ONA:
Właśnie wpisałam sobie w googlach hasło „grawitacja”. Cóż, fizykiem nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę. Moja wiedza z tej dziedziny ogranicza się do „Ciało rzucone na łoże traci na oporze” i przez całą obowiązkową edukację musiałam pisać jakieś nędzne referaty o tęczy, żeby mieć łaskawie tego dostatecznego. Czym jest grawitacja wiem o tyle o ile. Inaczej – wiem co to, ale nie każcie mi tego naukowo wyjaśniać. Wiem też, że jak teraz nie zacznę dbać o pewne strategiczne części, męcząc się z kremami i robieniem pompek – przegram z grawitacją, więc jej szczerze nienawidzę. Moje zapędy bardzo popiera doktor Ryan Stone (Sandra Bullock) – główna bohaterka filmu – a jakże – „Grawitacja”.
Gdy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi tego filmu – sikałam z radości pod siebie, zupełnie jak Bowie pół roku temu, gdy jakaś nowa osoba pojawiała się w domu. Po pierwsze: aktorzy. Clooney i Bullock to jedni z moich ulubionych. Nieważne czy grają w komediach, sensacjach czy w poważnych dramatach – robią to dobrze. Plus i ona, i on mają bardzo dobrych specjalistów od medycyny estetycznej, bo z każdym rokiem wyglądają lepiej, bardziej charakternie i dzięki temu dostają całkiem niezłe role do obsadzania. Co jeszcze mnie ujęło? Temat! Odkąd zobaczyłam „Apollo 13” – zakochałam się w tego typu produkcjach. Nawet dokumenty o podboju kosmosu sprawiają, że mam gęsią skórkę. I jeszcze jedno: ten film jest majestatycznie minimalistyczny. I zaraz Wam wyjaśnię o co mi chodzi…
Mamy załogę jakieś stacji kosmicznej. Nasza uwaga skupia się na dwóch bohaterach: wspomnianej już wcześniej doktor Stone, która dopiero zaczyna „przygodę” z kosmosem oraz Matt Kowalsky (Clooney), który zjadł zęby na kolejnych misjach w przestrzeń ponad nami. Mają coś do „załatwienia” i idzie im prawie dobrze, gdy nagle pada szorstki nakaz jak najszybszej ewakuacji, ponieważ w ich kierunku pędzą szczątki stacji kosmicznej, które raczej nie mają „pokojowych” zamiarów. Generalnie – jest słabo. I wtedy stacja otrzymuje pierwsze ciosy. Dr Stone nie ma zbyt wiele szczęścia i na skutek kolejnych tragicznych wydarzeń, kolejnych uderzeń i zawirowań, odpina się i dryfuje po bezkresnym kosmosie. Ma ekstremalnie małe doświadczenie w tego typu przypadkach, plus ma zaledwie 10% zapasu tlenu… I oddala się…
Błędnie podeszłam do tego filmu. Po tych kilku zajawkach, które widziałam, byłam pewna, że cała historia będzie krążyła wokół właśnie tego „odczepienia”, a na końcu po heroicznej walce czekać będzie na mnie słodki happy end, a bezpieczna doktor Stone złoży namiętny pocałunek na ustach Kowalsky’ego. Nic bardziej mylnego! Ale nie zdradzę ani deczko niczego ponad to. Każde dodatkowe słowo może zepsuć zaskoczenie, które jest. Do samego końca…
Pisałam, że „Grawitacja” to film majestatycznie minimalistyczny. Dlaczego? Bo gra w nim 2 aktorów, chociaż tak jest wyłącznie na początku. Potem ta liczba się zmniejsza o 1 bohatera. To jest dopiero sztuka. Cisza, która wypełnia przestrzeń kosmiczną, jest odczuwalna. Przerywają ją jedynie krótkie i bardzo dramatyczne monologi. Ten film jest szalenie wymowny. Ujęcia, poszczególne sceny, nawet to jak i co mówią bohaterowie, jest przesiąknięte symboliką, ale nie taką jak w „Weselu” Wyspiańskiego. Moje oczy były totalnie nasycone tym, co widziały. To wszystko było majestatyczne, piękne i zachwycające. Były momenty, kiedy nie umiałam nadążyć za tym, co widzę. Technologia 3D wpasowała się i idealnie odzwierciedlała to, jak wygląda „rzeczywistość” tak daleko od Ziemi.
Ten film mnie zachwycił totalnie. Siedziałam wbita w fotel, bez tracenia czasu na mruganie i oddychanie. „Grawitacja” jest dziełem wybitnym: przepięknym, stworzonym z rozmachem i zasługuje na to, by ruszyć dupę z domu do kina. Seans stał się przeżyciem wręcz mistycznym.
ON:
Jeśli ktoś z Was nie poszedł jeszcze do kina na „Gravity”, to chcę mu powiedzieć, że popełnia jeden z większych błędów w swoim życiu. Dlaczego? Bo ten film jest stworzony, aby obejrzeć go na wielkim ekranie. Jeśli poczekacie na premierę DVD/BR lub co gorsza – połasicie się na jakiegoś onlinowego RIP-a, to stracicie masę doznań, które dostępne są tylko w kinie. „Gravity” jest dziełem kompletnym, technicznie wyśrubowanym do granic możliwości i żadne kino domowe nie odda bezmiaru kosmosu, z jakim przyjdzie się zmierzyć głównej bohaterce pani doktor Rayan Stone.
Zastanawialiście się jak to jest tam na górze, setki kilometrów nad powierzchnią naszej planety? Zero tlenu, dźwięk się nie rozchodzi, temperatura kilkaset stopni na minusie i zerowa grawitacja. Mordercza doskonałość lub piękno, którego jedni się obawiają, a inni pokochali zaraz po tym, jak postawili pierwszy krok w próżni. Takim miłośnikiem przestrzeni jest Matt Kowalsky, jeden z techników, pracujący przy naprawie teleskopu Hubble’a, a jego partnerką podczas misji jest doktor Rayan Stone – można powiedzieć, że żółtodziób w kosmicznych wyprawach. Ma za sobą sześciomiesięczne szkolenie i czasem daje się ponieść emocjom. Wymiana elementów teleskopu opóźnia się z powodu małej awarii sprzętu, ale to nic groźnego z czym nie poradziłaby sobie ekipa pracująca tutaj na górze.
Cała operacja to także procedury, które tak bardzo imponują Paulinie. Każda akcja, każdy ruch poprzedzony jest zapytaniem do bazy w Houston, z której astronauci muszą otrzymać akcept. Houston jest także oczami i uszami techników. To stacja na Ziemi śledzi wszystko, co dzieje się na górze. Okazuje się, że misja jest zagrożona, bowiem zestrzelony satelita rosyjski rozpadł się na setki małych elementów, pocisków, które z ogromną prędkością zmierzają do pracujących w próżni ludzi.
Tak oto mija pierwsze 10 minut filmu. Jest efektownie, powiem nawet, że efekciarsko, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. To, co dzieje się w przestrzeni, sposób prowadzenia historii, zdjęcia kosmosu i samej ziemi jest wręcz fenomenalne. Myślę, że Paulina w idealny sposób opisała, to jak odbiera się to dzieło. Łyka się je całe, każdym zmysłem. W pewnej chwili nawet nie zdawałem sobie sprawy, że siedzimy bez ruchu. Obraz ten po prostu hipnotyzuje.
Na oddzielny akapit zasługuje muzyka, która skomponował Steven Price. Bez niej ten film byłby inny. Dzięki ubraniu pustki i ciszy kosmosu w chaotyczne, czasem urywane dźwięki, poprzeplatane z klasyczną muzyką i syntezatorami otrzymujemy dzieło wyjątkowe. Kilka scen staje się wręcz symbolicznych, a końcowe ostatnie minuty „Grawitacji” bez niej nie mogłyby po prostu istnieć. Wiem, że ten sountrack na pewno zagości on w mojej płytotece.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni dwa razy wylądowaliśmy na premierze w kinie, dwa razy trafiliśmy na wyjątkowe obrazy, które zapierały dech piersi. Wcześniej „Prisoners”, a teraz „Gravity” pokazały wielkość światowego kina, a to dopiero początek czwartego kwartału.
