu, kiedy po  raz pierwszy widziałam „Kac Vegas”, film ten stał się dla mnie wyznacznikiem komedii spełnionej, która ma w sobie wszystkie cechy filmu bawiącego i śmieszącego. Z akcją, z dobrym poczuciem humoru, z gagami, które przechodzą do historii. I w obliczu tego filmu, większość wyprodukowanych komedii wygląda słabo. Pokładałam ogromne nadzieje w „Tedzie” i nie tyle, że nie był śmieszny, ale nie zachwycił mnie tak jak chlanie w Vegas. Z jeszcze większymi nadziejami pojechałam na „Straż sąsiedzką”…

Evan (Ben Stiller) jest przepełniony pozytywną energią, którą przekłada na pro-społeczne działania. Mieszka w małej mieścinie, w której aktywizuje mieszkańców, uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Pracuje w Costco, gdzie pełni funkcję menadżera. Kocha wszystkich ludzi, jest ekstremalnie sympatyczny i życzliwy – słowem: jakby ktoś jadł nutellę prosto ze słoika. Jeden z jego pracowników, Antonio, właśnie dostał amerykańskie obywatelstwo, co uczcił dumnym tatuażem „Proud to be an American”, a od szefa dostał sześciopak coli. Antonio jest stróżem w sklepie i na nocnej zmianie delikatnie mówiąc – coś go zaatakowało. Biedak nie dość, że wykitował, to jeszcze pozbył się skóry. Evan jest załamany śmiercią kolegi. Widząc jak pracuje miejska policja, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Podczas meczu przemawia do mieszańców miasta, proponując założyć straż sąsiedzką, która będzie patrolować okolicę. Jego odzew poruszył tylko 3 facetów: Jamarcusa, Boba i Franklina. Ten pierwszy ma kędziory, szparę między zębami i świeżo orzeczony rozwód, a także ciągi do Azjatek. Bob ma dorastającą córkę, z której hormony wylewają się każdym otworem ciała, ku przerażeniu ojca. A Franklin jest prawie policjantem. Prawie, bo oblał kilka znaczących egzaminów, ale ma aviatory na nosie, zawsze wkurzony wyraz twarzy i nóż. Każdy z nich ma inny pomysł na działania w ramach straży sąsiedzkiej. Niestety, pierwsze patrole wieją nudą… Do tego policjanci traktują ich z lekką pogardą, więc nasi bohaterowie mają jeszcze większą ochotę na jakąś solidną sprawę. I kiedy tak jadą, drząc się do genialnego kawałka BTO, nagle coś potrącają. Zielony spermo-glut i jakieś ohydne macki na masce samochodu świadczą jednoznacznie, że potrącili jakiegoś Japończyka, który jadł ośmiornicę. I zaczyna się akcja… Na ziemi pojawiają się obcy, w celu podbicia naszej planety. Ludzie im oczywiście w tym przeszkadzają, więc trzeba się ich pozbyć. A jak to najlepiej zrobić? Trzeba się wmieszać w tłum (już wiecie po co były im skóry z nieboszczyków), żeby poznać ludzkie słabe punkty… No i trzeba mieć bazę, miejsce, gdzie nie zabraknie niczego. Ot, takie Costco…

Film jest fajny, jest zabawny, ale mimo wszystko, potencjał trochę zmarnowano. Dla mnie najlepszą postacią jest Franklin (Jonah Hill), ale ja tego aktora kocham od czasów „Wpadki”. Gagów było sporo, ufoludki były śmieszne, ale i ohydne, a całość solidnie kpi z wszystkim filmów pt. „Ziemia jest taką fajną planetą, więc pewnie wszystkie obce istoty chcą ją przejąć i zrobić tu szkółkę niedzielną.” Taka forma kpienia podoba mi się o wiele bardziej, niż wszystkie „Straszne filmy” razem wzięte, ale to tylko świadczy o tym, że się starzeje.

Właściwie, na „Straż sąsiedzką” można się wybrać, bo i tak póki co nic ciekawszego w kinach nie puszczają. No chyba, że ktoś chce zobaczyć film o samobójcy z Katowic…

ON:

Jeśli gdzieś w kosmosie żyje cywilizacja, która jest inteligentna, to na pewno nie pojawi się na Ziemi. Kto o zdrowych zmysłach chciałby się dzielić z nami jakąś zajebistą technologią? Jeśli są inteligentni i krwiożerczy, to na pewno przylecą zrobić sobie z nas pastwisko, wtedy będzie im latać koło kosmicznego tyłka gdzie są, ważne, że smakujemy jak kurczak. Jeśli zaś kosmici są już na naszej planecie, to obstawiam, że żyją w Nowym Jorku, to idealne miejsce aby wtopić się w tłum.

Według amerykańskich filmowców kosmici zaczynają atak do wielkich miast, tam sparaliżują naszą obronę, wykończą żołnierzy w bazach, a później będą tylko zbiory, krwawe żniwa, w których my będziemy plonem. Jednak w filmie „Straż sąsiedzka” plan jest inny – kosmici zaczynają inwazję od Glenview w Ohio, tutaj zadomowią się, po czym nadadzą sygnał w kierunku swojej armady, która przybędzie do tej małej mieściny, a później będą tylko żniwa… Zanim jednak do tego dojdzie musimy poznać Evana (Ben Stiller), który idealnie wpasował się w miasteczko. Zakłada coraz to nowsze koła i stowarzyszenia, mające być dla niego namiastką posiadania przyjaciół. Poza tym robi to także z innego powodu, uwielbia rządzić innymi, a bycie założycielem koła daje mu niezrównaną władzę „prezesa”. Evan na co dzień pracuje w Costco, wielkim amerykańskim markecie ze wszystkim i wygląda na to, że jego praca daje mu satysfakcję. Podczas jednego wieczora mija się z nocnym stróżem – Antonio Guzmanem, Meksykaninem, który właśnie otrzymał obywatelstwo i teraz legalnie może pilnować sklepu. Spełnił się jego amerykański sen. Nowy Amerykanin dość swobodnie podszedł do swoich obowiązków tej nocy. Flaszka, jakieś pilsy, zioło. Po prostu chill na całego. Po kilku godzinach coś zwróciło jego uwagę, coś co szybko mignęło pomiędzy półkami. Nie wiemy co to było, poza tym że było szybkie, a stróż stał się krwawą plamą na drzwiach, które w panice starał się otworzyć. W ten sposób zakończył się jego amerykański sen. O zdarzeniu Evan dowiaduje się gdy podjeżdża rano pod sklep. Niepełnosprytny policjant, dobra – policjant półgłówek (tak będzie bardziej poprawnie politycznie) przeprowadza z nim szybki wywiad środowiskowy, po czym prowadzi go do ciała. Widok był tak okropny, że nasz bohater wpadł na pomył założenia straży sąsiedzkiej, która ma na celu rozwikłanie zagadki śmierci Guzmana, a przy okazji ma pomagać wszystkim obywatelom Glenview, będącym w potrzebie. Aby zwołać potrzebnych ochotników wygłasza w przerwie meczu lokalnej drużyny foootbolowej piękną przemowę. Okazuje się, że na kilkaset, a może i kilka tysięcy osób, w jego domu zjawia się trzech ochotników, a jak wiadomo taka liczba to już kompania. Do straży przyłączają się: podstarzały tatusiek Bob, którego oczkiem w głowie jest jego nastoletnia córka, Franklin – mieszkający z mamą niedoszły policjant, który ma trochę nie tak pod sufitem oraz ciemnoskóry Jamarcus. O tym ostatnim ciężko cokolwiek powiedzieć, najlepiej zobaczyć go samemu. Panowie zaczynają się włóczyć po dzielnicach, doglądając swoich bliźnich. Ogólnie poza Evanem reszta panów podchodzi do tematu dość lekko. Podczas jednego z patroli znajdują dziwną kulę, która okazuje się być czymś nie z tej ziemi. Po odpowiednim użyciu “tego czegoś”, krowy, ciągniki, bele siana przechodzą ze stałego stanu skupienia w lotny. Nadchodzi kolejna noc i wezwanie. Ktoś łazi po dachu wrednego starucha, to ta sama lokacja gdzie znaleziono kulę. Evan wraz z Jamarcusem zabrali się za sprawdzenie ogrodu, w którym coś dziwnego siedzi w krzakach. Nasz bohater nauczony „Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia” zaczął wydawać z siebie dziwne, przyjacielskie dźwięki, poczęstował przybysza gumą do żucia i dostał wpierdol. Dosłownie wylądował na drzwiach do szopy. Wredny, wściekły kosmita zabrał się za ciemnoskórego towarzysza. Na szczęście z pomocą przyszedł gipsowy krasnal ogrodowy, wykorzystany w postaci broni obuchowej, pozbawił kosmity tchu, bo po kilku godzinach okaże się, że jednak nie życia. Tak naprawdę od teraz zaczyna się akcja…

„Straż sąsiedzka” nie jest jakoś wyjątkowo śmieszna, ma momenty, które są naprawdę niezłe, ale czasami możemy oczekiwać przestojów. Potencjał filmu został trochę zmarnowany, ale nie jest to tragiczne kino. Ogląda się. Jako rozrywkowy obraz w tle do imprezy jest w sam raz.