ONA:

Poniedziałek atakuje zawsze. Jest bezlitosny. Nawet, jeśli masz za sobą wspaniały weekend, ten i tak przyjdzie. Zadzwoni budzik, który albo wyrwie Cię z resztek snu, albo doprowadzi do tego, że tydzień zaczniesz ze soczystym „Ja pierdolę” na ustach. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię moją pracę. Ale… Poniedziałek to dzień zbiorowej paniki, biegunki, to dzień, w którym inbox puchnie, a taski w to do rozmnażają się jak króliki na wiosnę. Już jakiś czas temu zauważyłam, że pod tak durny dzień potrzebny jest durny film. I jakby z nieba spadł mi „Cooties”, czyli nic innego, jak „Szkolna zaraza” – dzieło tak kretyńskie, że nie mam pytań.

I oczywiście, mi się podobało bardzo.

Poważnie.

Film otwiera paskudna scena z rzeźni. +10 do rzucenia mięsa i zostania weganinem. Potem poznajemy głównego bohatera. Clint (Elijah Wood) to młody pisarz z aspiracjami. Szkoda tylko, że coś nie do końca mu to wszystko wychodzi. Aktualnie trafia do domu mamy, do miasteczka z dziecięcych lat, gdzie ma pracować jako nauczyciel. Jego pierwszy dzień w nowej pracy nie był jednak jakoś wyjątkowo przeciętny. Dziwni nauczyciele, dziwny dyrektor, dziwne dzieciaki. No właśnie – dzieciaki. Ja jestem trochę zaprawiona w boju, ale dla wielu osób pojawienie się na przerwie w szkole to krzywda. Tłum dzieciaków, który wylewa się z sal, wrzask, dziwne dźwięki, gwizdek nauczyciela, trzaskanie drzwiami – norma. W szkole, w której pojawił się Clint, jednak dzieje się dużo gorzej. Dzieciaki zaczynają zjadać dorosłych. Małe zombie-potworki spragnione są krwi…

Jak to bywa w klasycznym filmie, w którym nieumarli stanowią core, mamy pierwszą ofiarę, której ciało pokrywa się ohydnymi wybroczynami i która pragnie zatopić ząbki w ciele innej osoby. Po chwili mamy już 2 zakażonych. Potem kolejnych. Każde zadrapanie, ugryzienie czy cokolwiek naruszającego ciało, kończy się przemianą. Tu zombiakami stają się tylko dzieci. Dorośli padają jak muchy… Clint z kilkoma nauczycielami próbuje przetrwać tę kinder zombie apokalipsę. Czas ucieka… Wrzody powoli wylewają się na ulice, plądrując całe miasto…

Najważniejsze, to nie mieć oczekiwań. Szczególnie na zbyt wysokim poziomie. Jeśli ten warunek zostanie spełniony, to będzie super. Nie ma sensu spodziewać się zbyt wiele po tego typu filmach. One są złe, bo mają być złe. To nie pieprzony „Hamlet” tylko banda nieumarłych dzieciaków, które rozrywają dorosłych na strzępy. Ma być fuj i jest fuj. Mają latać bebechy, ma lać się litrami krew, ma być obrzydliwie? I jest. Jest też dowcipnie, jest tu też jakieś „drugie dno”. Co ciekawe – „Cooties” to bardzo dobrze zrealizowana produkcja. Fajni aktorzy, fajny wykon, technicznie też nie ma tragedii, chociaż widać, że te wszystkie bebechy, którymi bawią się zombie-dzieciaki, są ze sylikonu, z kauczuku, z gumy, a wszystko oblane jest litrami sztucznej krwi. Jest tak ohydnie, że już na napisach początkowych przewraca bebechami.

Czy polecam? Poważnie – bawiłam się przednio.

ON:

Kretyńskie horroro-komedie mają to do siebie, że mogą być o wszystkim. Było już o morderczych bobrach, piraniach, ryjówkach i rekiniastym tornado, dziś zaś będzie o dzieciakach zombie, które pragną krwi i ludzkiego mięsa. Wszystko zaczyna się w lokalnej przetwórni drobiu, gdzie nie zawsze przestrzegane są wszystkie przepisy BHP. Od jednego zarażonego jakimś syfem kurczaka, do morderczej epidemii jest niewielki krok.

Elijah Wood chyba na zawsze pozostanie Frodem i będzie przez swoje życie podążał z brzemieniem „pierścienia” na karku. Niezależnie gdzie się pojawi, zawsze będzie przestraszonym, błękitnookim Hobbitem. Jednak kasa, którą zarobił, pozwoliła mu na pobawienie się w producenta i wraz z kilkoma innymi osobami wyprodukował on dziwaczne dziełko pod tytułem „Cooties”.

Jak wspomniałem wszystko zaczyna się na kurzej farmie. To z niej do szkół przewożone zostają kurczacze kotleciki, które zjadają dzieciaki. Nie trzeba długo czekać, aby dziwne mięso doprowadziło do małej apokalipsy. Niczego nieświadomi nauczyciele, w tym Clint (Elijah Wood) spokojnie spędzają dzień w lokalnej podstawówce. Dla naszego bohatera, to pierwszy dzień, bowiem dorabia sobie jako belfer. W chwilach, gdy nie zajmuje się wrzodami, stara się być pisarzem horrorów. Jego pierwsza powieść nie jest wyjątkowym dziełem i nawet jego matka nie za bardzo przychylnie wypowiada się o nim. W chwili gdy Clint i większa część grona nauczycielskiego siedzi w pokoju i popija kawkę, na szkolnym podwórku dzieją się dantejskie sceny. Cała opowieść skupia się na ucieczce dorosłych przed małymi skurwielcami.

Ten film nie jest wspaniałym, trzymającym w napięciu dziełem, to raczej oklepany thriller klasy „B”, w którym dialogi i efekty pozostawiają wiele do życzenia. Jest w nim jednak coś zabawnego. Przede wszystkim niezły dystans aktorów do siebie. Wood napierdziela się z „Władcy pierścieni”, jest tu trochę nawiązań do klasyki gatunku, a przede wszystkim pojawiają się wszelkie znane z kina grozy elementy, bez których takie obrazy nie mają prawa istnieć.

„Cooties” trzeba odpalić z kumplami przy wódce, bo na trzeźwo jednak jest trochę tych wszystkich elementów za mało, aby dały one wystarczającą frajdę. Tytuł tylko dla wielbicieli gatunku.