ON:
2077 rok, którego raczej nie przyjdzie mi dożyć. 2077 to lata świetlne od teraz. To odległa, abstrakcyjna wręcz data. Możliwe, że nikt jej nie dożyje, możliwe też, że będziemy tak zaawansowani technologicznie, że będziemy żyć po 150 lat, może na Ziemi pojawią się nasi stwórcy i powiedzą, czas najwyższy zamknąć ten eksperyment. Jedną z wersji rzeczywistości przedstawia Joseph Kosinski w filmie „Oblivion”.
Jaki jest „Oblivion”? Na pewno majestatyczny, elegancki, spokojny, poetycki i posiada fenomenalną ścieżkę dźwiękową i na pewno nie jest dziełem odkrywczym. Obraz znanego z „Tron: Dziedzictwo” reżysera jest workiem pełnym pomysłów, które znajdziemy w innych produkcjach, książkach, czy nawet komiksach. Nie oznacza, że jest on plagiatem, jest po prostu zlepkiem.
W filmie Ziemia w 2077 roku została praktycznie całkiem wyludniona. Miliony osób zginęły w trwającej lata wojnie z obcymi, którzy zniszczyli Księżyc. Niedobitki tych istot przemierzają planetę w poszukiwaniu nadających się do zebrania surowców. Otrzymują je między innymi z dronów patrolujących błękitną niegdyś kulę. Drony te muszą być konserwowane, bowiem ich zadaniem jest pilnowanie gigantycznych pylonów, mających zapewnić byt koczującej na Tytanie garstce ludzkości. Aby nie doszło do kolejnej katastrofy, na Ziemi pozostał Jack Harper oraz jego partnerka Victoria. On dzień w dzień przemierza niebo w swoim ważkopodobnym pojeździe, odszukuje zniszczone drony, sprawdza anomalie, Vica zaś jest jego oczami na niebie, gdy on przebywa na ziemi. Ona także kontaktuje się z bazą, przyjmuje rozkazy oraz zdaje raporty.
Jack to typ ciekawski. Pcha się tam, gdzie nie wolno, znajduje ukryte miejsca, relikty „starej cywilizacji”, pamiątki po ludziach z XX wieku. Można powiedzieć, że on jest romantykiem w parze, którą tworzy z Vicką. Ona jest inna, to oddana sprawie służbistka, ale wydaje się kochać swojego partnera. Ich życie oraz los całej wyprawy zawiśnie na włosku. Stanie się to praktycznie z dnia na dzień, a ciąg niespodziewanych zdarzeń wyda się tym, żyjącym pod bezpiecznym kloszem technikom nierealny.
Fabułę „Obliviona” bardzo łatwo zaspojlerować. Wystarczy jedno, dwa zdania lub nieostrożny cytat i zabijemy całą przyjemność z seansu. Nawet jeśli historia nas nie zachwyci (co jest całkiem możliwe), to na pewno możecie posilić się warstwą dźwiękową i wizualną. Te dwa elementy są głównym atutem tego dzieła. Tylko czy to wystarczy, aby poświęcić mu ponad dwie godziny naszego życia?
Patrząc z punktu widzenia fana takowego kina, nie mam za złe czerpania z klasyków, gdyż sprawdzone scenariusze są najlepsze. Ale czy pozlepianie ładnym plastrem kawałków znanych zdjęć spowoduje, że te zdjęcia staną się ciekawsze? Wątpię. „Oblivion” to film wyłącznie dla fanów gatunku.
