ON:

Mega City One. Siedlisko tych, którym udało się przeżyć wszelkie konflikty, toczące jak rak zdrową tkankę, czyli nasze społeczeństwo. 800 milionów ludzi mieszkających na ogromnym obszarze, ogrodzonym wielkim murem, oddzielającym społeczeństwo od mutantów z pustkowi. Mega autostradami pomykają miliony aut, w mega budynkach mieszkają tysiące ludzi. Nie ma dobra i zła, jest tylko chęć przetrwania. Nie ma sądów i policji, są tylko sędziowie. Jeden z nich nazywa się Dredd.

W bodajże 1977 roku pojawił się po raz pierwszy na kartach komiksów i od razu znalazł wielu fanów. Później, w ’95 roku światło dzienne ujrzał obraz z Sylwestrem Stallone. Był nadęty dialogami bez sensu i z bohaterem wplątanym w głupią intrygę. Minęło kilka dobrych lat i pojawia się „Dredd”. Nowa brutalna opowieść o tym, co się dzieje w Mega City One. Od pierwszych minut widać, jak wiele się zmieniło w podejściu do kina akcji. Ma być ostro, krwawo i bezkompromisowo. Nie trzeba wielu dialogów, aby film bronił się samą rozwałką. Mamy tutaj kręgosłup w postaci scenariusza, który jest przewidywalny, ale całkiem znośny, lecz nie trzyma całość w ryzach. Tym czymś, co pcha wszystko do przodu, jest Dredd i jego bezgraniczne oddanie prawu. To trochę maszyna, rodzaju Robocopa, tyle że zamiast cybernetycznego ciała, mamy prawdziwe mięśnie i kości. Stróż prawa jest bowiem ławą przysięgłych, oskarżycielem, sędzią  i katem w jednym. Wszystko według ostrego, bezkompromisowego prawa, które już i tak ledwo radzi sobie z rozprzestrzeniającą się jak zaraza przestępczością.

Dredd jest samotnikiem, ale tym razem „góra” przydziela mu do pomocy młodą Cassandrę Anderson. Dziewczynie zabrakło dosłownie kilka punktów na teście, aby dostać się do akademii, jednak postanowiono dać jej drugą szansę. Będzie nią dzień na służbie wraz ze stróżem prawa. Dziewczyna ma jedną cechę, która bardzo interesuje jej przełożonych, a mianowicie jest telepatką. Trzeba przyznać, że umiejętność ta jest dość niespotykana, ale czego spodziewać się po kimś, kto urodził się 100 metrów od muru.

Warto dodać, że nie było by całej jatki, gdyby nie Madeline Madrigal “Ma-Ma”, szefowa gangu. Jej życie nie było usłane różami, można rzec, że sama usłała je trupami. Ta trzymająca w swoich rękach lokalny handel narkotykiem zwanym „Slo-mo” kobieta – nie patyczkuje się z wrogami. To właśnie trzy trupy, do których przyłożyła swoją rękę, są początkiem tego, co wydarzy się w późniejszych minutach. Nieznająca kompromisów babka zrobi wszystko, aby sędzia Dredd i jego asystentka nie dobrali jej się do tyłka.

Całość jest poprawna. Jako fan komiksów, filmów akcji i sci-fi byłem pod dużym wrażeniem tej produkcji. Spodziewałem się kolejnych popłuczyn, a otrzymałem całkiem fajną sensację. Dzieło dla takich świrów jak ja.