ONA:
Moja mama zna mnie jak nikt inny. Rodzicielsko-kumpelska relacja, którą zbudowałyśmy wspólnie, robi swoje. Owszem, są momenty, kiedy w furii ciskam telefonem, a moim dzieciom zadaję pytanie, czy wiedzą co jest gorsze od mieszkania z matką*, ale tylko ona wie, kiedy dać głośniej telewizor.I zrobiła to, całkiem niedawno. Wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, żebym wiedziała jakie będą nasze plany na najbliższy wieczór. Bo ludzie dzielą się na tych, który Whoopi Goldberg kochają i tych, którzy są pozbawieni poczucia humoru. Ja i moja rodzicielka należymy do grupy pierwszej i całkiem niedawno temu spędziłyśmy po raz kolejny wieczór z „Zakonnicą w przebraniu”. Absolutnie nie pozwolę powiedzieć nikomu złego słowa na ten film (dlatego dzisiejszą notkę piszę sama, Dejw tej produkcji nie trawi). „Zakonnica” ma już 22 lata i niezależnie, czy ogląda się ją pierwszy, pięćdziesiąty, czy setny raz – ona po prostu śmieszy. W czasach, kiedy komedie oscylują pomiędzy rubasznym i fekalnym żartem, to, co zaserwowali twórcy jednej z najpopularniejszych komedii z Whoopi, jest majstersztykiem. Wszystko zaczyna się od kapitalnej sekwencji muzycznej, którą wyśpiewuje główna bohaterka, Deloris Van Cartier (W. Goldberg). Bo musicie wiedzieć, że to nie tylko komedia, ale i bardzo fajny, pieczołowicie przygotowany film, w którym muzyka gra pierwsze skrzypce. W Vegas, jak to w Vegas – różne rzeczy się dzieją. Deloris poza karierą muzyczną, zajmuje się namawianiem swojego kochanka, Vince’a (Harvey Keitel) by ten porzucił swoją żonę i był z nią. Koleś ma dziwną moralność, bo z jednej strony ma kochankę, ale boi się ognia piekielnego, a z drugiej – właśnie kogoś zabija. Oczywiście, Del jest świadkiem tego zdarzenia i od tej pory mocno „upadła” w oczach byłego już ukochanego. Cóż, co się dziwić, jak kolo chce ją po prostu zlikwidować! Kobieta jednak jakimś cudem trafia na policję, gdzie w zamian za zeznania, ma otrzymać schronienie. Uroczy policjant, zajmujący się jej sprawą, umieszcza ją w miejscu, do którego Vince raczej nie zajrzy. I tak gwiazda estrady w mieście grzechu ląduje w kościele, pod nowym pseudonimem „artystyczny”: siostra Mary Clarence. Teraz się dopiero zacznie…
Wyobraźcie sobie Whoopi Goldberg w habicie. Dziękuję – więcej zachęt nie potrzebuję. Ten film od A do Z jest po prostu śmieszny. Próby poskromienia pseudo zakonnicy, potem jej zaangażowanie w życie klasztorne, a na końcu wielkie śpiewanie – to mi wystarczy. Mimo, że ta produkcja ma ponad 2 dekady, w dalszym ciągu jest świeża i porywa. Okej, moda się zmieniła, zmienił się też sposób kręcenia filmów, ale w przypadku „Zakonnicy w przebraniu” mamy wszystko to, co w komedii być powinno. Właśnie tego typu dzieła, powstałe w latach 80 i 90, mogą być nazywane kultowymi – bo się nie starzeją.
Mam sentyment do takich filmów. Obok produkcji typu „I kto to mówi”, „Moja macocha jest kosmitką” albo „Ze śmiercią jej do twarzy” dumnie stoi „Zakonnica w przebraniu” i każda z tych pozycji jest gwarantem totalnego i bardzo przyjemnego odmóżdżenia z komedią, która nie trąci kurzem, roztoczami i moczem.
*) Odp.: Mieszkanie i praca z matką.
