ON:

Wiecie, że były takie czasy, kiedy Bruce Willis miał włosy? Pewnie nie wiele młodocianych fanów kina zdaje sobie z tego sprawę. Tak samo jak pewnie niewiele osób wie, że grał w „Miami Vice” oraz „Moonlighting”, w Polsce znane pod tytułem „Na wariackich papierach”. Pan Willis ma prawie 60 lat, wygląda jak by miał 40-ci, a w filmach gra od prawie 25-ciu. Mimo swojego wieku nadal wielkie rzesze fanek siadłaby mu na twarz. Cóż, każdy ma swoje pięć minut, a on ma swoje 25 lat. A wracając do jego włosów, to najwięcej och było w latach 90-tych. Kiedy grał w kolejnych „Szklanych pułapkach”, „Barwach nocy” i innych lepszych lub gorszych filmach. Z tym, że tych lepszych było dużo więcej.

W 1991 r. Tony Scott, znany między innymi z takich klasyków jak „Top gun” czy „Prawdziwy romans”, wyreżyserował komedię sensacyjną, w której pan Willis idealnie wpasowuje się w postać zgorzkniałego prywatnego detektywa Joe Hallenbecka. Wszystko zaczyna się od rozgrywanego w strugach deszczu meczu ligi footballu amerykańskiego. Wynik jest już z góry przesądzony, nie ma szans, aby jedna z drużyn wygrała ten mecz. Po przerwie, podczas której Billy Cole, zawodnik drużyny przegrywającej, otrzymuje dość dziwny telefon z pogróżkami i zaczynają się ostatnie minuty gry. Cole ma piłkę, biegnie zdobyć punkty. Mija jednego przeciwnika, kolejnego, po czym wyciąga pistolet schowany za paskiem spodni i zaczyna strzelać do graczy drużyny przeciwnej. Na koniec mówi „Życie to dziwka” i strzela sobie w łeb.

Teraz poznajemy Hallenbecka, który wygląda jak menel drugiej kategorii. Po rozmowie przez telefon ze swoim kumplem, dającym mu zlecenie za 500 dolarów (trzeba chronić jakąś dupę, bo nachodzi ją jakiś zbok), wraca ze swojego biura do domu. Tam czeka go mileńka rozmowa z ukochaną żoną. Widać, że nie jest lekko. Wszystko się wali. Dodatkowo, jego detektywistyczny umysł stwierdza, że coś jest nie tak. W domu jest inny facet. Pod łóżkiem go nie ma, hmm może szafa? Po ostrej wymianie zdań i wpakowaniu kuki z pistoletu w zdjęcie rodzinne, z kryjówki wychodzi jego kumpel. Miał facet racje. Panowie wychodzą z domu, jeszcze na trawniku przed mieszkaniem Joe sprzedaje kolesiow pukającemu jego żone jednego ładnego strzała w bebechy i już są prawie kwita. W chwili gdy “zdrajca” wsiada do samochodu i przekręca kluczyki w stacyjce, zagrały mu na harfach chóry anielskie w akompaniamencie wybuchającej bomby. Kto i dlaczego chciał jego śmierci? To pierwsze z pytań, na które trzeba będzie znaleźć odpowiedź.

Ale to później. Teraz trzeba się zająć młoda „tancerką”, bo 500 dolarów na ulicy nie leży. Niestety, nie wszystko wyszło jak trzeba i dziewczyna ląduje na ulicy z kilkunastoma pociskami w swoim ciele. Pewnie zagrały jej te same chórki anielskie co kumplowi Hallenbecka. Jeden dzień i dwa trupy to dość drastyczna statystyka. Podczas tej akcji Joe poznaje faceta dziewczyny, niejakiego Jimmy’ego Dixa. Facet jest byłym futbolistą, niestety jego miłość do koksu i hazardu doprowadziła do jego zawieszenia. Jimmy postanawia podpiąć się pod śledztwo prywatnego detektywa i wyjaśnić sprawę morderstwa jego ukochanej. Podczas badania sprawy wychodzi, że oba morderstwa są ze sobą powiązane. Dowiadujemy się także, z jakiego powodu Joe z dobrze zapowiadającego się pracownika rządu, wylądował w rynsztoku.

Dla mnie „Ostatni skaut” jest klasyką kina lat 90-tych. Scenariusz jest przewidywalny, a dialogi czasem bardzo płytkie, ale nie przeszkadza to w odbiorze tego filmu. Całość na pewno poprawia rola Willisa, którego bohater co kilka minut rzuca chamskimi, cynicznymi tekstami. Warto.

ONA:

Przyznam się do tego. Nie ma sensu, żeby dalej to ukrywać, a i tak wszyscy o tym wiedzą. Jednym z moich ulubionych aktorów jest Bruce Willis, ale wolę go w bardziej łysej formie, niż z tymi śmiesznymi zakolami, które pamiętam z filmów z lat 90. Filmu „The Last Boy Scout” nie widziałam, ale Dave lubi uzupełniać moje filmowe braki.

Cała historia jest oparta na tym samym sznycie, z którego Willis jest najbardziej znany. Główny bohater zaczyna powoli odczuwać starzenie się i strzykanie w kościach, co zresztą nie raz podkreślał mówiąc „Jestem stary”. Ma problemową pracę, która nie do końca go zadowala. A do tego wszystkiego rodzinne gniazdko, które uwił, zaczyna się sypać. Żona „czuje się samotna”, więc sypia z jego przyjacielem, córka jest rozkapryszonym bachorem, na którego żadne metody wychowawcze nie działają. Generalnie – kapa. I nagle w samym środku tego marazmu zaczyna się coś dziać. Szczególnie, że sprawa, którą zwęszył, jest duża.

Joe był ochroniarzem, ale jedno wydarzenie z przeszłości zaważyło i teraz jest nikim. No ok, bez przesady, że aż tak źle, ale ma pod górkę. Jego głównym źródłem dochodu jest teraz zabawa w detektywa i węszenie. Właśnie dostał nowe zlecenie. Ma chronić Corę, tancerkę z klubu nocnego (w tej krótkiej roli wystąpiła Halle Berry, która znacznie wyładniała dopiero pod koniec lat 90, a tu jeszcze była uroczym paszczurkiem). I akurat gdy jego przyjaciel, który wpadł z nocną wizytą do żony Joe mu przekazał to zlecenie, jego samochód powędrował wysoko, wypełniony materiałem wybuchowym. Jak można łatwo wywnioskować, Joe staje się głównym podejrzanym. Co gorsza, nie udaje mu się również ochronić tancerkę, a te dwa morderstwa wydają się być ze sobą powiązane. Razem z chłopakiem Cory, chcą wyjaśnić sprawę. Jimmy jest byłym futbolistą, który musiał zakończyć karierę z powodu dragów. A cała sprawa niebezpiecznie krąży wokół futbolu i ludzi z nim związanymi.

Film jest mega, mega, MEGA kiczowy. Wszystko, od scen, przez muzę, po wygląd bohaterów. Ale czego się spodziewać, mamy 1991 rok, więc wszystko musi być bardziej. Ale jest coś, co broni ten film niebywale. Willis i Damon Wayans. Panowie, którzy grali w rolach głównych stworzyli dwie rewelacyjne kreacje trochę cwaniaków, trochę łajz, a dialogi między nimi to już kanon najlepszych tekstów dopierdzielających, jakie mogłam usłyszeć w filmie. I właśnie dla tego wyśmiewania, dokuczania, obrażania warto obejrzeć ten film.

Na koniec słowo o reżyserze. Wygląda na to, że jestem totalną ignorantką. Uwielbiam filmy Ridleya Scotta, ale o tym, że ma brata, również filmowca, nie wiedziałam. Scott i Scott – ot, zbieżność nazwisk. Tony Scott przeszedł chyba przez wszystkie etaty, które można dostać podczas tworzenia filmów. Stawał zarówno przed kamerą, jak i za. Wyreżyserował między innymi „Top Gun”, „Karmazynowy przypływ”, „Fana” ze świetną rolą de Niro. Najbardziej znane jego filmy powstały w latach 90. A potem bez szału. Ale Tony dalej działał, tylko, że w innej części. Mieszał palce w wielu znanych filmach jako producent. Ciężko porównać twórczość obu braci, bo to co robił Ridley było zupełnie inne. On rozbudzał na nowo kinematografię, tworząc dzieła, które przechodziły do jej historii. To, co robił Tony, było sztampowo wpisane w dany moment, kiedy akurat takie, a nie inne kino było popularne, nie wychylał się z danej konwencji. Jego filmy były przede wszystkim obyczajowe. Obyczajowy dramat, obyczajowa komedia. Sensacje wychodziły mu całkiem nieźle, ale one też były obyczajowe. Zmarł niedawno. Odebrał sobie życie w sierpniu tego roku…