ONA:

Nowy Rok. Dawid nadrabia zaległości we śnie, chrapiąc na pół domu, a ja postanowiłam rozprawić się z koszmarem z 2012. Tak wyszło, że podczas wczorajszego drinkowania, razem z moją drogą funfelą Klaudią, zaczęłyśmy gadać o tej książce. Dla mnie – jeden z największych zawodów literackich, który kiedykolwiek wpadł mi w łapy. Danuta Wałęsa – „Marzenia i tajemnice”.

Nie mam pojęcia po co i dlaczego ta książka w ogóle powstała. Okej, była Pierwsza Dama możliwe, że i zasłużyła na taką możliwość, bo w dobie wydawania książek o piłkarzach i autobiografii kolejnych tragicznych polskich celebrytów, to już faktycznie wolałabym przeczytać coś, co ma chociaż znamiona historii, a nie ogólnego zajebizmu prywatnego. I wierzcie mi, intencje miałam dobre. Książkę Wałęsowej dostała na urodziny moja mama. I ona ją zjadła, dosłownie. Ja miałam jakieś wybitne szczęście, bo gdy otwierałam ją w randomowych miejscach i na szybko przelatywałam wzrokiem, historia wydawała się arcyciekawa. Potem mama ją komuś pożyczyła i zdaje się, że w okolicach maja zabrałam się za nią dokładniej. Psychika wytrzymywała jakieś pierwsze 50 stron, a książka wędrowała znowu na półce. A że przytrafiło się kilka przerw w dostawach czegoś nowego, a ja niestety – zawsze daję szansę, bo może akurat coś się rozkręci (tak samo mam z filmami), sięgnęłam po Dankę raz jeszcze. To był zły pomysł. Tym razem doszłam nieco dalej, ale szło mi strasznie. Szanowna pani w ohydnym kapeluszu, z wrednym wyrazem twarzy zerkała na mnie z szafki nocnej, dlatego szybko przykryłam ją Mickiem. Mick bardziej leży mi, niż smutne wyznania pani, która nagle stwierdziła, że cały świat powinien jej żałować, bo poświęciła się rodzinie. Dobra – ostatnia szansa. Tym razem postawiłam sprawę jasno: jak trafię na nudne, z dupy momenty, to po prostu pocisnę dalej, bo i tak nic nie stracę, a na kolejnej stronie pojawi się nowa dawka jęczenia. I tym oto sposobem, połknęłam Danusię szybko, bez ofiar, uświadamiając sobie po raz kolejny, że zakładanie rodziny to nie jest mój cel życiowy.

Początek książki to klasyczne wspomnienia z dzieciństwa. Mamy 1949 rok i gdzieś na końcu świata, czyli pod Węgrowem, przychodzi na świat Danuta. I czytam „Tam, w rodzinnej miejscowości, ziarenko wypuściło swój kiełeczek, ale nie znalazło odpowiedniej gleby. To w Gdańsku mała roślinka zapuściła swój pierwszy korzeń i wypuściła swój pierwszy listek” – tu umarłam. Przepraszam, ale co to jest?! Ja wiem, środek stylistyczny zwany potocznie metaforą, ale do cholery, to książka dla dzieci? Bałam się, że takie pseudo-literackie fąfa-fąfa mądrości będą przewijać się przez kolejnych 500 stron i co?! NIE MYLIŁAM SIĘ WCALE! Mój organizm walczył z tymi ckliwymi słówkami mniej więcej podobnie, jak z nadmiarem alkoholu. To wszystko mogłoby być rewelacyjną opowieścią, która działa się na prawdę, a przypominało hmmm… no właśnie. Co to było? Z jednej strony mamy jęk i skowyt rozpaczy kobiety, która oddała się rodzinie. Ośmioro dzieci i mąż – aktywny polityk. Ja rozumiem, że to wszystko mogło ją przytłaczać, ale zlituj się kobieto. Ósemeczka i ona sama, bo mąż stał właśnie na barykadach. Ale takich Danusiek wtedy było na pęki. Tak, wiem, to co piszę jest okrutne, może i wredne, ale obiektywne. Tymczasem Pierwsza Dama sama siebie wynosi na ołtarze poświęcenia, co zresztą jest przypadłością większości kobiet, które zrezygnowały z siebie dla męża/dzieci. I poważnie, za każdym razem, gdy autorka podkreślała, że ma tyle dzieci, w stosunkowo krótkim okresie czasu, to miałam ochotę zamknąć z impetem książkę po raz kolejny, głośno mówiąc „To było trzeba myśleć”. Ale w opisie „Marzeń i tajemnic” przeczytałam, że „…dbała, by ocalało to, co było dla niej najważniejsze: rodzina.”, a teraz te wszystkie rzekome tajemnice upchnięto w pokaźnej cegle. „Teraz przerywa milczenie. Danuta Wałęsa. Po raz pierwszy o sobie. Przejmująco szczerze, odważnie, miejscami brutalnie”  – tylko po co? Z każdą stroną, gdy opisywała swoje losy w Pałacu Prezydenckim, miałam wrażenie, że robi to z ogromną pogardą. Można pomyśleć „Bo ona jest skromna”, a moim zdaniem, pani D. solidnie się „wywyższała”. Wiecie, jej mąż „rządził” (tu odsyłam do informacji o zakresie władzy, którą pełni prezydent, żeby podkreślić, że to „rządzenie” ma charakter bardziej pokazowy, niż faktyczny) małym, nieco dzikim państewkiem, a ona była Pierwszą Damą – i podobno tego określenia bardzo nie lubiła. „Unikała wywiadów i niepotrzebnego rozgłosu” – no tak, teraz rozgłos i okładki w Gali są potrzebniejsze. Ja nie za bardzo pamiętam te czasy, ale z tego co mówiła starszyzna i co zresztą widać na fotografiach, ona zawsze była w tle. Chyba jej jedynym „występem”, był moment, kiedy odbierała Nagrodę Nobla, bo jej mąż był internowany. Ale zwykle wygląda to tak: „Prezydent i Jan Paweł II” – ona z boku albo w tle. „Prezydenci/prezydentowe/królowie/królowe/cesarzowie/cesarzowe” – ona z boku albo w tle (jakbym była bardzo wredna, to mogłabym napisać, że cóż, tłumaczy zwykle mają wyłącznie głowy państwa, nie szyje.. oj, upsi). I szczerze – tak lepiej by było, gdyby została w tym tle. Zupełnie niepotrzebnie najpierw robi z siebie cierpiętnicę, by potem nagle skupiać na sobie uwagę i to w sposób bulwarowo-plotkarski. Mogłabym się tego spodziewać po autobiografii Dody, ale nie po niej.

Szkoda, wielka szkoda. Ta historia mogła być opowiedziana zupełnie inaczej. Nie mówię tu o tym, by na siłę wybielać wydarzenia, ale są rzeczy, o których mówić nie trzeba. Nie wiem po co została TAK napisana, nie wiem czy miało to na celu pokazanie, że jej życie było ciężkie (bo przecież jest jedyną, która cierpi za miliony), czy po to, żeby może kogoś ostrzec, że chyba nie warto. Tato stwierdził, że widocznie kapucha się kończy, a ja uważam, że to chęć zwrócenia na siebie uwagi na zasadzie „Ja MU pokażę!”. Hipokryzja i niekonsekwencja, trochę nielojalność. Szczerość to niekoniecznie musi być dobra cecha. Jestem zdania, że pewne rzeczy da się przedstawić szczerze, ale z wydźwiękiem pozytywnym lub negatywnym. Pani Wałęsa wybrała ten drugi, trochę irytująco, trochę wrednie, z dużą ilością pretensji i roszczeń. A do tego bardzo słaby poziom stricte literacki. Ciągłe powtórzenia, ciągle wałkowane te same historie. Nie wniosła nic nowego. Ok, mogłam przeczytać o pewnych wydarzeniach i osobach z innej perspektywy, ale była ona za bardzo subiektywna.

A subiektywna też jest moja ocena, z którą najpierw zderzyli się moi najbliżsi, gdy podczas kolacji zalałam ich moim słowotokiem. Ja jestem na nie.