ON:

Lata 60-te i 70-te były burzliwe dla Stanów Zjednoczonych Ameryki. Watergate, wojna w Wietnamie, protesty studentów i hipisów, walka o wyzwolenie czarnej ludności – to tylko kilka z problemów, szargających ten ogromny kraj. Wiele lat później pisarze, historycy i twórcy filmowi rozprawiali się z przeszłością USA. Mało było pochwał, za to wiele krytyki, czasem słusznej, czasem nie. Nie trzeba było długo czekać, aby twórcy przemycili do filmów i książek elementy piętnujące ówczesną sytuację polityczną i gospodarczą. Wszystko zawoalowane i odpowiednio przypudrowane tak, aby nikt „z góry” się nie przyczepił. Zabiegi te nie przeszkodziły jednak bystremu widzowi doszukać się ukrytego przesłania. W ten sposób rodziły się dzieła, które stały się kultowymi. Jednym z nich jest „Vanishing Point”

To kino drogi. Powstało na dwa lata po fenomenalnym i przejmującym „Easy Rider”. Zamiast motocyklistów pojawia się jeden zbuntowany kierowca. Na początku jest on trybem w ogromnej maszynie zwanej USA. Ale pewna noc zmienia jego życie na zawsze. Po wykonaniu ostatniego zlecenia, postanawia podjąć się kolejnego. Tym razem należy dostarczyć białego Dodge Chellengera R/T 440 Magnum do San Francisco. Nie ma w tym nic dziwnego gdyby nie to, że w tej chwili auto, jak i bohater, znajdują się w Denver, w stanie Kolorado. Z prostych wyliczeń wynika, że do przebycia jest ponad 1200 mil. Kowalski, bo tak zowie się „drajwer”, zakłada się z dealerem Jake’m, że dostarczy wóz pod wskazany adres w piętnaście godzin. Wynik taki można wykręcić tylko na prochach, więc w takowe zaopatruje się bohater.

Kowalski jest buntownikiem bez powodu, facetem jadącym przez Stany w białym aucie i wspominającym swoje życie. Kolejne mile uciekają pod kołami jak dni, które są już za nim. Dowiemy się, że ten zwykły człowiek, tryb, tłok maszyny zwanej demokracją, został wykorzystany przez system, tak jak każdy z nas. Retrospekcje pokazują nam, że służył w Wietnamie i został odznaczony za odwagę, był także kierowcą rajdowym oraz policjantem, ale zwolniono go ze służby po tym, jak powstrzymał swojego partnera przed gwałtem, jakiego chciał dokonać na młodej kobiecie. Nie może też zabraknąć byłej ukochanej. Widać, że życie nie rozpieszczało tego kolesia, ale pomimo wszystko jakoś zebrał się w sobie i stara się żyć w kraju, który wykorzystał go w każdym calu. Podróż nie różniła by się pewnie w żaden sposób od wszystkich innych, a film nie stałby się takim klasykiem, gdyby nie wątek pościgu. Jeszcze w Kolorado, Kowalski „zaczepia” stróży prawa, lecz nie mają oni szans w walce z tym profesjonalnym rajdowcem. Od tej chwili kolejne jednostki policji zaczynają pogoń za białym Dodgem Chellengerem z 1970 roku. Kolejne sceny to następujące po sobie przepychanki na drodze, w akompaniamencie najlepszej muzyki muzyki lat 70-tych. Kowalski nie jest sam w swojej podróży. Cały czas słucha radia KOW, które prowadzi charyzmatyczny, niewidomy disc jockey Super Soul. To on nasłuchuje policyjnych częstotliwości i na antenie radia ostrzega uciekiniera. Warto dodać, że prowadzący radiostację jest ciemnoskóry. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ w pewnym momencie będzie on celem ataku grupy nieznajomych. Powody mogą być dwa: kolor jego skóry oraz pomoc, jakiej udziela uciekinierowi. Podczas podróży nasz bohater spotka starego łowcę węży, ten pomoże mu w ucieczce przez pustynię, będzie naga kobieta na motorze, zaopatrująca go w narkotyki, a także homoseksualna para, która właśnie wzięła ślub. Droga rajdowca zaś kończy się nie w San Francisco, ale w Cisco w Kalifornii.

Prostota, z jaką opowiedziana jest historia, tylko uwypukla problemy USA. Jednostka wolna nie jest nią nigdy. W „swobodnym jeźdźcu” Hanson mówi – “Tylko nie mów im, że nie są wolni, bo gotowi cię zabić lub okaleczyć, aby udowodnić, że nie masz racji. O tak, mogą gadać bez końca na temat wolności jednostki, ale kiedy widzą wolną jednostkę, to się jej boją”. Podobnie jest w „Vanishing Point” – uciekający od życia i problemów kierowca staje się wrogiem społeczeństwa i ładu. Wystarczająco dużo problemów władza ma z hipisami i czarnymi, i nie trzeba jej „celebryty” w białym samochodzie, który kpi sobie ze stróżów prawa. Podobnie jak McMurphy z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, Kowalski wybiera jedyną drogę do wolności.

Reżyser Richard C. Sarafian ukrzyżował w tym filmie Amerykę i jej ówczesne problemy. Rozprawił się z przemilczanym tematem weteranów wojny w Wietnamie, problemami rasowymi, narkotykami, wolnością słowa, brakiem tolerancji i wieloma innymi, które pojawiają się w filmie. 1200 mil wystarczyło, aby pokazać, jak kraj uważany za wielce cywilizowany jest zacofanym i zamkniętym w schematach oraz stereotypach. Właściwie cała narracja posługuje się tylko muzyką i obrazem, bowiem w całym dziele nie ma bardzo wielu dialogów. Nie są one potrzebne, gdyż widz i tak otrzymuje odpowiednio naładowana emocjami dawkę informacji.

Polecam każdemu, nie tylko wielbicielom pięknych aut, ale i tym, którzy lubią historie o jednostce kontra społeczeństwo. Dla mnie fantastyczny klasyk.