Manchester by the sea - recenzja

„Ależ będziesz beczeć!” – usłyszałam to zdanie lekko ponad 5 razy, gdy zakomunikowałam wszem i wobec, że czas obejrzeć „Manchester by the sea”. Cóż, nie płakałam, chociaż film prawdziwie mnie poruszył.

Manchester by the sea – recenzja

I bez kitu, Casey Affleck raz na zawsze zrzucił z siebie ubranko „Młody Affleck”. Zagrał świetnie. Bardzo przekonująca kreacja, bardzo mocna, bardzo ludzka.

Żyjesz sobie w bardzo zwykły sposób. Bez szaleństw. Dom – robota. Nie jesteś z wyżyn społecznych. Jesteś zwykły. Szary. Taki, jak inni. Oczekiwania? Marzenia? Najpierw codzienność. I umiera Twój brat. A Ty „w spadku” dostajesz jego nastoletniego syna.

No cóż, fabuła niby dramatyczna, ale podobnych historii było już od groma. Większość upchana w słabą komedię romantyczną.

A tu jest inaczej. Ten film jest smutny. Jest ciężki. I jeśli wydaje Ci się, że śmierć brata i nastolatek pod opieką to wszystko złe, co się tu wydarzy, to jesteś w błędzie. To jedno z tych dzieł, które kopie Cię w najczulsze miejsca. Może dać do myślenia, może skopać najczulsze miejsca. Natomiast i tak warto go obejrzeć, chociażby dla Afflecka. Jest tu pierońsko dobry.

Po filmie zaczęłam zastanawiać się, czy tytułowy Manchester nie jest taką pustelnią, którą każdy z nas ma. Tam trzymamy przeszłość, wspomnienia – te dobre i złe, tak chowamy tajemnice. Wracamy? Czy wracamy tam tylko wtedy, gdy musimy?

„Manchester by the sea” siedzi we mnie od kilku dni. Coś czuję, że szybko się go nie pozbędę z myśli i emocji.

Tagi: Manchester by the sea – recenzja, filmy, recenzja, marudzenie, blog popkulturowy