Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Fault in Our Stars

ONA:

Wybrałam sobie bardzo zły moment na oglądanie tego filmu i jeszcze gorszy – na jego recenzowanie, ale załóżmy, że zepnę się, stanę na wysokości i ze szczytu własnego masochizmu, tfu – zajebistości – opowiem Wam o filmie, który jest takim chusteczkowcem, że „Love Story” przy nim to popierdółka.

Zatem, panowie, jeśli:
– chcecie sprawdzić jak wygląda ukochana w wersji „crack whore panda” – polecam;
– nie chcecie mieć obsmarkanego rękawa, bo jej najpewniej suche miejsce skończy się gdzieś w połowie filmu – nie polecam;
– chcecie sprawdzić po ilu minutach Wasza ukochana zacznie wyć i ile wytrzyma odwadniając się przez oczy – polecam;
– sami macie tendencje do wzruszania się przy ckliwych opowieściach – nie polecam (chociaż ponoć są na świecie kobiety, które lubią wrażliwych mężczyzn, którzy nie wstydzą się łez).

A Wy, drogie panie, obejrzyjcie ten film same, bo uwierzcie mi – nawet zimne suki na nim wyją.

Hazel (Shailene Woodley) jest nastolatką, która walczy z rakiem tarczycy i robi to od wielu lat. Jest dzielna, robi co może, ale ma też świadomość tego, że jej czas się kończy, kurczy się nieubłaganie. Ma świetnych rodziców, którzy są oparciem dla niej i którzy robią co mogą, by ściągnąć jak najwięcej trosk z jej młodych barków. Na początku filmu mocno naciskali, by Hazel zaczęła uczęszczać na spotkania młodzieżowej grupy wsparcia dla chorych. Pierwsze spotkanie tylko ją irytowało: i to, co mówili inni, i wielki dywan z Jezusem. Na drugim – coś się zmieniło. Pojawił się na nim Gus (Ansel Elgort), który wspiera swojego przyjaciela – Isaaca, walczącego z nowotworem oczu. Wydawać by się mogło, że nic nie trapi i nigdy nie trapiło Gusa. Jest uśmiechnięty, pełny optymizmu, wiary w przyszłość i nadziei, że ona będzie. Typowy beztroski nastolatek. A tu kicha – jakiś czas temu Gus również walczył z chorobą, po której stracił nogę i teraz jest trochę cyborgiem. Zupełnie mu to nie przeszkadza. Na szczęście od ponad roku jego skany są czyste – a on nie traci żadnej chwili ze swojego życia. Hazel jest nim „zaintrygowana” – jak to na nastolatkę przystało. Niby ignoruje go i odpycha, ale ciągle sprawdza swój telefon, czy czasem nie pisał, nie dzwonił. Niby zlewa – a wystarczy, że Gus rzuci jakąś propozycją i ona już jest obok niego. Chłopak dość szybko zaczyna nazywać rzeczy po imieniu. Najpierw mówi, że ją lubi. Potem – że wpadła mu w oko. Aż wreszcie padają te słowa: kocham cię… Tylko Hazel mając świadomość, że jest odbezpieczonym granatem – chce jak najwięcej osób uchronić przez eksplozją, po której jej już nie będzie… Tylko on jest niestrudzony w walce o jej serce. I kiedy mówi jej, że zabierze ją w podróż do Amsterdamu, by tam poznać jej ulubionego pisarza – no cóż, wiadomo jak to się potoczy…

Twardo powstrzymywałam pierwszą kroplę, która usilnie pchała się do zsunięcia się po moim policzku do jakieś 20 minuty. A potem poszło już z górki. Łkałam. Dosłownie – łkałam, wyłam, beczałam. Wycierałam mele do rękawa i odwadniałam się za pomocą kanalików łzowych. Ten film to absolutny chusteczkowiec, ckliwy do granic przyzwoitości, z fabułą mega banalną (bo rozpracować ją można szybko) i do tego wszystkiego – on autentycznie sprawia ból. Jest w nim kilka detali, które zaskakują, jest masa refleksji i walki o każdy pozytywny aspekt, ale męczy jak cholera. Ponad dwie godziny płaczu – chyba tylko noworodków to nie wykończy. Podejrzewam, że dla własnego komfortu psychicznego warto czasem obejrzeć tak bardzo dramatyczne dzieło, żeby sobie zwizualizować pewne sytuacje życiowe, w których niekoniecznie musimy się znaleźć, a które mocno afirmują to, co mamy. Film ciężki, męczący, wzruszający – ale obejrzeć można. Skoro nasi rodzice łkali do „Love story”, to my też do czegoś musimy.