Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Marie Antoinette

ONA:

Czy to będzie bardzo próżne wyznanie, jeśli napiszę, że w poprzednim wcieleniu musiałam być księżniczką? No w każdym razie – byłam, jestem o tym przekonana. Moje skłonności do prostoty są wyłącznie przykrywką i wygodnictwem. O wiele łatwiejsze jest starcie kurzu z ikeowej szafy, niż czyszczenie każdego pierdolnika w stylizowanej na barokokoko komodzie, ale gdybym mogła – nad moim łóżkiem wisiałby baldachim, na podłodze położyłabym skórę z tygrysa (spokojnie, z poliestrów, a nie naturalnego), a ja piłabym herbatkę z bogato zdobionej filiżanki. Gdyby nie to, że w mojej pracy normalne jest to, że non stop jestem czymś umorusana (najczęściej farbami plakatowymi), to nosiłabym się elegancko, a nie wieczne w połączeniu t-shirta i spodni, a na nogach nie miałabym emusów/trampek, tylko subtelne szpileczki. Póki co całą potrzebę przepychu umieszczam na moim lewym nadgarstku, na którym w momentach przełomowych dynda i 10 bransoletek, a wszystko się blinka, świeci i szczyrka. Taaak, jestem sroczką…

Dlaczego o tym piszę? Bo natchnęła mnie do tego Maria Antonina, która dzięki Sofii Coppoli mocno przełamała moje wyobrażenie na jej temat. Nie wierzę w to, że zaraz napiszę te słowa. Tak, to będzie prawdziwy przełom! Podobał mi się jej film. Podobał jak cholera! „Maria Antonina” z Kristen Dunst w roli tytułowej, zmiotła mnie z poziomu wygodnego fotela. Założenie było proste: potrzebuję, chcę mieć jakieś gadające tło pod nocną pracę. Jako, że mój apetyt na biografie jest ciągle wielki i nadal niezaspokojony, wzięłam praktycznie pierwsze lepsze dzieło. Fakt, zastanowiłam się, bo mam ogromnego pecha jeśli chodzi o twórczość córki pana Coppola, ale tym razem moja wiecznie zawodząca intuicja podpowiedziała „Spróbuj”. Pierwsze sceny – zachwycam się kostiumami i scenografią. Potem pojawia się uroczy mops – już jestem zakochana. A potem łapię się na tym, że Dunst mi nie przeszkadza. I najbardziej zaskakujący element całości – muzyka. Maria Antonina to XVIII wiek. A w głośnikach słyszymy idealnie dobrane utwory z naszych czasów! Ten chwyt zabił mnie totalnie. A potem doszłam do wniosku, że sama główna bohaterka jest tu wyłącznie symbolem i równie dobrze można byłoby ją osadzić w XXI wieku. Ale po kolei…

Na początku tego dzieła poznajemy Marię Antoninę, dziewczynkę (miała 14 lat), którą ambitna matka „przeznaczyła” do wydania na francuski dwór. Wybranek nie był byle jaki – jej rękę (i całą resztę) oddano następcy tronu, Ludwikowi, który miał 16 lat, a widmo rządzenia w najbliższej przyszłości lekko go przerażało. Za pomocą tej dwójki gówniarzy dwa wielkie, europejskie rody: Habsburgowie i Burboni, połączyli swoje dynastie. Musiało się to skończyć tragedią. Niezbyt dobrze wykształcone dzieciaki, stojące na straży całkiem sporego państwa, którym naturalnie zająć się nie umieli, którzy nie wychylali się poza bezpieczny i komfortowy pałac i którzy z ogromną ochotą lubowali się w wydawaniu pieniędzy swoich poddanych – wszyscy wiemy jak ta historia się skończyła. Ale zanim monarchów skrócono o głowy, było na bogato! Maria Antonina niezbyt łatwo weszła w rolę żony, delfiny i chodzącego łona, które miało wydać na świat kolejnego Ludwika. Jej małżeństwo było udane o tyle, o ile. Małżonkowie mieli ogromny problem z poczęciem dziecka – mówcie sobie co chcecie, ale do tego potrzebny jest seks, a ich „problem” próbowali naprawić wszyscy, zaczynając od jej matki, na różnego rodzaju doradcach skończywszy. Za to wybitnie dobrze szło im bawienie się i szastanie bogactwem na prawo i lewo. Szczególnie Maria, żyjąca pod ogromną presją i mimo wszystko w sporej samotności i niezrozumieniu, polubiła wydawanie monet na ubrania, buty, biżuterię oraz wszelkiego rodzaju udogodnienia i dekoracje w pałacu. Wystawiała często bogate bale i uwielbiała hazard. Podczas gdy szanowni państwo żyło jak na wiecznych dionizjach, lud miał się coraz gorzej.

Maria Antonina gdyby żyła w tych czasach, ubrana byłaby od stóp po głowę w odzież największych kreatorów mody. Nawet skarpety do biegania sygnowane byłyby popularnym logiem. Nawet na papierze toaletowym wytłoczone byłyby znaczki, które przeciętnemu mieszkańcowi tej planety kojarzą się wyłącznie z luksusem i dobrobytem, a dla niej byłyby codziennością. Jej dom, ogromny, strojny i wystylizowany, przepełniony byłby innymi bogaczami, celebrytami, by nawzajem spijać sobie z dziubków nektar przeznaczony wyłącznie do najwyższych sfer. Najdroższy szampan płynąłby niekończącą się rzeką, a krystalicznie czysty koks wciągany byłby z równie krystalicznie czystych lusterek. Dionizje, totalny hedonizm i życie na najwyższym poziomie. Całkiem możliwe, że Maria miałaby konto na Twitterze, a wśród garstki jej znajomych, byliby Ci najwięksi, najważniejsi, najpopularniejsi. Kim Kardashian marzyłaby o znalezieniu się wśród nich. I może nie skończyłaby równie marnie, jak jej pierwowzór z XVII wieku, ale pewnie ktoś prędzej czy później wykorzystałby jej „naiwność”.

Dzieło Sofii Coppoli ujmuje i zachwyca. Wartości historycznej jest w nim niezbyt wiele – właściwie nic. Maria Antonina jest tu po prostu pierwszą lepszą figurą historyczną, pod którą dopasowano resztę historii – bogatej, ale i smutnej. Coppola rozprawia się dość solidnie z mentalnością dworską z tamtych czasów. Władca był pachołkiem, którego nawet ubierano. Mimo posiadania tytułu, był zdany na tych wszystkich przydupasów, a cieszenie się takimi intymnymi chwilami jak narodziny dziecka, bądź też przeżywanie w samotności ciężaru żałoby, były nierealne. Każdy chciał być Twoim przyjacielem, ale tak naprawdę nikt nim nie był… „Maria Antonina” to film lekko-ciężki. Przesłanie tego dzieła jest zupełnie inne, niż można się spodziewać. Moim zdaniem warto poświęcić na niego czas…