ONA:
W większości państw na świecie, mieszkańcy obchodzą Dzień niepodległości, który upamiętnia jakieś ważne, historyczne wydarzenie, dając ludziom dodatkowy dzień wolny od pracy. Zawsze żałowałam, że nasze święto narodowe nie przypada na jakiś cieplejszy miesiąc, bo listopad średnio daje możliwości świętowania przelewu krwi przodków.
Ale z hasłem „dzień niepodległości” kojarzy mi się przede wszystkim z GENIALNYM filmem Rolanda Emmericha, którego będę bronić zawsze i wszędzie. Dlaczego? Bo w mojej opinii jest pierwszym, tego typu dziełem, które otworzyło furtki reszcie. Jest moim ulubionym, przepełnionym patosem i patriotyzmem filmem, z porywającą przemową amerykańskiego prezydenta, z bohaterskimi żołnierzami, no i z walką z okrutnymi, genialnymi i przebiegłymi kosmitami.
Zaczynamy 2 lipca. W małej stacji badawczej, ukrytej gdzieś z dala od wielkich miast, na radarach pojawia się coś. To coś jest ogromne, porusza się i nadaje sygnał. Wiadomo, meteoryt to to nie jest. Nadchodzi historyczna chwila – nie jesteśmy sami we wszechświecie. Nagle z wielgachnęgo obiektu, odłącza się kilka mniejszych, które lokują się nad dużymi miastami. Po co? Nikt tego nie wie. Oczywiście, nikt z naukowców, bo naszych kosmitów szybko rozpracował David Levinson (w tej roli Jeff Goldblum), geniusz, który marnuje swój talent i wiedzę jako monter kablówki. David wyłapał sygnał kosmitów i rozpoznał w nim „odliczanie”. Jednocześnie rozpracował ich sposób porozumiewania się pomiędzy statkami, za pomocą naszych satelitów. Chce o tym powiedzieć najwyższym rangą w państwie, ale to nie jest takie łatwe. Nawet z wtykami w Białym Domu. Na szczęście, jego była żona jest asystentką prezydenta. Była żona, ponieważ David podejrzewał ją o romans z szefem (i sprzedał mu cios), a jej się zamarzyła kariera. Nasz monter kablówek wyjaśnia sposób działania ufoków, przez co wszyscy uczeni siadają na tyłkach, z rozdziawionymi paszczami. Jakiekolwiek próby kontaktu z obcymi kończą się fiaskiem – już wiemy, że nie przylecieli oni z pokojowymi zamiarami. Aaa! Prezydenta gra Bill Pullman, którego ja podejrzewam o bycie ojcem Kristen Stewart – on też ma zawsze jeden wyraz twarzy. Nie ważne, czy dowiaduje się, że nadchodzi koniec ludzkości, że giną tysiące osób (w tym jego filmowa żona), że broń nuklearna nie umie zniszczyć wroga, czy że na skutek genialnego planu – w końcu ludzie wygrywają. Jedna i ta sama twarz.
Pędźmy dalej. Mamy już prezydenta, mamy naukowca, mamy jego byłą żonę. Wśród głównych bohaterów nie sposób zapomnieć o kapitanie Hillerze, którego grał Will Smith. Uszaty wojskowy marzy o karierze w NASA, niestety, ciągle dostaje odmowy. Według jego przyjaciela, głównym powodem jest jego związek z dzieciatą striptizerką. No i kolejny bohaterowie – rodzinka Casse, mieszkająca w przyczepie, ze średnimi możliwościami. On, były wojskowy, który nie potrafił się odnaleźć po wojnie w Wietnamie (i po rzekomym porwaniu przez UFO) i jego dzieciaki.
Jak już wspomniałam i o czym zresztą mogą się domyślać wszyscy widzowie, kosmici nie przylecieli taki szmat drogi po to, by grać z nami w bierki i pleść sobie warkocze. Oni są jak szarańcza, która niszczy wszystko, co stanie na jej drodze. Tym razem padło na Ziemię. Żeby pobić takiego wroga, potrzeba nie tylko solidnej bazy wojskowej i sprzętu. Potrzeba przede wszystkim pomysłu, a to pole dla popisu dla Davida.
Tak, jest happy end. Tak, jest hiperbolizowanie wszystkiego: i porażek, i zwycięstwa. Tak, mamy patos, który wylewa się z ekranu. Tak, oczywiście – waleczni Amerykanie ratują cały świat. Tak, jest ckliwie, romantycznie, ale i patriotycznie i bojowo. Ale to wszystko mnie przekonuje do tego stopnia, że wracam do „Dnia niepodległości” wybitnie często.
ON:
O filmie „Dzień niepodległości” można w sieci znaleźć wiele opinii, niektóre będą pozytywne, część z nich negatywna. Tak to już bywa, że zdań będzie tak wiele, jak osób oglądających ten obraz. Roland Emmerich, który chyba lubuje się w filmach katastroficznych, wyreżyserował tytuł będący papką i stekiem bzdur, jednocześnie chyba najbardziej znanym filmem o ufokach ever. Tak, uważam, że to słabe, hollywoodzkie, średnio zagrane kino, z przestarzałymi już efektami specjalnymi, ale lubię je. Kurde, przyznam się, że „Pojutrze” czy „2012” mogę oglądać co kilka miesięcy mimo, iż znam je na pamięć. Tam, tak jak i w „Independence Day”, jest masa bzdur, ale w takich filmach nie zwracamy na to uwagi. Ważna jest ich widowiskowość, historie tych ludzi, jednostek dokonujących wielkich czynów.
Siedziałem na premierze „Dnia niepodległości” w kinie. Był 1996 rok, żarłem popcorn i piłem colę. Wtedy nie patrzyłem na to czy realne było załadowanie wirusa komputerowego do statku obcych, przeżycie ataku ostrzału z broni kosmitów, czy ucieczka ze strefy rażenia samolotu z amerykańskim prezydentem. Liczba bzdur w tym filmie pewnie liczona jest na setki, może i tysiące, ale dla mnie wtedy liczyła się dobra zabawa. Minęło 16 lat od tamtej chwili. Postanowiliśmy z Pauliną przypomnieć sobie ten film. Że tak powiem – leciał sobie jako tło popołudniowego chillowania. O samej historii nie będę się bardzo rozpisywał, bo chyba tylko pokolenie dzieci neo i emo tnący się czerstwymi bułami nie widzieli tego filmu. Pokrótce: do ziemi zbliża się wielki obiekt, który zatrzymuje się koło księżyca, od niego odłączyło się wiele mniejszych (tzn mających tylko 15 mil długości) i nadleciały one nad największe miasta całego świata. Ludzie dzielą się na tych, co panikują i na tych, co wierzą, że przybysze mają pokojowe zamiary. Poznajemy główne postacie, które będą miały wpływ na historię: młodego wojskowego pilota Stevene Hillera (posiadającego umiejętność latania statkami kosmitów), naukowca rozwodnika Davida Levinsona, który wpadnie na genialny pomysł załadowania wirusa do statku matki, prezydenta USA, który weźmie w swoje ręce koordynacje globalnej ofensywy przeciwko najeźdźcy. Oczywiście dochodzi do tego kilkunastu bohaterów drugoplanowych, których losy splotą się z losami tych pierwszoplanowych. Wszystko okraszone odpowiednim patosem i amerykańskim etosem. Z góry wiadomo jak się ta historia zakończy, ale i tak oglądamy uśmiechamy się i śledzimy tą historię dalej.
Myślę, że „Dzień niepodległości” był pierwszym „epickim” amerykańskim dziełem o inwazji kosmitów na ziemię. Wyznaczył pewien kierunek, w którym poszły późniejsze produkcje. To taki film na raz, który oglądamy na każde święta jak “Kevina samego w domu”.
