ONA:

Syndrom „odgrzewanego kotleta” szczególnie boleśnie odciska się na komediach. Podczas gdy pierwsze części są na ogół świetne, porywające, świeże i autentycznie zabawne, do sequele trącą myszką i powielają schematy z poprzednika. Jedni mówią, że to „styl”, że to „marka”, po której rozpoznaje się dzieło. Inni, a ja właśnie do tej grupy się zaliczam, szukają nieszablonowych i niesztampowych momentów, tak – nawet w komediach. Kiedy obejrzałam „21 Jump Street” byłam z seansu bardzo zadowolona. Ta produkcja była prosta jak konstrukcja cepa, bardzo stereotypowa i bardzo banalna, ale bawiłam się przednio podczas seansu. Kiedy do kin wszedł sequel przygód Schmidta (Jonah Hill) i Jenko (Channing Tatum), byłam bardzo sceptycznie nastawiona, bo co nowego ten duet mógłby pokazać… 

…i tak też było.

Kiedy kapitan Dickson (Ice Cube) daje swoim „ulubieńcom” kolejne zadanie – ja już wiedziała, że mam dzieło z odgrzewanym kotletem. Nie myliłam się zupełnie, ale nie zniechęcajcie się już na starcie. Tym razem duet gliniarzy bierze udział w obławie na środowisko studenckie, bowiem ktoś rozprzestrzenia po kampusie silny i nieznany lek. Jeden trup już jest… Standardowo rozkład sił jest taki, że Jenko to mięśniak, który zadaje się tylko ze sportowcami, zatem jest dużo picia, dużo ruchania, ale wiedzy nie ma sensu tu szukać. Za to Schmidt wchodzi w sferę naukową, a za sprawą apetycznej studentki architektury – też artystyczną. A skoro już przy dziewczynie jesteśmy, to naszemu nieogarniętemu pulpetowi udaje się nawet zaciągnąć ją do łóżka. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie mały szczegół. Pannica nazywa się Maya. Maya Dickson. A teraz zerknijcie nieco wyżej by sprawdzić jak nazywa się szef tej pokracznej pary gliniarzy.  Ale oczywiście wątek miłośny jest tu tylko dodatkiem, bo przecież chodzi o to, by złapać handlarzy narkotykowych. A w takich sprawach duet Schmidt-Jenko nie ma sobie równych.

Przyznam się szczerze, że jestem nieco rozdarta pomiędzy dwiema skrajnie różnymi opiniami, bo przecież ta komedia jest bardzo przeciętna i żeruje na poprzedniej części, ale z drugiej strony było kilka tak mocnych momentów, że nie potrafiłam przestać rżeć. Kiedy ja wchodzę w fazę „rżenia” – musi być dobrze. Dobra, niech będzie – to całkiem niezła pod względem „komediowym” produkcja, bo żarty są dość konkretne, ale nie szukajcie w tym świeżości. I chyba sami twórcy zauważyli, że odcinają kupony, bo finałowe sceny, w których pojawiają się pomysły na „23, 24, 25 (i kolejny) Jump Street” są mega.

ON:

Para gliniarzy: Schmidt i Jenko, już raz pokazali, że potrafią wczuć się w każdą rolę i przy okazji rozpracować narkotykową szajkę. Ostatnio wcielali się w uczniów szkoły średniej, tym razem przyjdzie im odwiedzić koledż.

Twórcy postanowili skopiować pomysł z „21 Jump Street” i okazuje się, że nie był to głupi pomysł. Para kumpli-gliniarzy sprawdza się bardzo dobrze i podczas głupkowatych, komediowych scen, jak i podczas rozwiązywania zagadki kryminalnej. Pomimo tego, że film wydaje się słabszy od poprzednika, to nadal ogląda się go lekko i przyjemnie, a co najważniejsze – możemy się kilka razy naprawdę zaśmiać.

Nasza dwójka zaczyna film sceną z Duchem. Facet i jego ekipa niestety nie są w ciemię bici i dość szybko orientują się, że Schmidt i Jenko to gliniarze. Sama scena wydaje się być ukłonem do „Gliniarza z Beverly Hills”, który to rozpracowywał handlarzy nielegalną elektroniką w bardzo podobny sposób, ale może to tylko zbieg okoliczności. Oczywiście nic nie pójdzie tak, jak powinno, a gliniarze wylądują na dywaniku. Całe szczęście mają dziś „dzień dziecka” bowiem znów wysyłają ich na Jump Street, tyle że tym razem pod nr 22.

Na miejscu przywita ich kapitan Dickson, który nie owija w bawełnę. Kolesie mają zrobić to samo co przedtem tyle, że na uczelni wyższej. Wszystko dlatego, że jakaś laska zaaplikowała sobie nowy narkotyk, po czym wyskoczyła przez okno. Nie pozostaje nic innego, jak zacząć działać. W miasteczku akademickim życie jest jednak trochę inne, niż mogłoby się panom policjantom wydawać. Przede wszystkim otaczający ich studenci są młodzi, a Schmidt i Jenko wyglądają jak wieczni 35 latkowie, którzy nigdy nie zaliczają. Oczywiście, mowa o zaliczaniu przedmiotów, a nie lasek.

Utkana przez scenarzystów intryga jest zakręcona i pełna zwrotów akcji i co ciekawe – ma ona nawet sens. Nie może zabraknąć ćpania, strzelania, bzykania, zdrady i ośmiornicy. Każdy z elementów pasuje idealnie do kolejnych, które pojawiają się w filmie. Może i jest tu trochę niedopracowań, ale film ogląda się na tyle dobrze, że nie zwracamy na nie uwagi. „22 Jump Street” chociaż nie rzuca na kolana, to jest udaną kontynuacją,