ONA:
Bycie kobietą jest ciężkie. Oczywiście, panowie mogą powiedzieć, że „Bycie facetem też”, ale nie posiadam na stanie męskich gonad, więc w tym temacie wypowiadać się nie mam zamiaru. Ale podkreślę to raz jeszcze – bycie kobietą jest ciężkie. Nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie tego, że trzeba golić nogi, skubać brwi i farbować odrosty, nie wspomnę o comiesięcznej męce, kiedy czuję się jak napompowane Może Czerwone, co bezpośrednio poprzedzone jest zjedzeniem wszystkiego co słodkie, ostre, kwaśne i z masłem, i co przed nami nie ucieknie. Nie mam na myśli również tego, że na siłę czasami (często) wtłaczane jesteśmy w role społeczne, tylko i wyłącznie dlatego, że nasza płeć je determinuje. To, co chodzi mi po głowie związane jest tylko wyłącznie z naszą psychiką. Bo prawda jest bolesna, my same nie wiemy czego chcemy. Mamy pewne oczekiwania i cele – liczymy, że damy rade im sprostać i je zrealizować. Najczęściej porzucone leżą obok spodni, do których próbujemy się zmieścić albo do maseczki z alg, która działa znakomicie, ale śmierdzi.
Klasyczny przykład rozchwianej kobiety, która nie dość, że sama nie wie czego chce, to jeszcze za bardzo nie umie sprecyzować swoich oczekiwań widzimy w filmie z 1999 roku pod tytułem „Przerwana lekcja muzyki”. W roli głównej Winona Ryder, jeszcze trzymająca się szczytu, który już kilka lat po tym dziele zaczął ją boleśnie przytłaczać. A szkoda, dla mnie to jedna z najlepszych aktorek lat 90. Jej bohaterka, Susanna Kaysen, powinna właśnie wkraczać w dorosłe życie. Pochodzi z dobrego domu, jest wrażliwa, chce pisać, ale średnio coś w tym kierunku robi, jako jedyna ze swojego rocznika postanawia olać studia. Jest też zdrowo pieprznięta. Jej niestabilność emocjonalna i brak pomysłu na życie, połączone z coraz większymi oczekiwaniami ze strony innych osób – przytłacza ją. Nie wie co chce robić w życiu, nie umie podjąć żadnej decyzji, sypia z kim popadnie, a każdy kolejny numerek doprowadza ją do coraz gorszego stanu psychicznego. A nie, przepraszam. Raz bolała ją głowa, dlatego postanowiła zjeść aspirynę, no okej – całą fiolkę aspiryny i popić to wódką. Załamani (na swój sposób) rodzice nie potrafią sobie z nią poradzić. Panna ląduje w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ma odpocząć. Tam, pod opieką pielęgniarek i lekarzy – w końcu słyszy diagnozę: osobowość graniczna. Cytując za Wikipedią: osobowość borderline charakteryzują: wahania nastroju, napady intensywnego gniewu, niestabilny obraz siebie, niestabilne i naznaczone silnymi emocjami związki interpersonalne, silny lęk przed odrzuceniem i gorączkowe wysiłki mające na celu uniknięcie odrzucenia, działania autoagresywne oraz chroniczne uczucie pustki (braku sensu w życiu)…
Śmiało mogę powiedzieć, że teraz co 5ta nastolatka ma osobowość graniczną, ale tamta historia działa się w latach 60., kiedy rozkapryszenie nie było jeszcze jednostką chorobową. Zatem Susanna i jej bordeline wylądowały w wyjątkowym miejscu. Tu nasza główna bohaterka trafiła na prawdziwe problemy. Tu zauważyła, czym jest niewola i kontrola. Ale tu też poznała ciepło i przyjaźń. Siostra Valerie (genialna rola Whoopi Goldberg) cierpliwie znosiła jej wybuchy. Lekarze prowadzący starali się jej pomóc, zarówno terapią, jak i lekami. Ale moim zdaniem, całą pracę przywracającą Kaysen spokój i równowagę, zrealizowały jej koleżanki z oddziału. Jej współlokatorka, patologiczna mitomanka Georgina, dziewczynka, która w dzieciństwie podpaliła się, czyli Polly Pochodnia, Daisy, która lubi tabletki na przeczyszczenie, no i Lisa… Jest też facet.
Bardzo lubię ten film. Jest w nim coś, co mnie od czasu, do czasu przyciąga. Klimat zakładu dla psychicznie chorych, kolejne dziewczyny, zamknięte tam z powodów mniejszych i większych, więź, która rodzi się między nimi… Do tego to moim zdaniem film, który nie ma słabych momentów. Wybuchy emocji, wrzaski, kolejne zwroty akcji, w postaci histerii, samobójstw – me gusta! Do tego bohaterki zagrały rewelacyjnie. Winona Ryder w szczytowej formie, ale Angelina Jolie ze swoim prywatnym popieprzeniem, solidnie ją przyćmiła, za co dostała Oscara – w pełni zasłużonego zresztą. No i Whoopie, którą kocham w każdej jej komediowej roli, tu była chodzącą Empatią. Ciepło bijące z jej postaci, przechodziło przez telewizor. Warto tu również wspomnieć o Jaredzie Leto, w roli prawie-chłopaka głównej bohaterki i Brittany Murphy, która świetnie pokazała uroczą Daisy i której śmierć w 2009 roku pieprznęła mnie w twarz mniej więcej tak samo, jak odejście Heatha Ledgera rok prędzej.
Dave podczas tego filmu prawie umarł z nudów. A ja lubię i polecam, bo to jeden z tych filmów o czubkach, psychiatrykach itd, który ma całkiem pozytywny wydźwięk. Bez lobotomii.
PS. Film jest został nakręcony na podstawie autobiografii Susany Kaysen. Czyli jednak zaczęła pisać…
ON:
W 1962 roku Ken Kesey opublikował „Lot nad kukułczym gniazdem”, powieść, która przeszła do kanonu, stała się klasyką amerykańskiej książki XX wieku. To studium wyniszczania jednostki, osobowości człowieka przez otaczające społeczeństwo na przykładzie zamkniętego szpitala psychiatrycznego. Za wszystkim przewijał się zawoalizowany totalitaryzm. W 1975 roku to dzieło zekranizował Milos Forman. Film tak samo jak książka, stał się kultowy. W 1999 roku na ekrany kin wszedł inny obraz, poruszający bardzo podobny temat, a mianowicie „Przerwana lekcja muzyki”. Można powiedzieć, iż jest to „Lot…”, tyle że z żeńskimi postaciami. Poza tym, znajdziemy tutaj tak samo wiele różnic, jak i podobieństw. Niestety, dla mnie jest to opowieść o wiele gorsza niż ta, jaką uraczył nas Forman.
Do prywatnego „szpitala” dla bogatych dziewczyn z problemami, zostaje zapisana Susanna Kaysen. Znalazła się tam dlatego, iż postanowiła połknąć butelkę aspiryny, a później zalała tabletki flaszką wódki. Widocznie się chciała dziewczyna zabawić. Niestety, lekarz psycholog, czy może psychiatra stwierdził, że jej autodestrukcyjne zachowanie jest wynikiem choroby, którą powinno się leczyć w czterech ścianach wariatkolandu. Na miejscu Susanna poznaje inne dziewczyny, mające swoje mniejsze lub większe problemy z własną osobowością. Pojawia się także „ta zbuntowana”, czyli Lisa Rowe. Ta dziewczyna ma wszelkie zasady panujące w ośrodku za nic. Typowa buntowniczka, będąca stałym bywalcem tych czterech ścian. Nad przełożonymi i personelem sprawuje pieczę ciemnoskóra pielęgniarka Valerie Owens. Jest bardzo stanowcza i jeśli przychodzi potrzeba nie ma problemu z użyciem bardziej drastycznych środków perswazji.
Film skupia się na relacjach jakie zachodzą w tym małym, na wpół zamkniętym świecie. Pomiędzy Susanną a Lisą zawiązuje się specyficzna wieź, nie jest to może przyjaźń, ale uczucie bardzo do niej podobne. Stają się przez to „katalizatorem” kolejnych wydarzeń, jakie mają miejsce w szpitalu. To one wraz z innymi podopiecznymi zrobią nocny wypad, aby przejrzeć swoje karty choroby, to zaś nie wezmą swoich leków i wymienią je z innymi, np. na valium, to znów doprowadzą do tego, że jeden z pielęgniarzy wyląduje na innym oddziale. Wszystkie te “epizody” niestety wcale nie przybliżają dziewczyn do wolności, lecz wręcz przeciwnie, doprowadzają do kolejnych zwiększonych dawek leków, a nawet i elektrowstrząsów. W pewnej chwil, gdy dochodzi do tragedii, Susanna zdaje sobie sprawę z tego, że jednak chce wrócić już do normalności.
Jak tak sobie pomyślę, to wystarczyło pozbyć się postaci Susanny. Dlaczego? Bo wtedy Lisa staje się żeńską wersją McMurphy’ego, zaś siostra Valerie jest jak delikatniejszą wersją siostry Mildred Ratched. „Przerwana lekcja muzyki” na pewno nie jest tak dobra jak „Lot nad kukułczym gniazdem”, mimo to można choć raz ją zobaczyć.
