ON:
Orson Scott Card zapytany dlaczego napisał scenariusz do komiksu o Iron Manie, powiedział: „Iron Man jest najnudniejszym bohaterem jakiego znam. Co jest wyjątkowego w facecie, który jest miliarderem, pijusem, babiarzem i w środku jego klatki piersiowej znajduje się mały agregat łukowy? Nic mu nie pomoże to, że zbuduje sobie złoto-czerwony kostium i będzie walczył z przestępczością. Dostałem taką propozycję i długo się nad nią zastanawiałem. Co mogłem zrobić z tą postacią? I wiecie co? Skupiłem się na tym co Tony Stark robi najlepiej. Skupiłem się na piciu, kobietach i jego arogancji. I chyba wyszło mi to bardzo dobrze”.
Filmy na podstawie komiksów mają jedną wspólną wadę, są dość słabe, ale w ciągu ostatnich lat pojawiło się kilka świetnych perełek. Między innymi “Avengers” i obie części “Iron Mana”. Jakbym miał kilkanaście lat mniej i miał powiedzieć kim chce zostać jak dorosnę, to bez wahania powiedziałbym – IRON MANEM! Być takim jak on, być bezkarnym – to jest wręcz genialne. Ale ponieważ IM jest tylko wymysłem, postacią z kartek rysunkowej historii, pozostaje mi cieszyć się jego przygodami, jakie zaserwował Jon Favreau. Ten aktor zabrał się za reżyserię serii o człowieku z żelaza i stworzył naprawdę świetną adaptację. Zrobił to, co z komiksem zrobił Card, skupił się na tym co Stark robi najlepiej. Dzięki takiemu zabiegowi otrzymaliśmy świetne kino akcji z komediowymi wstawkami, w którym Robert Downey Jr. idealnie wręcz zagrał swoją rolę. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że jest tak zrobiony, iż osoby raczej nie przepadające za komiksami, będą mogły spokojnie go obejrzeć. Paulina jest na to najlepszym przykładem.
“Iron Man” oraz “Iron Man 2” są ze sobą luźno powiązane. W obu znajdziemy bowiem wiele wątków delikatnie się przeplatających, warto więc oglądać oba filmy w odpowiedniej kolejności. Początek jest następujący. Tony Stark jest bogatym potentatem zbrojeniowym i geniuszem, którego fabryki dostarczają broń dla rządu, w celu utrzymania pokoju na świecie. Po jednej z prezentacji odbywającej się na libańskiej, albańskiej czy innej pustyni, wóz, którym jedzie, zostaje ostrzelany, a on sam ciężko ranny. O ironio odłamkami z pocisku, jaki wyszedł spod jego ręki. Po utracie przytomności budzi się w niewoli. Jest to jakaś „brudna bojówka”, chcąca aby specjalnie dla niej wybudował rakiety typu „Jerycho”. To nie jest jednak jego głównym zmartwieniem. Problemem jest jakiś kawał żelastwa w jego piersi. W ranach, jakie odniósł podczas ataku, zostały maleńkie odłamki. Były jednak zbyt blisko jego serca, aby je usunąć, dlatego będący w niewoli inny naukowiec zamontował mu pośrodku piersi elektromagnes, który utrzymuje zagrażające życiu kawałki z dala od serca. Teraz, aby odzyskać wolność, musi się skupić na pracy dla terrorystów. Jego plan jest jednak inny. Po pierwsze: konstruuje mały reaktor, który zastępuje jego niewygodny elektromagnes, po drugie: nie zamierza oddać tak łatwo broni masowego rażenia trzymającym go ludziom. W ten sposób powstaje pierwszy, prototypowy kombinezon Iron Mana. Wielki, toporny, ale co najważniejsze – kuloodporny. Przy jego pomocy udaje mu się wyrwać z rąk oprawców. Podczas ucieczki ginie wspomniany wcześniej naukowiec, który uratował mu życie. Te wydarzenia znieniają Starka. Powrót do świata żywych jest szokujący dla opinii publicznej. Bohater kończy z produkcją broni. Przyjaciel rodziny Obadiah Stane nie chce się godzić na takie posunięcie, przecież będzie musiał oderwać się od koryta. Zaczyna kręcić i kombinować za plecami Tony’ego. Ten ma swoje problemy i nie przejmuje się za bardzo tym, co dzieje się w firmie. Myśli Starka skupiają się na tym jak usprawnić coś, co jest w jego piersi. Pallad, którym zasilany jest mały reaktor, powoli zatruwa jego organizm. To, co go trzyma przy życiu, jednocześnie go zabija. Co za ironia. Podczas badań pracuje także nad nowym kombinezonem, który ma być jego bronią przeciwko takim jak Ci, którzy go przetrzymywali. To tylko zarys pierwszej części Iron Mana. W drugiej mamy nowych wrogów i wyzwania. Pojawia się wredny senator oraz konkurencyjna firma zbrojeniowa, a wszystko to aby doprowadzić do upadku Starka i pozbawienia go dobrego imienia.
Jak wspominałem wcześniej, to jeden z najlepszych filmów, ekranizujących bohatera ze stajni Marvela. Nie ma mu nic do zarzucenia i z niecierpliwością czekam na część trzecią, zapowiedzianą na 2013 rok. Dla wielbicieli komiksów pozycja obowiązkowa. Polecam.
ONA:
Robert Downey Jr. niezależnie czy ćpa, pije, bzyka, czy też jest czysty i grzeczny, jest aktorem GENIALNYM! Niezależnie, czy gra w „Ally Mc Beal”, czy jest najsłynniejszym detektywem świata, czy rusza w tropiki, kręcąc najśmieszniejszy film wojenny – jest rewelacyjny. A jako „Iron Man” zachwycił mnie przeokrutnie.
Nie jestem fanką komiksów, kina superbohaterskiego, które kreuje nadludzi w bardzo idiotyczny sposób, ale Iron Man jest inny. Batman czai się przed światem i nikt nie wie kim na prawdę jest. Podobnie jak Spiderman i cała reszta bandy. Iron Man jest inny. On mówi „Fuck it! I’m Iron Man!”. Jest człowiekiem, który nie został napromieniowany, wyhodowany w laboratorium, nie jest też z innej planety, nie pogryzły go pająki. On jest człowiekiem, dzianym do tego. Rodzinny biznes, który kręci się wybitnie dobrze, dał mu wiele możliwości. Jest piekielnie inteligenty, a to w połączeniu z ogromnym nagładem seksowności, tworzy zabójczą kombinację. W jego żyłach obok krwi, płynie sarkazm i ironia. Jest niebezpieczny, nie tylko dlatego, że produkuje broń.
Jego proces stawania się superbohaterem był dość dziwny. Gdy ląduje w niewoli, gdy w jego piersi pojawia się magnes, chroniący jego serce, w końcu gdy buduje na jego miejsce reaktor, mający utrzymać go przy życiu, gdy nagle zaczyna zauważać rzeczy, które kiedyś były dla niego nieważne – okuwa się w żelazną zbroję i idzie walczyć ze złem. Ale jego charakterek niewiele się zmienia. To dalej dziany chłopczyk, który ma rozbujałe ego, wredne poczucie humoru i który bardziej od siebie odrzuca ludzi, niż przyciąga. Niewiele osób potrafi z nim wytrzymać, jeszcze mniej potrafi go okiełznać. Ale jest jedna, która go toleruje i potrafi ulepić. W jej rękach Iron Man jest jak plastelina. To Pepper, jego asystentka, która jest jego przyjaciółką, powiernicą, a po jakimś czasie i ukochaną.
Jeśli zaś chodzi o przygody, Tony Stark, a potem już Iron Man, walczy najpierw z porywaczami, potem sam ze sobą, by w końcu stanąć przeciwko człowiekowi, który był przyjacielem rodziny. W pierwszej części jego głównym przeciwnikiem jest Obadiah Stane, który razem z tatą Stark, stworzył imperium. I teraz, gdy Tony chce zamknąć biznes, Stane czuje ogromny niepokój. I tak stają przeciwko sobie. Wiadomo, wygra lepszy (przystojniejszy, seksowniejszy, apetyczniejszy). W drugiej części przygód człowieka z żelaza, musi on walczyć z konkurencją. Jego strój, który miał nieść pokój, rozprawiając się z najgorszymi mendami, stał się atrakcyjnym prototypem śmiercionośnej broni. Konkurencja nie śpi. Szczególnie, że pojawia się Mickey Rourke, a jego role nie są rolami chłopców, którzy tańczą w rajtuzach, do dźwięków muzyki klasycznej.
Obie części są rewelacyjne. Są skończone, nie zostawiają szeregu niedomówionych historii. Nie interesuje mnie to w jaki sposób działa broń i ficzery naszego bohatera, bo jest to tak okrutnie spektakularne, że przestaje myśleć o całej fizyce i z otwartymi oczami i ustami łapię wszystko to, co wypluwa mi telewizor.
Iron Man to trochę kabotyn. A ja mam bardzo kabotyński gust. Mogłabym przedstawić go mamie, mówiąc „To mój przyszły mąż, z którym będę płodzić dzieci.” Ale jest kilka ale: on nie istnieje, ja nie chce mieć dzieci. Aaa, no i Dave.
