ONA:

Zdecydowanie jestem bardziej kac vegasowa, niż testosteronowa. Polskie komedie bazują na kilku sznytach: pijaństwo, dupeczki, kombinowanie i dosyć absurdalne momenty, wpisane w każdy scenariusz. W przypadku tego filmu, wszystko kręci się wokół ciała… Startujemy w pociągu. Ach te polskie koleje. Poza śniegiem, kieszonkowcami, bakteriami i wirusami, można znaleźć w nich też trupa. A przynajmniej można go znaleźć w filmie duetu Konecki&Saramonowicz.

Ciało – życiowa rola Rafała Królikowskiego. Co prawda jeszcze nie zaczął się rozkładać, ale jest już na dobrej drodze. Na pierwszy rzut oka – śpi. Ciało Woltera najpierw „wpada” w ręce Goldiego (Tomasz Karolak). Potem razem z ze swoim kumplem Adasiem (Zbigniew Zamachowski) próbują zutylizować odpad i idzie im generalnie źle. Aż w końcu denata przejmuje fryzjer. On jest trochę bardziej ogarnięty, a ciało zupełnie (nie)przypadkowo ląduje w wojsku. Oj i tu się dopiero zaczyna. Biedny nieboszczyk krąży, wpada w coraz bardziej kuriozalne i śmieszne tarapaty, a im bliżej finału, tym większe „patologie” wyłażą. Wszyscy z wszystkimi albo pili, albo pracowali/kombinowali, albo pukali się. Historia zatacza koło, ale ma to niewiele wspólnego z „Circle of life” Eltona Johna. Robert Więckiewicz próbuje dojść do tego, kto jest ojcem Maleństwa ze Stumilowego Lasu. Po drodze mamy braci syjamskich, przy czym jeden z nich jest prawy, a drugi nie za bardzo. Jest również płatny morderca, bardzo zaskakujący i nieoczywisty. Mamy również ekipę „duchowną”, żonę, która chce zabić męża – czyli przegląd przez różne osobistości, charaktery, przez różne prace i pomysły na życie.

Film nazywany jest „najlepszą czarną komedią” z Polski. Czy to prawda? Nie wiem, nie za bardzo siedzę w temacie rodzimych, czarnych komedii. Tematyka jest dosyć zaskakująca, a myk z głównym bohaterem, który bezczelnie nie żyje, pokierowany jest w miarę ciekawie. To ciągłe żonglowanie nim i seria niefortunnych wypadków bywa i śmieszna, i zaskakująca, ale jest trochę przydługawa. W końcu dowiadujemy się jak to ze szanownym świętej pamięci nieboszczykiem było. A po drodze mamy mnóstwo gagów i podstępów.

Karolak w fajnej formie, Więckiewicz również. Emilia Krakowska zaskakuje rolą, a duet sióstr zakonnych (Jungowska i Kuna) bije na głowę. No i teksty. Teksty, które przechodzą do codziennego życia świadczą o wysokim poziomie dowcipu. Jak i te o muzeum seksu z bloku i w Amsterdamie, o jedzeniu wódki, bo ksiądz nałożył klątwę, ale według mnie mistrza ma ten:

Julek: Mógłby mnie pan ogolić? Ogolić się chciałem!

Fryzjer: Byłbym zobowiązany, gdyby pan opuścił mój lokal.

Julek: Słucham?

Fryzjer: Wypierdalaj!

Komedia na raz. Po dłuższej przerwie można powrócić.

ON:

Nie wiem za bardzo co nas podkusiło na ten tydzień polskiego filmu. Na razie mieliśmy  „Dom zły”, „Listy do M.”, „Różę” i „Ciało”. Żaden z nich nie powalił mnie na kolana. „Listy…” mimo miałkiej historyjki, były najbardziej „zachodnie”, a “Dom zły” podnosi trochę ogólną poprzeczkę, ale nadal jest to „garażówa”. Dziś będzie o „Ciele”, obrazie, który nudny jest jak przysłowiowe flaki z olejem.

Jest to mało śmieszna komedia, z rolą życia Rafała Królikowskiego. Wiedział chłop jak się ustawić, aby zgarnąć gażę, za granie przez 93 minuty martwego kolesia. Cały film kręci się właśnie koło trupa – Woltera (Królikowski), którego w przedziale pociągu jadącego do Szczecina zastaje niejaki Goldi. Jest to prosty opryszek pracujący dla syjamskich braci Trzecich. Panowie zrośnięci są biodrem. Jeden braciszek prowadzi uczciwy interes, a drugi jest mistrzem przestępstwa. Zajmuje się kradzieżą dzieł sztuki, które eksportuje w ogromnych krasnalach ogrodowych do zachodnich odbiorców. Ich nie do końca ogarnięty pracownik Goldi, uciekając w popłochu przed policją, zabiera ze sobą ciało. Staje się ono powodem wielu zmartwień i problemów. Mimo ogromnych chęci jakie wkładają w jego pozbycie się pracownicy braci Trzecich, cały czas coś idzie nie tak.

W między czasie poznamy kolejnych uczestników farsy. Dowiemy się, że Woltera do pociągu wsadzili jego kumple, z którymi pił wódę. Pan na koniec imprezy zamiast okowity, łyknął sobie balsamu do mumifikacji i wyciągnął nóżki. A dlaczego kumple wsiedli z trupem do pociągu? Bo stwierdzili, że zawiozą go do jego córek mieszkających nad morzem. Takie ostatnie pożegnanie. Ale, że licho nie śpi, to panowie pociąg opuścili i tutaj na scenę wszedł Goldi.

Na początku filmu poznajemy także dwie zakonnice, które wracają z gór i wiozą ze sobą ciało swojej „pingwiniej siostry”, która zginęła podczas wypoczynku w górach. Jak można się domyślić prędzej czy później nastąpi nieoczekiwana zamiana miejsc. Pojawi się także irytująca babcia – płatny zabójca i jej wnuczka. Obie będą starały dopaść Piotra Westa, którego żona chce się pozbyć. Nie wie ona jednak, że ma on  brata bliźniaka, na dodatek pracującego dla rządu.

Wątków w filmie jest kilka i przeplatają się ze sobą co chwila. Miało to na celu rozśmieszenie lub wzbudzenie emocji. Niestety, tak nie jest. Ten film jest po prostu nieudany. Śmiechu w nim jak na lekarstwo, skecze są wydumane i naciągane, a czasami wręcz irytują. Naprawdę z wielką nadzieją wyczekiwałem napisów końcowych. Do klasyków jak „Poranek Kojota” czy “Chłopaków…”, którzy nie płaczą jest mu daleko. Na upartego można. Na upartego.