ONA:

Anne Rice to autorka, która w genialny sposób potrafi opisywać, ubierać w słowa emocje, żądze, pragnienia. Te najpiękniejsze, szlachetne, ale też te złe, te tak cholernie mocno łączone z człowieczeństwem. Dodatkowo w bardzo intrygujący sposób, łączy dawne epoki z takim hmmm współczesnym „czymś”, co jest mi bardzo trudno zdefiniować i nazwać. Niby fabuła jej powieści bardzo często w dawnych czasach, ale autorka tak tworzy realność, jakby… jakby to działo się teraz. Tu i teraz.

Tymczasem „Krzyk w niebiosa” rozgrywa się w Wenecji, gdzieś w XVIII wieku. Młody Tonio Treschi pochodzi z zamożnej i szanowanej rodziny. Oczekiwania co do chłopaka też są ogromne. Jego nadzwyczajny, piękny głos sprawi, że nazwisko rodowe będzie jeszcze lepiej znane i podziwiane. Tonio zostaje kastratem – oczywiście, wbrew własnej woli. Wszyscy liczą, że to właśnie on będzie najznamienitszym śpiewakiem epoki. Trafia do konserwatorium, gdzie pracuje nad nim jego mistrz…

Oczywiście, nie jest to książka o tym, jak ćwiczyć głos, gdy zostajesz pozbawiony męskości. Ta powieść przesycona jest namiętnością, ludzkimi emocjami, słabościami, popędami. To wszystko zanurzone jest w niesamowitym klimacie, w którym kastraci byli bogami, którym oddawało się cześć, którzy zachwycali, byli szanowani, uwielbiani i podziwiani i… każdego dnia wystawieni na surową ocenę. Chwała i sława są bowiem skrajnie ulotne.

Poza wyjątkowo dobrze oddanym klimatem epoko, mamy ludzkie uczucia i emocje. I okazuje się, że zawsze były one takie same. Zmienia się tylko rzeczywistość dookoła.

Anne Rice nie zawodzi mnie. To pisarka, której styl skrajnie mi pasuje. Łączy w intrygujący sposób wiele „gatunków” pisarskich, a całość tworzy kolejną, ciekawą powieść. Historia, seks, dramaty i intrygi. Rice jest dobra w tym, co lubi i co wybiera dla nas. Jej styl jest łatwy do wyłapania, ale to żaden problem. Ta powieść jest po prostu bogata, bez zbędnej egzaltacji, bez znużenia i znudzenia.

Dla mnie książka typu osiem na dziesięć. Bardzo zmysłowa.