Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

The Green Mile

ON:

Stephen King jest ukochiwany przez filmowców. Jego powieści grozy aż proszą się o ekranizacje. Stał się bajkopisarzem dla dorosłych, a historie, mimo, że zbudowane na tych samych schematach, czyta się w sposób wyjątkowy. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że oglądany przez nas film bazuje na jego książce lub opowiadaniu. Potrafi straszyć, a ja do dziś pamiętam swój pierwszy raz z „Miasteczkiem Salem”.

Zielona Mila” to kolejna „więzienna” powieść króla. Tym razem jednak nie mamy wątku ucieczki, ale zupełnie inną historię. Opowiedziana z perspektywy Paula Edgecombe, strażnika więziennego, pokazuje losy grupki ludzi, którzy spotkali się z czymś, czego nigdy wcześniej i nigdy później nie było im dane zobaczyć. Było to w  latach 30-tych w USA – inne czasy. Paul snuje swoją historię w domu starców, kieruje ją kujednej z pacjentek, która z zaciekawieniem wsłuchuje się w opowieść starszego mężczyzny.

1935 rok był wyjątkowy między innymi dlatego, że młody Paul miał straszne zapalenie pęcherza. Gdy sikał, ból był nie do zniesienia, ale uparty facet nie chciał iść do lekarza, pomimo nalegań żony. Rok 1935 był także wyjątkowy dlatego, że do więzienia, w którym pracował, przywieziono największego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widział. John Coffey, bo tak zwał się więzień, był ogromnym, czarnoskórym kolesiem, który został oskarżony o gwałt i zabójstwo dwóch kilkuletnich dziewczynek. Coffey nie należał do najbystrzejszych, a jego prawnik nie był wstanie wybronić go, gdyż dowody jakie znaleziono na miejscu zbrodni, dość jednoznacznie mówiły o jego winie. Ale czy na pewno on był mordercą i gwałcicielem?

Blok więzienny w którym pracował Paul, ten sam gdzie przywieziono Johna nazywano Zieloną Milą. Nazwa ta nawiązywała do koloru kafelków, którymi była wyłożona podłoga. Tutaj panował swoisty kodeks, który mówił „że co wydarzyło się na mili, pozostawało na mili”. Dzięki niej pewne rzeczy nie wychodziły poza mury więzienia, chociaż czasem powinny. Historia ta to także, cholernie zróżnicowani bohaterowie, którzy zostali dobrani w sposób idealny. Tom Hanks, David Morse, Doug Hutchinson, to tylko kilka nazwisk, które stworzyły ten wyjątkowy obraz. Nie ma tu źle zagranych postaci, a całość połyka się jednym tchem pomimo 180 minut, jakie trwa to dzieło.

Ja na „Zieloną Milę” patrzę z perspektywy książki, gdyż jako fan Kinga przeczytałem większość jego powieści i opowiadań. Jednego nie trawię, ale to historia na osobny wpis. Okazuje się, że kinowa adaptacja jest bardzo dobra i nawet zagorzali, ortodoksyjni fani raczej nie będą mieli się do czego przyczepić. Jeśli są osoby, które nie miały styczności z tym filmem, to uważam, że warto znaleźć trzy bite godziny, zaopatrzyć się w napoje oraz przekąski i oddać się przyjemności oglądania.

ONA:

Nie płakałam na „Zielonej Mili”. Czy to znaczy, że cała moja wrażliwość zdechła?

Moim zdaniem jestem totalnie miękką kluchą, bo filmy doprowadzają mnie do łez ultra szybko. Niezależnie, czy to „Stalowe magnolie”, czy „Marley i ja” – za każdym razem gdy je oglądam wyję. Łzy ściekają mi po plecach, a mele z nosa wycieram w rękaw. Pół biedy, kiedy jestem w domu. Gorzej, gdy „z zaskoczenia” ląduję na jakimś wyciskaczu łez w kinie (tak na przykład było z „Choć goni nas czas”), bo wtedy mój pieczołowicie nałożony, wielowarstwowy makijaż zatrzymuje się na kołnierzu. Świadomie zrezygnowałam z oglądania „Zielonej Mili”, bo wszyscy na tym filmie wyją. Jeśli dorosły facet mi mówi, że łapał łzy pod koniec seansu, to ja odpuszczam go z miejsca, szczególnie, że wiem o czym jest ta produkcja i jak się kończy. Ale skoro Tom Hanks jest jednym z moich ulubionych aktorów i uwielbiam go w każdej produkcji, wypadałoby obejrzeć i tę. Uzbroiłam się w wilka, którego futro idealnie wchłania łzy, no i do dzieła! Oczywiście, Bowie zasnęła mi na kolanach (filmik dokumentujący tę ignorancję na dzieło filmowe jest TU).

Na początku filmu poznajemy sędziwego pana, który przebywa z innymi dziadeczkami i babeczkami w domu spokojnej starości. Ale Paul Edgecombe nie jest zwykłym seniorem. Właśnie zaczyna snuć opowieść o swoim życiu sprzed lat. Cofamy się o kilka dekad i lądujemy w połowie lat 30tych ubiegłego wieku. Edgecombe pracuje w więzieniu Cold Mountain, a dokładnie w bloku śmierci. Nie jest to zbytnio komfortowa i spokojna praca, ale cóż. Jego zadanie polega na utrzymaniu ładu i porządku, a także na odprowadzeniu więźnia na miejsce egzekucji. Na ścieżka nazywana jest „Zieloną Milą” z racji swojego koloru, wyraźnie odstającego od mrocznych i brudnych ścian. „Prowizoryczny” spokój bloku śmierci zaburzą pewne wydarzenia, ale najważniejsze z nich – pojawienie się w więzieniu nowego osobnika. John Coffey (Michael Clarke Duncan) – czarnoskóry, olbrzymi mężczyzna, w celi śmierci wylądował z powodu morderstwa, które popełnił. Zabił dwie dziewczynki – tak przynajmniej całą sprawę ocenił sąd. Ale Coffey to nie tylko olbrzym-morderca. To lekko upośledzony facet, który czasami płacze, który boi się ciemności i który ma dar. Ale o tym później… Oczywiście dość szybko łapie ze strażnikami nić sympatii, bo to bardzo przyjemny koleś jest. Ale wyrok zapadł. Czas egzekucji zbliża się nieznośnie szybko…

„Zielona mila” wszędzie oceniana jest jako film wspaniały, genialny i wybitny. I zaiste, on jest i wspaniały, i genialny, i wybitny, ale ja bym do tego dodała jeszcze jeden przymiotnik. Jest bardzo, bardzo, bardzo oczywisty. Nie czytałam tej książki, nie spoilerowałam sobie za bardzo, a rozszyfrowanie tego dzieła zajęło mi mniej więcej godzinę. Poza tym, to wszystko wydawało mi się za bardzo naiwne i w ogóle – za bardzo. Inaczej – ten film warto obejrzeć, bo on ma bardzo uniwersalną wymowę i każdy znajdzie w nim jakiś element, który go poruszy, a zło i dobro wzajemnie się uzupełniają, ale – kurde – ja jestem chyba zbyt „racjonalna”, by wierzyć w pewne „okoliczności”. Z niecierpliwieniem czekałam na pierwsze wzruszenia, ale one nie nastąpiły…. Oficjalnie zatem jestem skamieliną.

Ale „Zielona mila” jest dziełem, które należy obejrzeć. Jest bardzo fajnie zagrane, ma jakąś tam głębię i mówi o wielu ważnych w życiu sprawach. Są w nim bohaterowie bardzo dobrzy i bardzo źli. Sama historia niezbyt wpisuje się w mój gust, ale oglądałam z przejęciem. Tylko na sucho.