ON:
Kocham komiksy. Nie jest to już taka miłość jak kilka lat temu, kiedy to łykałem wszystko jak pelikan rybkę. Teraz kolekcja ogranicza się do największych serii, które są „dorosłe”, a ja wyrosłem z „grzecznego” komiksu. Na półce w tej chwili gości „Sandman”, „Ronin”, „Punisher MAX” i wiele innych serii, które lekko namieszały w komiksowym świecie. Jednym z moich ulubionych rysowników jest Ben Templesmith, artysta tak artystyczny, jak to może być tylko możliwe. Jego styl jest mroczny i inny, jaki do tej pory poznałem, bawi się on fotografią, którą później obrabia przy pomocy komputera oraz pióra. Efekty są dość ciekawe, choć czasem bardzo chaotyczne. Specyficzna kreska może odrzucać, lub tak jak w moim przypadku – można się w niej zakochać. Templesmith wraz z ze znanym scenarzystą Stevem Nilesem w 2002 roku powołali na świat „30 Days of Night”, komiks, który wraca do korzeni „wampiryzmu” i dzięki temu w 2007 roku mogliśmy zobaczyć jego filmową wersję.
W małej mieścinie Barrow na Alasce raz do roku panuje 30 dniowa ciemność. Co bardziej zapobiegliwi opuszczają tą zabitą dechami dziurę, a Ci co zostają, pilnują dobytku i starają się normalnie żyć. Pieczę nad pozostałą trzódką sprawuje młody szeryf – Eben Olemaun. Poza codziennymi problemami społeczności, ma dużo swoich prywatnych, które wcale nie są małe. Jego żona Stella chce od niego odejść, a babka ma raka zżerającego ją od środka. Przed nadchodzącymi 30-toma nocami musi ogarnąć je wszystkie. Widocznie „wielki kreator” ma jednak inne plany, bo rzuci Ebena i jego podopiecznych w wir wydarzeń, które na zawsze zmienią oblicze Barrow. Zaczyna się od dość dziwnie. Jakiś świr ukradł, a później spalił mieszkańcom wszystkie telefony komórkowe. Następnie ktoś zarżnął wszystkie psy w okolicy. Gwoździem do trumny będzie zniszczona radiostacja i uszkodzony generator. Szeryf zaczyna badać sprawy, szukać ich wzajemnych powiązań, a odpowiedź przyjdzie bardzo szybko. Przyniesie ją „nieznajomy” jaki pojawił się w mieście. Na początku nikt nie wierzył w jego „bujdy”, lecz z upływem kolejnych godzin jego opowieści stają się coraz bardziej realne.
Do Barrow przybyła grupa wampirów, dowodzi nią stary (z lat, a nie wyglądu) Marlow. On i jego klan krwiopijców wpadła na pomysł, że z małej mieściny można zrobić sobie 30 dniową stołówkę. Żadnego światła słonecznego, żadnej pomocy z zewnątrz i ponad setka duszyczek, czekających na oddanie swojej cennej krwi dla jego podopiecznych. Oczywiście kilku mieszkańców nie będzie chciało tanio sprzedać swojej skóry, a na ich czele stanie Eben i jego żona.
Komiks jest mroczny, pozbawiony zbędnych fajerwerków i upiększeń. Aby uzyskać dodatkowy efekt wydrukowano go na czarnych kartkac,h przez co nie ma białych krawędzi stron. Bardzo efektowne zagranie. Dla mnie to jedna z małych perełek „rysunkowej muzy”. Warto.
Jeśli przejdziemy do filmu, to od razu mogę powiedzieć, że „30 Days of Night” jest dokładną kopią tego, co znalazło się na komiksowych kartach. W rolę Ebnena wcielił się (i to całkiem dobrze) Josh Hartnett. Całość jest tak samo mroczna jak pierwowzór. Film się broni mimo tego, iż jest to kolejna historia o wampirach. Przy scenariuszu pracował sam scenarzysta Steve Niels, dzięki temu nie ma tutaj wielu „udziwnień”, a na krześle reżysera usiadł zaś David Slade, znany z „Hard candy”. To naprawdę fajny i trochę inny obraz o krwiopijcach. Mogę powiedzieć warto po raz drugi.
Coś nas jednak podkusiło, aby zobaczyć „30 Days of Night: Dark Days”, kontynuację historii z „30 Days of Night” i zastanawiam się, co to był za szatański głos? Niby znów Niels jest współtwórcą scenariusza, niby historia opiera się na komiksie (też całkiem niezłym) tych samych autorów, ale chyba coś się komuś bardzo „pojerdoliło”. Adaptację dano wyreżyserować niejakiemu Benowi Ketai i trzeba przyznać, że jest ona tak zejbana, jak nazwisko reżysera. Mamy do czynienia z płytkim, głupim dziełem, wyprodukowanym na poziomie seriali z amerykańskiej TV, puszczanych w godzinach popołudniowych. Już „Buffy postrach wampirów” jest lepsza, niż ta mdła papka jaką przyszło nam oglądać.
Po wydarzeniach z Barrow Stella postanawia zemścić się na wampirach. Chce ujawnić ich tożsamość ludziom, opowiadając o tym co zaszło, na prelekcjach jakie organizuje. Podczas takich „show”, na których czasem pojawia się kilku krwiopijców, dokonuje ich rytualnego ciałopalenia, przy pomocy lamp UV. Po jednym z takich przedstawień zaczyna się nią interesować FBI oraz grupa samozwańczych łowców wampierów, składająca się z Murzyna, przystojniaka i młodej dupy, która zamiast robić coś pożytecznego, lata z uzi i strzela do nieumarłych. Warto dodać, że wspiera ich jeden z wampirów, który ludzką krew pije tylko z torebki. Pan z FBI okazuje się wtyczką „królowej wampirów” – Lilith, ma on sprowadzić do niej Stelle, a w zamian zostanie przemieniony. Zależy mu na tym, gdyż od środka zżera go rakowina. Ponieważ czasu ma mało, będzie robił wszystko, aby stać się jednym z dzieci nocy. Żona szeryfa zaczyna szlajać się z ekipą po jakiś opuszczonych budynkach, fabrykach i innych miejscach, aby znaleźć i zabić jak najwięcej wampirów, a koniec końców i samą królową, o której dowiaduje się podczas jednej z akcji. Oczywiście prześpi się z przystojniakiem, murzyna i młodą dupę zagryzą wampiry i przy okazji dowie się, że „nieumarłego” można ożywić przy pomocy krwi, co zamierza zrobić. Dlaczego zaspojlerowałem cały film? Dlatego aby oszczędzić wam cierpień i czasu. Dzięki temu spędzicie półtorej godziny w inny bardziej pożyteczny sposób.
Jak wcześniej polecałem „30 Days of Night”, to jego filmową kontynuację „30 Days of Night: Dark Days” radzę omijać szerokim łukiem, gdyż może ona powodować nieodwracalne zmiany w korze mózgowej.
ONA:
Choinka nieśmiało mruga czerwonymi lampkami, które odbijają się od bombek. Mama krząta się po kuchni, ale spokojnie, bo już wszystko gotowe. Tata wyjada ciastka z koszyka w ramach „obiadu”, bo przecież dziś post, więc nie jemy mięsa, a jak wiadomo, posiłek bez mięsa to nie posiłek. Dave siedzi w salonie, nuci jakieś piosenki, które nie mają nic wspólnego ze świętami – i dobrze. I pisze. Ja też piszę. Idealnie wpasowany w klimat świąteczny film. Bez kolęd, bez choinki, bez świętowania. Dziś obie części „30 Days of night”.
Pomysł, żeby obejrzeć to dzieło, pojawił się w głowie mojego mężczyzny, no bo przecież nie w moim. Dla mnie horrory to ciągle tajemnicza skrzynia, do której wchodzę stosunkowo rzadko. Mówiąc horror mam na myśli również Pamiątkę mojej Pierwszej Komunii… Dawid wiedząc, że ja jestem średnio nastawiona na widmo bania się podczas seansu, wybiera same delikatniejsze pozycje. Delikatne albo głupkowate. Albo ostrzega mnie, że zaraz coś się stanie i zwykle w tym momencie jak przeglądam facebooka. W tym wypadku było inaczej. Pierwsza część filmu spodobała mi się bardzo. Niestety, oczekiwania co do drugiej były dużo wyższe, niż to, co zobaczyliśmy. Ale po kolei.
W 2007 roku David Slade stworzył „30 dni mroku”. Trzy lata później wyreżyserował „Zaćmienie” z sagi „Zmierzch”, więc chyba ciągnie go do wampirów. Ale wróćmy do mroku. Jest taka mieścina na Alasce, w której ciemność spowija okolice, na cały miesiąc. Większość mieszkańców ucieka przed tymi ekstremalnymi warunkami do rodzin, ale kilku decyduje się, aby zostać. Sprawdziłam. Barrow rzeczywiście istnieje. Miasto położone jest na samej północy Alaski. Mieszka w nim około 5 tysięcy osób, a temperatura w zimie dochodzić może do nawet minus 50 stopni. Te ekstremalne położenie stanowiło idealne tło, do historii, którą zaraz opiszę.
Chwyt typowy: odosobnienie, złe warunki, wyludnienie, śmiercionośna pułapka. Idealny cel. Mieszkańcy, którzy zdecydowali się pozostać w Barrow, na czas nieustannego zmroku, nie myśleli nawet, że ich miasteczko stanie się restauracją grupy wampirów. I wystarczyło, że tylko słońce zaszło, by potwory zaatakowały. Bohaterowie za wszelką cenę próbowali uchronić się przed krwiożerczymi wampirami, ale w pojedynku z nimi, nie mieli szans. Wyobraźcie sobie. Śnieżnobiały śnieg, na którym co kilka kroków pojawia się zastygający, czerwony płyn, wydostający się z żył kolejnego człowieka. A krwi w tym filmie jest sporo. Napięcie jest ciągle na wysokim poziomie. Wampiry bawią się z przerażonymi ludźmi, czają się na każdym kroku, zastawiają pułapki na ocalałych. Nie mają nic wspólnego z wysublimowanymi wampirami, które szturmują serca nastolatek. Każda próba ucieczki, kończy się zabiciem kolejnego człowieka… Ale w końcu powoli zbliża się upragniony dzień, w którym ma na nieboskłon wzbić się słońce… Jednak do tej pory, jeszcze wiele się wydarzy. Oj lubię, jak film nie ma oczywistego happy endu.
Pierwsza część nakręcona jest rewelacyjnie. Wampiry są obrzydliwe i nieobliczalne, robią z ludźmi co chcą. Jest autentyczne przerażenie i nieporadność, jest mega surowy klimat i zaskakujący finał. Nie pamiętam, czy film był sukcesem kasowym, ale daje radę, to na pewno. Josh Harnett w roli szeryfa, który za wszelką cenę chce ochronić swoich przyjaciół wypadł świetnie.
I co!? I GÓWNO! w 2010 roku niejaki Ben Ketai, człowiek, który ma praktycznie zerowe doświadczenie w sztuce filmowej, postanowił nakręcić drugą część – „30 days of night: dark days”. Na plakacie widzimy kobiecinę, w tle czerwone potwory i napis „Dark Days makes Twilight look like nursery school”. Przepraszam bardzo, ale wolałabym być skazana na dożywotnie oglądanie całej sagi o Cullenach, niż jakbym miała jeszcze raz przejść przez ten crap. Oczy mi zgniły, mózg wypłaszczył, bo druga część jest żałosna, beznadziejna. Nie ma w niej nic, co mogłoby mi się spodobać. Scenariusz spartolony, przypomina nielogiczną bajkę, w której jest zła królowa. A zakończenie tej historii jest stworzone tak, że mam niestety obawy, że ktoś wpadnie na pomysł, żeby nakręcić trzecią część.
Stella, która przeżyła masakrę w Barrow, robi sobie wycieczkę po Stanach, by uświadamiać ludzi, że na świecie żyją wampiry. Robi to w dość spektakularny sposób, podkładają się nieco, ale fakt – udowadnia obecność potworów za pomocą promieniowania UV. Jej główny cel to pomszczenie męża i ratowanie ludzi. Z pomocą przychodzi jej grupa osób, którzy również stracili bliskich, przez krwioobsysaczy. Ich celem jest Lilith, królowa wampirów, która poza słabym zgryzem, jest całkiem atrakcyjną dupą. Nie, dalsze opisywanie jest bez sensu, bo jeszcze przypadkiem Was zachęcę i skończy się to pewnie pozwaniem mnie, za nieodwracalne straty na umyśle…
Pierwsza część – tak.
Druga – absolutnie nie. Nie znoszę takiego żerowania na plecach innych twórców, którzy wykorzystują sukces i ciężką pracę poprzedników, by stworzyć tak śmierdzącą kupę.
