ONA:

Przed seansem myślałam sobie: „Boziu, Robert De Niro zagrał w takim czymś?” A potem się okazało, że „The Intern”, czyli „Praktykant”, to film tak dobry, tak ciepły i uroczy, że nie sposób opisywać go inaczej, niż w samych superlatywach. Mimo Anne Hathaway, za którą nie przepadam, ale o tym za moment.

Tak, to jedno z tych dzieł, które jest szalenie niezobowiązujące i najpewniej na raz, ale co z tego? Ogląda się go cudownie!

Nancy Meyers ma rękę do takich historii. Jej filmy są urocze, zabawne, lekko cierpkie. Nie są prześmiewcze, a ona sama w piękny sposób opowiada o wszystkim tym, co trawi współczesnych ludzi. „Lepiej późno niż później”, „Holiday”, „It’s complicated”, a teraz opowieść o młodej bizneswoman, która dostaje pod swoje skrzydła 70-letniego stażystę. Wszystkie te dzieła łączy dość specyficzny sposób opowiadania. Są one ciepłe i… dobre. Po prostu. Jak gorąca czekolada ze śmietaną i piankami. Jak obiad u mamy. Jak spanie w świeżej pościeli.

Ben (Robert De Niro) to wiekowy już mężczyzna, który bardzo pragnie być ciągle „na chodzie”. Próbował już wiele, jednak po śmierci żony wszystko to jakoś oklapło. Ma kochającą rodzinę, ale nie chce być ciągle na ich głowie. Eksperymentuje więc. Chce być ciągle w ruchu, by nie zdziadzieć. Zajęcia ruchowe, książki, filmy, spotkania z przyjaciółmi – póki żyją. Może nawet jakieś „randełki”? Ale to wszystko i tak nic. Benowi marzy się coś na kształt pracy. Ale kto zatrudni 70-letniego staruszka? Ciągle aktywnego, ale nadal – seniora? Okazuje się, że jest taka firma, która w ramach prospołecznych akcji, szuka stażystów-seniorów.

Jules (Anne Hathaway), która 18 miesięcy wcześniej założyła swoją firmę, chyba sama nie była świadoma tego, że w tak krótkim czasie stworzy tak potężny i prężnie działający biznes. A jednak – w kilka miesięcy zrealizowała plan na kilka lat. Dobrze zarabia, zatrudnia mnóstwo osób, ale coś zaczyna się sypać, zarówno w jej życiu zawodowym, jak i w prywatnym. I wtedy pojawia się Ben. Jules początkowo bardzo broniła się przed nowym stażystą, który trochę zbyt bacznie się jej przyglądał, ale wkrótce między nimi narodziła się wyjątkowa więź. Oj nie, nie myślcie, że senior wyrwał młodą foczkę. Jemu po głowie zaczęła chodzić apetyczna pani masażystka, którą poznał w biurze (swoją drogą – Rene Russo ma 61 lat, a jest taką petardą, że aż się miło na nią patrzy).

Do tego typu produkcji trzeba mieć odpowiednie podejście. Przyznam szczerze – nie miałam go przed seansem. Podeszłam do niego zbyt cynicznie. Podejrzewam, że to przez Hathaway, za którą nie przepadam, bo dla mnie to „aktorka obyczajowa” (tak, wiem – „Nędznicy” – i co z tego?), która zawsze gra tak samo, w bardzo podobnych filmach. Ale jest przepiękna. Jej spojrzenie powoduje dreszcze. Zawsze nienagannie ubrana, nawet gdy to tylko koszulka i jeansy. Nienawidzę suki szczerze.

Na szczęście nie trzeba było zbyt długiego czasu, bym rozsiadała się w fotelu i chłonęła wszystko to, co widziałam na ekranie. A było tego sporo. I do tego wszystko perfekcyjnie dopasowane, piękne, z dbaniem o każdy detal. Piękne wnętrza, zdjęcia i kadry. Piękne kostiumy, fryzury, makijaże. Fajne dialogi i fajnie obserwowane życie. Smuteczki i radostki. Dobrzy aktorzy, nawet w drugoplanowych rolach. Nancy Meyer daje radę jak nikt, jeśli chodzi o pokazywanie takich zwykłych historii w sposób szalenie niezwykły.

Bardzo polecam. Film idealny na randkę, wieczór z przyjaciółkami albo z osoba, która cierpi na pracoholizm.

ON:

Nancy Mayers robi babskie kino. Nie piszę tego z przekorą, czy złośliwością. Ona robi babskie kino, które jest ciepłe, przepełnione uczuciami, trochę wyidealizowane i subtelne. Dawno temu obejrzałem „Lepiej późno niż później” i zakochałem się w tym filmie. Mogę go oglądać w kółko i za każdym razem bawię się tak samo dobrze.

Na początku byłem lekko sceptycznie nastawiony do “The Intern”. Po prostu obawiałem się, że dostanę komediowy obyczaj, którego nie da się zjeść. Najgorsze, że dostałem komediowy obyczaj, będący cholernie sympatycznym dziełem. Każda kolejna minuta była coraz fajniejsza, śledziłem losy postaci, dopingowałem im w sukcesach i wspierałem, gdy odnosili porażki. Wiem – to chore, ale kurde tak naprawdę było.

To jeden z tych filmów, przy którym kobiety będą zasiadać wraz wielkim pudłem lodów i co kilka scen wylewać łzy. I to jest super. Poza tym, to obraz, pokazujący młodemu pokoleniu, że „old scholl” jest fajny, a starsze osoby posiadają doświadczenie, którego wielu z nas nigdy nie zdobędzie. Warto o tym pamiętać.

Ben jest 70-letnim emerytem, wdowcem. Mieszka sam w Nowy Jorku, a z zarobionej przez lata kasy żyje mu się całkiem nieźle. Tylko ma problem. Nie chce dać się zjeść emeryckiej codzienności. Cały czas szuka sobie jakiegoś zajęcia, czegoś, co może mu wypełnić lukę po zmarłej żonie i czegoś, co nie dopuści do tego, aby zdziadział. Przypadkowo podczas zakupów zwraca uwagę na ulotkę. Młoda firma wprowadza system stażu dla seniorów, aby się dostać trzeba tylko nagrać video CV. Ben, pomimo swojego wieku, całkiem dobrze sobie radzi z tym zadaniem i zostaje zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. Na miejscu robi furorę i jest jedną z czterech osób, które dostały się na staż. Każdego z „nowych” przydzielono do jakiegoś działu, a on wylądował, jako asystent młodej szefowej całego biznesu, niejakiej Jules.

Jules to kobieta sukcesu. Nie może sobie jednak poradzić ze wszystkim, co dzieje się dookoła. Jest świetną bizneswoman, ale przerastają ją jej własne, prywatne problemy. Dodatkowo inwestorzy naciskają na nią, aby zatrudniła dyrektora, który będzie nad nią i będzie wszystkim zarządzał. Oczywiście dziewczynie to zupełnie w niesmak. Wszystkie wydarzenia obserwuje Ben, który małymi kroczkami wchodzi w jej życie i zaczyna pomagać, w sytuacjach wydających się być bez wyjścia.

„The Intern” śmieszy i wzrusza. Daje pozytywnego kopa. Jeśli macie chwilę wolnego czasu i chcecie zjeść pigułkę super energii, to lećcie do kina, bo naprawdę warto.