ONA:

Podczas rozmowy na temat Hannibala Lectera i jego różnych filmowych kreacji, nie sposób nie wspomnieć o kobietach, przy boku których się pojawiał. I tym sposobem z jedną z nich spędziliśmy poniedziałkowy wieczór, podczas gdy za naszym domem tworzył się basen z deszczówką.

Niestety, ja nie należę do fanów Jodie Foster. Toleruję ją w filmach, podziwiam za kilka ról, ale nic więcej. Niemożliwie drażni mnie ta jej nadęta poza „siłaczki”, która zawsze sama musi walczyć z całym światem i wystarczy zobaczyć kilka filmów z nią, żeby łatwo rozpracować jej orientację. No i ta szeleszcząca wada wymowy, choć – to ponoć akcent. Co mnie w związku z tym skłoniło, żeby obejrzeć „Azyl”? Ano to, że ja z tego filmu kojarzę jedynie Foster, a tu ponoć w głównych rolach jest jeszcze Forest Whitaker, Jared Leto i Kristen Otwieracz. O pardą, Kristen Stewart. Hmmm… Jeden film – dwie aktorki, których nie trawię. OGLĄDAMY!!! W pewnym momencie Dejw oderwał się od ratowania galaktyki i pyta mnie: „Co to za brzydki chłopiec?”. Kochany, to Kristen Stewart. „Kto to Kristen Stewart?!”. Kochany, to Bella Łabądek! Jego twarz wykrzywił grymas zniesmaczenia, zmieszanego z niedowierzaniem. Ano tak. Panna Stewart w „Azylu” praktycznie debiutowała. To był jej czwarty film, przy czym w dwóch pierwszych nie została nawet wymieniona w napisach.

Ale może wypadałoby się skupić na filmie. Otóż „Azyl” to reprezentant gatunku i konwencji, która przerobiona była już dziesiątki razy. Niebezpieczeństwo, pułapka, zwyrole, czyhające na czyjeś życie. Zmieniają się jedynie detale, typu charaktery i miejsca. Reszta – to ciągle ta sama śpiewka, dlatego ja tak bardzo lubię filmy, w których nie ma happy endów. Ale te gorzej się sprzedają. Tym razem bohaterkami są dwie kobiety i trzech napastników, a wszystko dzieje się w pięknym domu w NYC. Meg Altman (Foster) przeprowadza się z córką Sarah (Stewart) do nowego mieszkania. Chce zacząć żyć od nowa po tym, jak jej mąż zostawił ją dla młodszej skóry (jakie to typowe). Poszukując nowego miejsca, dowiedziały się o tym domu, który jest idealny. Duży, zadbany, nawet ma kawałek ogródka, nie wspominając już o tak zwanym azylu, miejscu, w którym można się schronić w momencie zagrożenia. Cóż, nie trzeba kobiety za długo namawiać. Tylko szkoda, że ten „moment zagrożenia” pojawił się już pierwszej nocy, kiedy to Junior (Leto), Raoul (Dwight Yoakam) i Burnham (Whitaker) postanawiają zajrzeć. Co się okazuje, bogacz, który przedtem posiadał ową nieruchomość, zostawił w sejfie (w azylu, naturalnie) grubą kapuchę. Jego krewny, Junior, postanawia położyć na tym swoją łapę, zwołuje kilku kiziorów i ruszają na łowy. Kobietom udaje się jakimś cudem schować w azylu, ale to im za bardzo nie pomaga. Są w niebezpiecznej klatce, do której chcą dostać się rabusie. Aaa, żeby dopełnić całą historię dodam, że Sarah ma cukrzycę i nie ma przy sobie leków, a Burnham nie jest typowym złodziejem. On rabuje, żeby jego dzieciom było lepiej. Wiecie, prawie pozytywny bohater, co zresztą w filmie będzie na każdym kroku podbijane.

Twórcy filmu bardzo mocno skupiali się przede wszystkim na biuście Jodie Foster. Nie żeby był on jakiś wybitny, ale po prostu to jedyna cecha, która odróżnia ją od tego typu bohaterów, którzy przede wszystkim są facetami. Zatem cyc faluje, podskakuje, spływa po nim pot, jest przyciskany, zaciskany, dociskany, niby w zwykłym tanktopie, ale widać spod niego wszystko. Kolejna rzecz: jeśli chcemy komuś piznąć za to w jaki sposób gra teraz panna S., to to właśnie przez Jodie. Poważnie. Oglądanie ich obu w tym samym filmie to ciągłe wrażenie, które wylewa się z Kristen i które mówi „Jak dorosnę chcę zostać taką aktorką jak Jodie!”. Wyszło gorzej, ale mimika, przerysowanie, przyćpany wzrok i wszechogarniający weltschmertz został.

Ach, już mi się nie chce nic więcej pisać. Ten film to kolejna kropla w oceanie filmów akcji, które nie zaskakują niczym.

ON:

Bardzo lubię filmy w reżyserii Dawida Finchera. 90% jego dzieł jest wprost fenomenalnych i potrafi na długo pozostać w naszej pamięci. Gra”, „Siedem”, „Podziemny krąg”, „The Social Network to tylko kilka z głośnych tytułów, które wyszły spod jego ręki. Na swoim koncie ma także reżyserię i produkcję „The House of Cards” oraz kilkadziesiąt teledysków, między innymi dla NIN, The Rolling Stones, czy Madonny. Jego dzieła charakteryzują się fantastycznym klimatem i dynamiką.

Zostaje jednak 10% filmów, które są dla mnie przeciętne, trochę jakby ktoś na siłę wcisnął mu reżyserię do butka i przez to wszyło jak wyszło. Przebaczam mu „Alien 3”, bo był to jego debiut, ale reszta wpadek, to już inna śpiewka. Jednym z tych słabszych obrazów jest dla mnie „Azyl”. Fantastycznie zapowiadający się na trailerach, a po seansie czujemy niedosyt, jak po zjedzeniu tylko jednego ciasteczka, a nie całego opakowania. Wszystko przez to, że cała para poszła w gwizdek i nawet nazwiska z górnej półki nie uratowały tej przewidywalnej historii.

Na początku poznajemy Meg Altman (Jodie Foster), która szuka nowego domu dla niej i jej córki Sarah. Powodem zmiany miejsca zamieszkania jest rozstanie z mężem, który ma nową kobietę. Znajdują ogromny dom, który nie różni się od setek takich w mieście. Jest jednak mały szczegół sprawiający, że staje się on wyjątkowy. Na jednym z pięter znajduje się ukryte pomieszczenie, tytułowy „Azyl”. Ten zabezpieczony grubymi ścianami bunkier, posiada własne zasilanie, telefon oraz zapas leków i jedzenia. Pozwala bezpiecznie przetrwać nawet atak kosmitów. Dodatkowo osoba zamknięta w środku ma podgląd na to, co dzieje się całym mieszkaniu, a wszystko dzięki systemowi kamer i monitorów. Ten mały schron przekonuje kobietę do zamieszkania w tymże domostwie. Tym bardziej, że Sarah ma cukrzycę i nigdy nie wiadomo, kiedy potrzeba będzie jej pomoc, a może właśnie dodatkowa linia telefoniczna uratuje życie w sytuacji kryzysowej? I tak oto matka i córka spędzają swoja pierwszą wspólną noc na nowych śmieciach. Traf chce, że tej samej nocy trójka złodziejaszków postanawia obrobić sejf, który znajduje się w „azylu”. Junior, Burnham i Raoul już kilka tygodni temu planowali ten skok. Po poprzednim właścicielu pozostała tajemnica i kasa, o której Junior dowiedział się, gdy był opiekunem starca. Podobno w zamkniętej skrytce znajduje się trzy miliony dolarów. Wszystko wydawało się proste, bo plan nie przewidywał, że w domu pojawią się nowi lokatorzy.

I tutaj zaczyna się oklepanie, jakie znane jest nam z pierwszego, lepszego filmu sensacyjnego. Matka i córka zamykają się w „azylu”, nie mają dostępu do leków dla dziewczynki. Kolesie zaczynają świrować i próbują coraz to wymyślniejszymi metodami dostać się do środka. Nie mamy tutaj nic, co by nas mogło zaskoczyć i nic, co by pokazywało geniusz Finchera. Szkoda. „Panic Room” lub „Azyl”, jeśli ktoś woli, można spokojnie zakupić do domowej videoteki, bo to dobry film. Jeśli jednak patrzymy na niego przez pryzmat dokonań Dawida F., to wtedy musimy mu odjąć z dwa punkty w ogólnej ocenie.