ONA:
W ostatniej części przygód Indiany Jonesa dowiadujemy się, że ma on syna. Fajny myk, zostawiający twórcom furtkę, na wypadek gdyby Harrison Ford przeszedł na emeryturę. I podejrzewam, że dosyć szybko Shia LaBeouf dostanie fedorę i bicz (co dla mnie będzie traumą do końca życia). Nie jestem fanką tego aktora, poza tym on jakoś dziwnie się nazywa i dla mnie to zawsze będzie chłopak z „Transformersów”, dlatego wolę snuć wizję, że godnym następcą Jonesa w gatunku przygodowo-tropiącym będzie Ben Gates, czyli główny bohater filmu „Skarb narodów” i jego drugiej części.
Uwielbiam ten film! Poważnie! Znam kwestie na pamięć i mimo to, że wracam do niego patologicznie często, ciągle oglądam go wypełniona po brzegi podnieceniem i emocjami. Nietrudno zauważyć powiązania pomiędzy starą sagą z Indianą, obie kręcone są w dość pokrywający się sposób. Jest jakiś tam główny bohater, gdzieś w tle jest ojciec, kobieta i pomocnik. Jest skarb – to najważniejsze. Skarb ogromny, przerażający swym bogactwem. Są zagadki, jest dynamika, jest kawał historii. No i najważniejsze – jest też ten zły, który podobnie jak główny bohaterowie, chce znaleźć to, co przodkowie skrzętnie ukrywali. Zarówno filmy o Jonesie, jak i te z Gatesem są spektakularnymi superprodukcjami – to fakt. Są kręcone w taki sposób, żeby wodzić widza za nos, chociaż on i tak wie dosyć szybko, że na końcu czeka go happy end. W tego typu filmach happy end być musi i nawet mi to nie przeszkadza. I w związku z tym, że podczas oglądania przygód Indiany Jonesa, nabrałam ochoty na Bena Gatesa, szybko wylądowaliśmy razem w łóżku.
Historia jest świetna. Mamy rodzinę, która od początku istnienia Stanów Zjednoczonych ma w sobie ogromne pokłady patriotyzmu (nie znam tego uczucia). W pierwszej części główny bohater (Nicolas Cage) od dziecka marzy, by znaleźć skarb, o którym opowiadał mu dziadek. Od wielu pokoleń jego przodkowie próbowali to uczynić, z marnym skutkiem. Jedyną osobą, która wyłamała się spod tej rodzinnej presji, jest ojciec Bena – Patrick (Jon Voight). Za wszelką cenę chciał, by jego syn miał normalnie poukładane w głowie, ale nie za bardzo mu się to udało. Ben znalazł wsparcie w osobie aspołecznego geniusza – Riley’a Poole (Justin Bartha), a finansowo-sprzętowo pomagał mu Ian Howe (Sean Bean). Film zaczyna się na skutych lodem terenach, gdzie cała banda szuka Charlotte. Po małej sprzeczce grupa się dzieli. Ben i Riley vs. Ian i jego świta. Potem jest jebut i film nabiera tempa. Kolejne sceny, kolejne wskazówki. Trop prowadzi prosto do Deklaracji Niepodległości. W całą zabawę wkręca się Abigail Chase (Diane Kruger), która początkowo stała po drugiej stronie barykady, ignorując Bena, nawet nieco go obśmiewając. Plan jest prosty: trzeba ukraść najważniejszy dokument w historii Stanów. Pikuś. Trzeba też przeżyć, bowiem Ian okazał się – delikatnie mówiąc – nieprzebierającym w środkach zakapiorem.
I tak łamiąc kolejne szyfry, wskazówki, popełniając po drodze kilka błędów, z bezwzględnym Ianem i FBI za sobą, bohaterowie krok po kroku zbliżają się do odkrycia skarbu Templariuszy, co oczywiście się im udaje. Można powiedzieć „Po co oglądać film, który wiem jak się skończy?” – ano po to, bo bohaterowie w sposób zachwycający dedukują, kombinują, wykorzystują swoje ogromne pokłady wiedzy, by dojść do celu. A przy okazji są dowcipni i zadziorni. Skóra zdarta ze starego, poczciwego Indiany.
Przyznam się bez bicia – mnie ten film wkręcił mega. Ja strasznie lubię takie klimaty, kody, szyfry, łamigłówki. Dlatego między innymi strasznie podoba mi się twórczość Dana Browna. No i kocham też wszystko, w czym pojawia się Sherlock Holmes. Strasznie się ucieszyłam, kiedy po 3 latach w kinach pojawiła się druga część przygód Bena Gatesa i jego przyjaciół.
Ben i Abigail są parą. A raczej byli. W pierwszej części w ostatnich scenach trzymali się za rączki, teraz drą koty i dzielą majątek. Sława po sukcesie pozostała. Riley napisał książkę, ale wszyscy go mylą z Benem. No i jego księgowy go wydymał, dlatego po ukochanym Ferrari nie pozostało wiele. Bo podatek z 5 milionów zielonych, to 6 milionów. Ben razem z ojcem dumnie napawali się wiedzą, rodziną, aż do pewnego wykładu, kiedy to Mitch Wilkinson (Ed Harris) rzucił na stół asa z rękawa. As, który miał pogrążyć przepiękną historię rodu Gatesów, bowiem jak się okazuje, jeden z przodków miał dowodzić akcją, która zakończyła się zastrzeleniem prezydenta Lincolna. Słaba opcja jak na patriotów. Cóż więc pozostaje Benowi i Patrickowi, jak wybielenie nazwiska, a co za tym idzie – znowu tropimy skarb! Żeby udowodnić swoje racje, muszą odnaleźć mityczne złote miasto. Tym razem jest trudniej, bo muszą poskakać po wielu miejscach, w tym w Europie. Trzeba włamać się do Pałacu Buckingham, do Gabinetu Owalnego w Białym Domu i co najlepsze – trzeba porwać prezydenta USA, żeby wydusić z niego kilka informacji. Jeszcze większy pikuś niż poprzednim razem. W tej części pojawia się mama Bena – Emily (Helen Mirren), która dopełnia tą prześmieszną ekipę. I znowu jest dynamicznie, dużo się dzieje, nie ma tu scen, które zapierają dech w piersi, ale jest kilka momentów, gdzie ja przeżywałam (po raz kolejny i kolejny). I na końcu happy end. Bleh.
Obie części są przepełnione błędami historycznymi, ale oglądając je nie zastanawiamy się nad tym. Całość jest zgrabnie pokazaną opowiastką, która bawi, wciąga, daje do myślenia. To filmy o ważnych rzeczach, takich jak patriotyzm, rodzina, zaangażowanie i wiedza. Jest nieco naiwny, jest momentami dziwny, Ben wydaje się geniuszem i mistrzem dedukcji, a Riley jest w stanie włamać się w każdy system – ale okej, mi to nie przeszkadza. Ja bawię się przy nim rewelacyjnie. I czekam z niecierpliwością na trzecią część.
Dla mnie jedno wielkie TAK.
ON:
Jakieś 90 procent filmów, w których maczał swoje palce Jerry Bruckheimer, jest kasowymi hitami. Pieniądze, które wkłada w produkcje, zwracają się z nawiązką. Nie zawsze jednak było tak piękinie, bo w pewnym momencie jego finanse były tak kiepskie, że można już było ogłaszać bankructwo. Mimo tego, że miał na swoim koncie kilka ogromnych hitów, kasy brakowało. Trochę przez jego wspólnika Dona Simpsona, który uwielbiał bardzo wystawne życie. Panowie byli już blisko dna. Jakimś cudem ostatnią kasę zainwestowali w „Młodych Gniewnych”, później w „Bad Boys”, a na koniec w „The Rock”. Dzięki tym filmom znów stanęli na nogi. Don tak się ucieszył z sukcesów, że przypadkowo wciągnął tyle koksu, że go trafił szlag. Mówi się trudno, Jerry wziął sprawy w swoje ręce i inwestował nadal. Raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze na podobnym światowym poziomie. Tak doszło do powstania dwóch naprawdę bardzo rozrywkowych filmów: „National Treasure” oraz „National Treasure: Book of Secrets”.
Można powiedzieć, że to takie trochę uwspółcześnione przygody Indiany Jonesa, tyle że więcej w nich zagadek, a mniej kaskaderskich wygibasów. Historia zaczyna się od tego jak kilkuletni Ben Gates zafascynowany słucha historii jaką opowiada mu dziadek. Okazuje się, że jego rodzina od wielu pokoleń stara się odnaleźć zaginiony wieki temu Skarb Templariuszy. Mija wiele lat, a dorosły już Ben przemierza skute lodem ziemie, aby odnaleźć pod białą pokrywą wrak statku, na którym schowane są wskazówki prowadzące do skarbu. Podczas przeszukania okazuje się, że jego „wspólnik”, Ian Howe nie do końca gra fair. Mała konfrontacja w przepełnionej prochem ładowni kończy się wielkim BUM! Zanim jednak do tego dojdzie, panowie odnajdą wskazówkę, mówiącą o tym, że mapa do wielkich kosztowności znajduje się na najważniejszym dokumencie w stanach – „Deklaracji Niepodległości”. Rozpoczyna się wyścig pomiędzy Gatesem, wspomaganym przez asystenta Rileya, a bandą zakapiorów pod dowództwem Iana H. Zacznie się od kradzieży „Deklaracji” i porwania pani Abigail Chase ,będącej osobą odpowiedzialną za opiekę nad zbiorami, a skończy na „Dzwonie Wolności”, „Kościele Trójcy” i otwieraniu starych grobowców. Całość nakręcona jest ze znanym z filmów wyprodukowanych przez Bruckheimer „przytupem”. Możemy się wiec spodziewać wartkiej akcji, ciekawych zagadek oraz mniej lub bardziej spektakularnych pościgów.
Po sukcesie filmu, którego produkcja kosztowała 100 milionów zielonych pieniążków, a który w samych kinach zarobił na siebie ponad 350 milionów, postanowiono nakręcić drugą część. Schemat jest taki sam: pojawia się kolejny ogromny skarb, a dokładnie mityczne złote miasto. Poszukiwanie nie rozpoczęło by się gdyby nie strona z pewnego dziennika, z którego wynika że pra, pra któryś dziad Gatesów zamieszany był w spisek przeciwko prezydentowi Lincolnowi. Kartę ujawnił jeden z potomków spiskowców Mitch Wilkinson. Był to jedynie pretekst aby zmobilizować Gatesów do działania. Bo panowie nie chcąc wierzyć w tą historię i wychodzą z założenia, że jak odnajdą skarb, to i dowód na niewinność przodka. Będziemy mieć powtórkę z części pierwszej, tylko, że tym razem porwany zostanie sam Prezydent Stanów Zjednoczonych. Poza tym, wskazówki ekipa będzie zbierać po całym świecie, a w wątek główny wpleciona zostanie historia skłóconych ze sobą rodziców Bena oraz jego problemy sercowe z Abigail.
Muszę przyznać, że filmy te ogląda się cholernie dobrze. To takie bardzo dobre przygodowe kino, w którym mimo wielu fikcji, oglądamy z zapartym tchem. Nie dziwie się, że to jedne z bardziej lubianych przez Paulinę filmów. Ona uwielbia te wszystkie zagadki, smaczki historyczne itd. Warto, bo to kawał odmóżdżającej rozrywki.
