ONA:
Wymieszanie „Martixa” z „1984” Orwella – taką miałam myśl zaraz po obejrzeniu „Equilibrium”. Momentami bardziej matrixowy, momentami orwellowski, ale bez dwóch zdań, kolejny z filmów, których się boję. Dlaczego?
Ciężko mi wyobrazić sobie świat, który pozbawiony jest emocji, zarówno tych dobrych, jak i tych złych. Ok, naiwnie powiem, że świetnie żyłoby się, gdyby ludzie byli po prostu mili. Gdyby nie było krzyku, upierdliwości, gdyby nie było wojen, morderstw, gwałtów. Póki co musi mi wystarczyć nie oglądanie wiadomości w telewizji i ignorowanie sytuacji politycznej na świecie i w kraju, co jest egoistyczne, wiem, ale daje mi namiastkę spokoju. Ale spójrzmy na drugą stronę lustra. Żyjąc w świecie, w którym nie ma emocji, nie znalibyśmy miłości, przyjaźni, ekscytacji. Nie byłoby mowy o spaniu z kimś i trzymaniu się za ręce, o tęsknocie, o obawie przed utratą tej najważniejszej osoby. Nie byłoby wspólnego przeżywania ciężkich chwil i ekscytowania się tymi dobrymi i radosnymi. Szczerze? Wolę dalej żyć w telewizyjnej comie, ale jednocześnie mieć tą pewność, że kocham i jestem kochana. Ale w Librii, którą wykreowali twórcy filmu, nie ma uczuć i emocji. Społeczeństwo wpada w szarość, która wylewa się z każdego kąta, zarówno ich, jak i całego miasta. Monumentalne, ale proste formy budynków, mieszkań, ubrań, odcienie szarości zastępujące całe palety kolorów. Bez muzyki, bez obrazów, bez filmów (umarłabym!), bez zła, bez dobra. Wielka, wszechogarniająca nicość, zimno i wszystko inne, co większość ludzi zabiłoby po pierwszym tygodniu. Ale jednak, całe społeczeństwo mieszkające w Librii jakoś funkcjonuje. Dlaczego? Oczywiście, pomagają im w tym medykamenty. A konkretnie Prozium, lek, którego głównym zadaniem jest przytępienie mieszkańców. I tak łykają kolejne dawki, zanurzając się jednocześnie w coraz większej, bezpłciowej nicości. Nad spokojem i ochroną czuwają Klerycy, którzy są wyszkolonymi, inteligentnymi „maszynami”, które likwidują każdy kolor, książkę, dźwięk, każdą osobę, która czuje. Nad wszystkim czuwa librowy „Wielki Brat”, czyli Ojciec, zastępuje go Konsul, a wszyscy obywatele są ciągle nadzorowani. Wszystko po to, by powstrzymać emocje. Ci, którzy odmówili łykania leku i jakimś cudem udało im się przeżyć, mieszkają w podziemiach, tworząc swoistą rebelię, by obalić otępiały ustrój.
Jednym z wzorcowych Kleryków jest niezwykle szanowany John Preston. Ma mnóstwo sukcesów, jest chodzącym ideałem. Walczy z odczuwającymi bez skrupułów, nawet gdy jedną z nich okazuje się jego żona, która zostaje skazana na karę śmierci. Ale kilka kolejnych wydarzeń, które nastąpiły w jego szarym życiu sprawia, że John ostawia lek. I nagle film zaczyna mieć zupełnie inne barwy. Preston zaczyna mieć coraz większe problemy z tym, by nie okazywać skrywanych emocji. Postanawia więc zejść do podziemia, stanąć w szeregach „powstańców”, którzy chcą obalić Ojca. Ale oczywiście, nic nie jest proste. Jego cieniem staje się nowy partner, który ma intuicję i szybko potrafi wyczuć czującego… Komu się uda?
Film jest niezły. Ogląda się go całkiem znoście, ale myślę, że to zasługa przede wszystkim Christiana Bale’a. Zresztą, co się dziwić. Po raz kolejny zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, tworząc jeszcze jedną rewelacyjną kreację. Jego bohater jest prawdziwy, zamknięty w służbowej skorupie, w której wewnątrz szaleją emocje. Ale pomijając głównego bohatera… Strasznie podobały mi się sceny walki, ale ja chyba się nie znam, bo osoby, z którymi rozmawiałam na temat tego filmu zwykle mówiły, że były one beznadziejne. Może przydługie, ale wybitnie spektakularne. Cała choreografia zapierała dech w klatce z piersiami, no chyba, że to był początek mojego blisko 3 tygodniowego przeziębienia, to wtedy faktycznie, były beznadziejne, hihi. Scena, która okrutnie mi się nie podobała to scena zabijania psów, mimo, że nie była w ogóle pokazana. Słyszeliśmy jedynie rozpaczliwy skowyt zwierzaków, ale to mi wystarczyło. Dave dostał opierdziel, bo mi się takich filmów nie puszcza… Całość dopełnia muzyka, która jest majestatyczna i dodatkowo dopieszcza zdjęcia i sceny. Film skłania do myślenia o wszechogarniającym systemie, który zaciska dłonie na szyjach obywateli. Ma bardzo metaforyczne przesłanie dotyczące rebelii, miłości, bliskości i lojalności ponad wszystko.
A, jeśli kogoś to interesuje, to liczba trupów, które padają w tym filmie, to 236. Nie liczyłam, wyczytałam w sieci.
Jestem nędzarzem, posiadam tylko marzenia, rozsiałem je u twych stóp, stąpaj lekko, gdyż stąpasz po moich marzeniach…
ON:
Ludzkość doprowadza się do autodestrukcji. Nie myśląc o konsekwencjach, wielokrotnie podejmujemy decyzje mające na celu krzywdzenie innych. Kierując się emocjami doprowadzamy do sytuacji, w których nasi bliźni cierpią, a czasami nawet giną. Kolejne wojny, zamieszki i inne akty przemocy doprowadzają do tego, że pozorny spokój jaki panuje na Ziemi, często bywa bardzo zagrożony. Niestety, nie udało się tego pokoju uchować i rozpoczęła się III Wojna Światowa…
Po jej zakończeniu wiele się zmieniło. Wyobraźcie sobie świat bez przemocy, bez zbędnych uczuć, mogących doprowadzić do rozlewu krwi. Emocje mogące narodzić się w naszych głowach, sercach i duszach, wynikające z obcowania ze sztuką, muzyką, a nawet innymi ludźmi – nie istnieją. Spowodowane jest to dwoma czynnikami. Po pierwsze, każda osoba ma obowiązek zażywać cudowny, tłumiący wszelkie uczucia lek – „prozium”. Po drugie, jakiekolwiek objawy okazywania emocji są bardzo szybko wytrapiane przez inteligentnych i wyszkolonych „Kleryków”. Poza sądzeniem i likwidowaniem tych, którzy czują, mają oni jeszcze inne zadania. Między innymi wyszukiwanie i niszczenie wszelkich dzieł kultury, mogących przyczynić się do wybuchów różnorakich uczuć. Tak wiec obrazy, książki, płyty z muzyką oraz wszelkie inne nośniki danych są palone. Tysiące lat ludzkiej energii, włożonej w rozwój naszej kultury, jest tępiony przez zastępy „psów”, rządzącego tą chorą utopią „Ojca”.
Jednym z najwyższych rangą Kleryków jest John Preston, ojciec dwójki dzieci, który jest tak wiernie oddany idei głoszonej przez władyków, że nawet oskarżenie i śmierć jego żony nie wywołała na nim większego wrażenia. Nie cofnie się on przed niczym, aby walczyć dla dobra wspólnoty. Jednym z jego aktów oddania była egzekucja jego partnera, Partridge’a, którego przyłapał na czytaniu znalezionej książki. Mord ten nie spowodował u niego żadnych wyrzutów sumienia, żadnych refleksji. Niestety, mały wypadek, który zdarzył się w jego łazience kilkanaście godzin po całym zajściu, wywrócił jego życie do góry nogami.
Przyjmowanie prozium odbywa się dawkami, które wstrzykuje się specjalnym pistoletem w szyję. Każda dawka jest w specjalnej szklanej ampułce, którą trzeba „załadować do pistoletu”. Podczas porannej toalety Preston przypadkowo tłucze swoją ampułkę i postanawia się zgłosić po jej duplikat. Niestety, w związku z atakiem „terrorystów czuciowców”, najbliższa jednostka Equlibrium, czyli miejsca gdzie szkolą się klerycy, jest zamknięta, przez co przyjęcie dawki leku bardzo się opóźnia. W ten sposób mija doba, później dwie, trzy i kolejne. Kleryk zaczyna odkrywać, że to, o co walczą ostatnie niedobitki czujących, ma ogromną wartość i sens. Zaczyna odczuwać smutek po utracie żony, gorycz, złość i całą masę innych, do tej pory nieznanych uczuć. Brnąc dalej w nowy świat zaczyna dopuszczać się zdrady „Ojca” i jego ideałów, a w pewnym momencie dociera do podziemia, do ruchu oporu, walczącego z reżimem kierującym tą utopią. Będzie musiał wybrać stronę, po której stanie.
Equilibrium jest antyutopią, historią opowiadającą o tym, że nie ma czegoś takiego jak idealna, zgodna i szczęśliwa społeczność. To historia o groteskowej hipokryzji, gdzie brak wojen i przemocy jest utrzymywany przez manipulację i przemoc. Nie jest to kino wysokobudżetowe, co bardzo dobrze widać już od pierwszych scen, ale przy małych nakładach uzyskano naprawdę rewelacyjny efekt. Poza tym, możemy tutaj oglądać Christiana Bale’a z początków jego kariery aktorskiej. Za dużo tutaj wykombinowanego mordobicia, ale poza tym całkiem sensowne kino.
