ONA:
Ferie i wakacje to najgorętszy okres w mojej pracy. Tym właśnie moja branża różni się od szkolnictwa – my wypełniamy czas wolny, którego dzieciaki w okresie wypoczynkowym mają aż za dużo. I sztampowym punktem podczas tych dni jest – ba, musi być – wypad do kina z drobiem mniejszym i większym. Ja, uzbrojona z bandę 40 rozbójników, poszłam na „Zambezię”. Niestety, nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł, bo gigantyczna sala w bielskim kinie była wypełniona po brzegi istotami do lat 12. Piąty rząd w towarzystwie szeleszczących papierkami dzieciorów – raj. Prawie.
„Zambezia” to bajka o ptasim świecie. Reklamowana jest jako drugi „Madagaskar” i większość z widzów właśnie tym hasłem była kuszona. Niestety, do przygód ekipy z nowojorskiego zoo brakuje jej wiele… O ile „Madagaskar” był i dla dzieci, i dla dorosłych, tak jego młodsze filmowe rodzeństwo zdecydowanie uderza pod maluchy. Głównym bohaterem jest świeżo opierzony sokół – Kai. Mieszka razem z ojcem gdzieś na totalnym zadupiu i ciągnie go do innych ptaków, do innych miejsc. Tymczasem jego tatuś solidnie próbuje odwieść syna od tego typu pomysłów. Nagle w domu sokołów pojawia się Gogo – chyba gęś. Nie dość, że opowiada młodemu o magicznym miejscu, w którym ptaki różnych gatunków mają się jak w niebie, to okazuje się, że zna ojca. Coś tu śmierdzi tajemnicą… Tą swoistą ptasią arkadią jest Zambezia – miejsce w którym każdy przedstawiciel pierzastego gatunku znajdzie swoje miejsce. Kai postanawia: chce tam zamieszkać. Do wspólnej przeprowadzki namawia ojca, ale ten zdaje się mieć zgoła inne zdanie na temat tego wspaniałego miejsca. Syn postanawia na własne skrzydło zacząć nowe życie… Rusza do Zambezii… W między czasie poznajemy mrocznych bohaterów całej historii. W tym wypadku są to odrzucone przez ptasią gromadę marabuty, których zgryzota i ogólny foch popchały do wejścia w układ z Budzo, wielgachnym jaszczurem, który ma chrapkę na świeże, ptasie jaja. Ich celem staje się właśnie Zambezia…
Oglądanie czegokolwiek przy takiej bandzie dzieciorów nie należy za bardzo do przyjemnych rozrywek. A to ktoś zaczyna beczeć, a to szeleszczą. Potem po schodach wchodzi jakaś dziewczynka, potyka się, a kubeł kukurydzy ląduje na podłodze, zatem trzeba zacząć beczeć. Albo gdzieś na środku sali jakaś Marysia tudzież Henio, podczas seansu – oczywiście, zaczynają wołać „Proseeee paaaniiiiiiiiii, chce sikuuuuuuuuuu!!!”, rozpętując w tej samej chwili ogólne poruszenie i 2/3 drobiu nagle też zaczyna odczuwać parcie na pęcherze. Moją mistrzynią dnia okazała się Oliwia, które w połowie filmu do mnie podeszła, żebym jej sznurówki zawiązała. Na kokardkę. Ciemno jak w środku dupy, a ja próbuję i wiecie co? Udało mi się. Jestem stworzona do tej roboty… I gdy chwilami nikt ode mnie nic nie chciał, nie częstował chipsem, chrupkiem, żelkiem, kurczakiem z McD, względnie nadmuchaną kukurydzą, z całych sił próbowałam skupić się na ptasim świecie. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest to, że ta bajka jest przepiękna. Od razu przypomniał mi się „Król lew” i moja pierwsza wizyta w kinie, kiedy z wrażenia prawe zjadłam fotel. Feeria kolorów, piękne wizualizacje afrykańskiej ziemi – słowem: miodzio. Jeśli chodzi o fabułę, to była ona nieco naiwna, ale wiadomo – to bajka. Spersonifikowane ptaki gadają, żartują, mają postawy pro-demokratyczne. Kilka żartów było przednich, ale miałam wrażenie, że wtedy w kinie śmiałam się tylko ja. Polski dubbing na bardzo wysokim poziomie: Przemek Borkowski, Mikołaj Cieślak, Rafał Zbieć – czyli podstawa Kabaretu Moralnego Niepokoju, Grzegorz Pawlak, który kojarzy mi się wyłącznie ze Skipperem z „Madagaskaru”. Dariusz Szpakowski się nawet załapał.
Podsumowując: z własnej, nieprzymuszonej woli, sama z siebie i w ogóle raczej bym na ten film do kina nie poszła. Dzieciaki były zachwycone, ja się trochę nudziłam, ale generalnie – nie było tragedii. Koło „Madagaskaru” ta bajka nawet nie leżała.
