ONA:
„Silna. Odważna. Niepokonana. 3096 dni. Prawdziwa historia Natashy Kampusch” – te słowa napisane są na plakacie filmowym, a nad nimi średniej urody aktorka, z beznamiętnym wzrokiem patrzy na nas. 3096 dni. Potrzebowałam kalkulatora, żeby obliczyć ile to lat. Ponad osiem. Masakra.
Mamy 1998 rok. Typowy poranek w typowym mieście, w tym wypadku we Wiedniu. Mała, radosna dziewczynka, 10 letnia Natasha, drepcze sobie do szkoły. Sukienka faluje, a z pyzatej buzi nie schodzi uśmiech. Bo jakie troski może mieć 10letnie to dziecko? I nagle obok niej zatrzymuje się biały VAN, z którego wyskakuje nieznajomy mężczyzna. Szybka akcja i dziewczynka jest już w środku. Została uprowadzona. To nie był przypadek. Porywacz skrzętnie przygotowywał się do tego wydarzenia, tworząc w piwnicach swojego domu miejsce dla ofiary. Te kilka metrów stały się jej domem na ponad 8 lat. Film Sherry Hormann jest opowieścią o tym, jak wyglądało jej życie w niewoli.
Produkcja ta opowiada o ogromnej tragedii i można oceniać ją na dwa sposoby. Jeśli chodzi o warstwę merytoryczną, to nie wiemy czy faktycznie tak to wszystko wyglądało, natomiast wiemy, jak ona się kończy. Jest to wszystko nawet wiarygodne, natomiast – i tu pojawiają się problemy – dla mnie cały ten film jest zupełnie niezjadliwy. Ten film jest po prostu nudny. Nie uważam się za jakąś wybitną ignorantkę, jeśli chodzi o tego typu wydarzenia, rozumiem te tragedie, nawet je nieco współodczuwam i przeżywam, ale tylko lekko, natomiast jeśli chodzi o przerzucanie ich na duży ekran – średnio mi takie historie podchodzą. „3096” to zmarnowany potencjał, bowiem z założenia miał to być dramat o rozpaczliwym losie głównej bohaterki, która całe swoje dzieciństwo i okres dorastania spędziła u boku psychola, któremu marzyło się mieć żywą lalkę, wykonującą jego polecenia, wytresowaną pod jego ideał i spełniającą wszystkie zachcianki, a wyszła niezbyt wciągająca obyczajówka, która skupia się non stop na kilku elementach.
Nie podobało mi się w tym filmie właściwie nic. Ani gra aktorska mnie nie ujęła, ani samo ujęcie fabularne. Nie mogę zachwycić się nawet takimi drobnostkami jak scenografia, bo to wszystko jest po prostu słabe i zupełnie nijakie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie przez co Kampusch przechodziła w domu Priklopila i tylko to, że historia jest autentyczna, hamuje mnie przed napisaniem, że przez większość czasu mnie po prostu drażniła. A potem poczytałam sobie coś więcej o syndromie sztokholmskim i właściwie powinno mi być wstyd.
ON:
Najbardziej nie lubię tracić czasu na obrazy, które mają świetne podwaliny, genialną historię, a ich realizacja jest co najwyżej poprawna. Jak wiadomo najlepsze scenariusze pisze życie, ale czasem najlepszy nie znaczy najprzyjemniejszy. Banda pojebów, jakich nosi nasza mateczka Ziemia, jest niepoliczalna. Zaszyci w swoich domach, dziurach, w czterech ścianach stworzonych z pustki i samotności, knują jak zrobić krzywdę bliźniemu. Jedni zabijają, inni tylko marszczą fredra podglądając sąsiadów, jeszcze inni łażą w czarnych sukienkach i macają dzieciaki, psując im głowę na całe życie. Takie scenariusze może i są dobrymi pod film, ale powstały na cierpieniu innych, czasem niewinnych ludzi. Tak też było w przypadku Nataschy Kampusch porwanej w 1998 roku.
Tę 10 letnią dziewczynkę zgarnął z ulicy wprost do swojego auta niejaki Wolfgang Priklopil, bezrobotny inżynier koniobij. W jego chorym umyśle zrodził się plan, który zakładał porwanie dziecka i wychowanie sobie własnej maskotki/kochanki/żony. Trudno powiedzieć co tak naprawdę planował, bo koniec końców facet pobawił się w człowieka ze stali i postanowił zatrzymać rozpędzoną lokomotywę. Po porwaniu Nataschy zamknął ją w ukrytej piwnicy i trzymał ja pod kluczem przez 8 lat. Bywały chwile gdy dziewczynka, a później kobieta, była spuszczana ze smyczy, ale cały czas była pod obserwacją Wolfganga.
W filmie Sherry Hormanna mamy pokazaną część tej historii. Natascha spędziła w niewoli 3096 dni. Piekło, jakie przeżyła, to nie tylko przemoc fizyczna, ale i psychiczna, to gwałty i zniewolenie. Wolfgang nie był psychicznie stabilny, traktował ją czasem jak maskotkę, czasem jak szczeniaka, którego trzeba skarcić. Nikt nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, kim jest przebywająca z nim nastolatka, która z racji przejść wyglądała na więcej lat niż faktycznie ich miała.
Jeśli scenariusz nie jest całkiem zgrabny, to realizacja jest taka sobie. Brak tu dramatyzmu, a gra aktorska pozostawia wiele do życzenia. Zdjęcia są przeciętne, muzyki praktycznie brak. „3096 Tage” jest nijakie i spłycone do granic możliwości. Historia pełna przemocy i cierpienia zamyka się w stu minutach nudy, którą można spokojnie odpuścić.
