ONA:
„Stranger than fiction” to film dziwny. Nie mówię, że zły, ale dość szybko musiałam zweryfikować moje oczekiwania w stosunku do niego. Komedia i do tego z Willem Farrellem, narzuca pewne stereotypowe myślenie o poziomie. Filmy takie jak „Austin Powers”, „Wedding crashers” czy „Blades od Glory” kwalifikują go do grona aktorów skrajnie komediowych, których mega skill polega na umiejętności wypierdzenia hymnu jakiegoś państwa. A tu takie zaskoczenie. Okazuje się, że Farrell może zagrać w czymś bardziej dramatycznym!
Historia, którą zobaczyłam w „Stranger than fiction”, jest o życiu. Harold Crick wiedzie ekstremalnie nudne i monotonne życie. Kolejne etapy dnia wylicza mu zegarek. Pobudka, toaleta, śniadanie, potem droga do pracy, praca, droga do domu i tak dzień w dzień. Wszystko obliczone co do sekundy. Przerwa na kawę, lunch, wszystko. W jego głowie ciągle przewalają się liczby. Ilość ruchów szczoteczką podczas mycia zębów, ilość kroków, a w pracy kolejne stosy oliczbionych kartek. I nagle, bez żadnego ostrzeżenia, coś się zmienia. Podczas porannej toalety, kiedy jego mózg liczył kolejne ruchy szczoteczki w ustach, Harold usłyszał kobiecy głos, który od tej pory komentował wszystko, co robił główny bohater. Pierwsze odczucie? Schizofrenia. Czy to w ogóle możliwe? Cudem ocalałe resztki zdrowego rozsądku próbowały posklejać to dziwne zjawisko… I jego życie mimochodem zaczęło się zmieniać. A gdy głos narratorki wspomina o rychłej śmierci, Harold postanawia działać. Najpierw chce znaleźć kobietę, której głos go prowadzi. Pomaga mu w tym profesor Jules Hilbert (Dustin Hoffman), jedyna osoba, która wierzy w to, że głos to nie paranoja. Jednocześnie Crick zaczyna brać z życia to, co olewał przez wiele lat. Zaczyna żyć, mając jednocześnie na karku wyrok śmierci, wydany przez autorkę jego bytu. W końcu dowiaduje się, że tajemniczy głos, komentujący jego kroki i wybory należy do Karen Eiffel (nieumalowana i zapuszczona Emma Thompson), powieściopisarki niegdyś sławnej, obecnie zanurzonej w czarnej, wszechogarniającej dupie, zwaną niemocą twórczą. Ale to nie jedyna kobieta, która pojawia się w życiu bohatera. Pewnego dnia spotyka Anę Pascal, u której ma przeprowadzić kontrolę podatkową. Niebanalny styl życia dziewczyny, jej stosunek do wszystkiego, jej pogoda ducha i optymizm, w połączeniu z wyrokiem śmierci, budzą w Haroldzie skrywane emocje. Powoli i subtelnie przywraca w sobie człowieczeństwo, które nie jest mierzone sekundami, krokami czy innymi liczbami. Harold Crick zaczyna żyć. Ale co zrobi autorka powieści?
Film jest afirmacją życia, solidną metaforą tego, w jaki sposób możemy zmienić nasze życie, bo jego bieg zależy tylko od nas. Postawienie wszystkiego na jedną kartę, wywrócenie dotychczasowych nawyków, odkrycie małych uroków – to coś, co budzi w ludziach na nowo chęć do istnienia. Film nie należy klasyfikować jako komedię, bo jest w niej sporo dramatyzmu. Strasznie spodobała mi się początkowa sekwencja, która oddaje klimat psychiki głównego bohatera, jeszcze przed zmianą. Potem, gdy jego życie przestało być odmierzone, gdy zauważył przyjemności, takie jak maczanie ciasteczka w herbacie, gdy poczuł co to miłość i do tego miłość odwzajemniona, jest ich coraz mniej. W ogóle pomysł na zarysowanie fabuły jest kapitalny. Przenikanie czasoprzestrzeni, z głosem Emmy Thompson daje rade. Jej rola, nieco zagubionej pisarki, wypadła przednio, a sposoby szukania idealnej śmierci – kapitalne. Do końca nie wiemy, jak historia się skończy. Chyba najsłabszym ogniwem był niestety sam Will Farrell, który nie potrafi być za bardzo emocjonujący. Ale może taki zabieg był celowy? Obsadzić w głównej roli kogoś, którego dramaturgia przypomina zaangażowanie jogurtu w śniadanie…
Polecam, film trochę się ciągnie, ale robi to, co ta sztuka powinna robić. W czasach dawnych i dawniejszych przedstawienia teatralne miały oczyszczać. Ten film oczyszcza, daje do myślenia, jest ciepły. I nadziejowaty…
ON:
Mówi się, że najlepsze scenariusze pisze samo życie. Na pewno jest w tym dużo prawdy, czasem jednak lepsze historie powstają w głowach pisarzy i scenarzystów, którzy potrafią zaskoczyć nas czymś, czego w życiu codziennym nigdy nam się nie przytrafi. Tak powstał „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”, „Pan nikt”, czy ostatnio oglądany przez Marudów „Stranger than fiction”.
Wyobraźcie sobie, że prowadzicie nudne, powtarzalne życie, którego dni nie różnią się niczym. Wstajesz rano, myjesz zęby, zawiązujesz krawat. Później biegniesz na autobus, jedziesz do nudnej pracy, a w niej dzień w dzień o tej samej godzinie jesz obiad i wypijasz kawę. Po pracy wracasz do domu, w którym zjadasz kolację, oglądasz telewizję i idziesz spać. Brzmi znajomo? Wielu z was na pewno powie: „Moje życie tak właśnie wygląda”. I właśnie taki żywot prowadzi Harold Crick, samotny księgowy, którego codzienność zapisana jest w schematach, liczbach i bezpiecznej powtarzalności. Harold nie wie, że tak naprawdę jest postacią z nowopowstającej powieści sławnej dramatopisarki Karen Eiffel. To ona powołała do życia jego osobę, ona także jest narratorem opowiadającym o uczuciach, zdarzeniach i nadchodzącej przyszłości bohatera. Niestety, brak weny, jaki męczy ją od kilku lat, nie pozwala jej dokończyć swojego dzieła. Przez co jej bohater jest jakby zawieszony w codzienności. Pewnego ranka stało się coś niezwykłego, Crick usłyszał głos swojej stworzycielki, a dokładnie jej narrację. Zaczyna się zastanawiać czy aby przypadkiem wszystko jest z nim w porządku. Kolejne dni tylko utwierdzają go w tym przekonaniu, aż w końcu postanawia skorzystać z pomocy terapeuty. Ten każe mu wziąć kilka tygodni zaległego urlopu. Nie to jest jednak jego największym zmartwieniem, ale słowa które wypowiedziała narratora, w których poinformowała, że Harold wkrótce umrze. Ta informacja sprawiła, że zaczyna na własną rękę szukać informacji do kogo należy kobiecy głos i czy informacja o jego nagłej śmierci jest prawdziwa. W poszukiwaniach pomaga mu profesor – ekspert w dziedzinie literatury.
Historia opowiadana jest jakby dwutorowo. Jeden – opowiada wątek Harolda, jego życia, kobiety jaką pozna i zacznie się w niej zakochiwać. Drugi opowiada o problemach jakie ma z weną autorka dramatów. Koniec końców dochodzi do konfrontacji „Pani Bóg” oraz jej „dziecka”. Jakie będą tego efekty? Zobaczcie sami.
„Stranger than fiction” pomimo tego, że jest bardzo nierównym filmem, jest dobry. Historia staje się dość szybko przewidywalna, ale przez grę aktorów oraz jej ciekawe prowadzenie nie nudzi. Jest to obraz inny niż większość filmów, jakie pojawiają się w kinach i dzięki temu nie powoduje, że będziemy ziewać podczas seansu. Warto.
