ON:

Jak wygląda życie w każdej amerykańskiej szkole wiemy tylko z telewizji, z filmów, które pokazują pewne stereotypy. Zawsze jest nerd, wyalienowany koleś lub dziewczyna (najczęściej goth), proste puste jak wydmuszki blond laski, uganiające się za kolesiami z drużyny footbolowej. Warto dodać, że jest też klasowe popychadło i jakaś dziewczynka, która okazuje się pięknym łabędziem. Wszelkie te dziwadła zamknięte sa w czterech ścianach liceum. W porównaniu z tym, co podaje nam amerykański przemysł filmowy, nasze polskie szkoły nie różnią się bardzo od tych opisanych powyżej. Tylko, że u nas są po prostu klasowi chuligani, a w stanach nazywa się ich Bullies.

Jeśli chcemy poznać historię jednego z takich rozrabiaków, z pomocą przyjdzie nam studio Rock Star, które w 2008 roku zaserwowało Xbox-owcom oraz PC-towcom grę „Bully: Scholarship edition”, czyli odnowioną i wzbogaconą o kilka dodatkowych misji  „Canis Canem Edit.” Od początku jest wesoło. Wcielamy się w postać Jimmiego Hopkinsa – 15 letniego urwisa, który wyrzucony był już z każdej możliwej szkoły. Mamusia rozrabiaki dostarcza go pod drzwi Akademii Bullwotrh, ma ona być ostatnią szansą na drodze do ukończenia edukacji. Jimmie mimo, że rozrabiaka i cwaniaczek od razu zyskuje naszą sympatię – czasem rozrabia, ale jednak nie jest obojętny na krzywdy innych. Naszym celem jest przetrwanie kilka semestrów w szkole, uzyskanie odpowiednio wysokiej reputacji wśród innych uczniów oraz odpowiednio wysokich ocen, aby zaliczyć kolejne przedmioty. Tak więc rano wstajemy z łóżka w naszym akademiku (dziewczyny mają oddzielny, ale nie przeszkodzi nam go odwiedzić w nocy), lecimy na zajęcia. Na każdym przedmiocie bierzemy udział w minigrze. Na biologii kroimy żaby, na matematyce rozwiązujemy zadania, geografia to połącznie nazw państw z flagami. Każdy przedmiot kończy się egzaminem, który potrzebny jest aby przejść do dalszego etapu gry. Po zajęciach możemy zwiedzać szkołę, przyległy do niej teren, odwiedzić pobliskie miasteczko (aby np. zarobić pieniądze rozwożąc gazety), no i oczywiście popychać do przodu główny wątek fabularny, który jest zakręcony jak dom ślimaka. Mamy popijającego dyrektora, szalonych nauczycieli, puszczalskie laski i nieobliczalnych młodocianych naukowców. Przyjdzie nam zwiedzić nawet szpital psychiatryczny.

Świat gry mimo, że nie jest tak duży jak w GTA, daje nam wiele radości podczas jego eksploracji. Ogromna liczba „znajdziek”, ubrań i innych rzeczy, nie pozwala się nudzić. Misje poboczne, także mimo tego, że czasem są do siebie bardzo podobne, dają dużo rozrywki. Ogólnie Bully to jedna z najlepszych gier w jakie przyszło mi grać, mimo, że grafika nie jest najnowsza i znajduje się w niej dużo błędów. Rock Star jak zwykle zaserwowało produkt z najwyższej półki, który aby ukończyć w całości wymaga od nas ponad 40 godzin zabawy. To bardzo dużo w porównaniu z niektórymi dzisiejszymi tytułami. Polecam.