ONA:
Nie żebym była na tym filmie jakoś wybitnie przytępiona. Dodatkowo, po moim organizmie nie kręciły się żadne zbędne substancje, które owo przytępienie mogłyby mimochodem wywołać tudzież pogłębiać. Typowe wczesne popołudnie, w najcudowniejszym dniu tygodnia, czyli w sobotę. Dodajmy do tego paczkę ulubionych ciastek i dwa kolejne, tym razem na ekranie. No to lecimy z „Drugim obliczem” Dereka Cianfrance’go.
Był taki moment, że chyba 15 osób zapytało mnie, czy już widziałam ten film. Ostatni raz tego typu poruszenie było przy „Gran Torino”, czyli idąc tym tropem, zanim zobaczyłam film wiedziałam, że główny bohater umrze. Ale teraz który, jak w „The place beyond the pines” mamy właściwie 2 głównych bohaterów, by potem zwiększyć tą ilość o kolejną parę. Mam nieodparte wrażenie, że cała produkcja to tak de facto kilka historii, które gdzieś tam się łączą w jakąś tam całość, a wszystko zatopione jest w klimacie, który przypomina mi inną produkcję, nota bene też z Goslingiem – The Driver. Tylko, że „The Driver” ujął mnie dużo, dużo bardziej.
Jeśli miałabym szybko, sprawnie i minimalistycznie powiedzieć o czym jest film „Drugie oblicze”, to powiedziałabym, że o konsekwencjach własnych wyborów. Zacznijmy od Luke’a (utleniony do granic przyzwoitości Ryan Gosling). Koleś żyje sobie skromnie przy jakieś cyrkowej trupie, a na arenie popisuje się swoimi wybitnymi umiejętnościami, które pokazuje na pędzącym motorze. I jak to typowy „Tadek z cyrku”, koleś rozsiewa nasienie na prawo i lewo. Jedna, zagubiona kijanka trafiła wprost do pięknej (w pewnych kulturach na pewno – i nie zrozumcie mnie źle, uważam, że Mendes jest prześliczna, acz w tym filmie wszyscy są jacyś brzydcy niż zazwyczaj) Rominy (Eva Mendes). Po roku dowiaduje się, że płomienny romans ma swój jakże uroczy efekt, w postaci małego Jasona. Ro poradziła sobie ze wszystkim bardzo bohatersko, a małego pomaga wychowywać jej jej aktualny facet, czarnoskóry Kofi (Mahershala Ali). Tak to jest, że moc w bohaterach filmowych opatrzonych imieniem „Luke” jest silna, więc i blondas postanawia walczyć o kobietę i syna. Chce zmienić swoje życie dla nich. Próbuje być w porządku, coś tam zarabia, ale to ciągle za mało, a perspektywy nie są zbyt obiecujące. Zachęcony szybką okazją do wzbogacenia się, decyduje się pójść skrótem, prosto przez okoliczny bank, na którego napada. Jego wspólnik otworzył mu drogę, mówiąc bardzo ważną rzecz: „ Nie przesadzaj. Nie bądź pazerny.”. Ale Luke jest. Do pewnego momentu wszystko szło idealnie, ba – nawet Ro wpadła po raz kolejny w jego ramiona, ale potem robi się kupa. Najpierw koleś wdaje się w bójkę z Kofim, a chwilę później kolejny napad będzie jego ostatnim. Wszystko, co do tej pory szło prawie idealną ścieżką, nagle zaczyna być wielką kumulacją niepowodzeń. Wpada w domu przypadkowej rodziny, w którym na szybko znalazł schronienie, będąc ściganym przez policjantów, na czele z Avery’m Crossem (Bradley Cooper). Konfrontacja obu panów wygląda tak, że padają strzały. Koniec wątku. Połowa filmu za nami.
Avery Cross jak już wspomniałam – jest policjantem, który po akcji z bankowym złodziejem, nazywany jest bohaterem. Trwa jego passa, szczególnie po tym, jak wydaje swoich nie do końca w porządku kumpli z „firmy” i zaczyna bezwzględnie piąć się po szczeblach kariery. Wydawać by się mogło, że historia z domu zupełnie obcych mu ludzi już nigdy do niego nie wróci. A jednak. Mija kilkanaście lat. Jego syn – problemowy dodam, zaczyna się kumplować z pewnym nieco zagubionym rówieśnikiem o słomkowo-złotym kolorze włosów. Jak to śpiewał Elton John „In the Circle of Life. It’s the wheel of fortune”.
Zacznę od błahostki. Jak to jest możliwe, że najgorętsze nazwiska, które rok w rok piastują najwyższe miejsca w kategoriach „Hot as hell”, w „Drugim obliczu” wyglądają tak zwykle, a wręcz brzydko i brudno? Tak, nawet Cooper. Rozumiem, że twórcom zależało przede wszystkim na nazwisku, które miało przyciągnąć do kin, a nie na tym, że Gosling wygląda jak spod mostu, a Mendes ma wąsika. Ale to nic takiego. Największą wadą tego filmu jest to, że nie ma w nim ani jednego bohatera, który nie jest tak strasznie irytujący w swoim „humanizmie”. Jezu, nie wiem czy to zdanie ma w ogóle sens. Generalnie chodzi mi o to, że bohaterowie tego dzieła składają się z wody, bebeszków i wad. Każdy z nich. Luke może i chce dobrze, ale kradnie i jest agresywny. Ro nie wie czego chce, a mając jakąś tam bezpieczną przystań, ląduje po raz kolejny w wyrze generatora swoich problemów. Avery to bezwzględny karierowicz, a jego syn – AJ to rozpieszczony gówniarz, który ani nie myśli, ani nie szanuje niczego i nikogo. Na koniec zostawiam sobie Jasona, czyli postać najbardziej odrealnioną, która w żywe oczy kpi ludziom twierdzącym, że to socjalizacja, a nie determinizm genowy, świadczą o człowieku. Wiecie, nie ważne jest kto zrobił, ważne kto wychował i takie tam.
Cianfrance chciał dobrze, ale przesadził. Mnogość wątków i historii, które się przeplatają drażni. Zbiegi okoliczności są absurdalne, a worek „fabularny” jest poważnie – z dupy wyjęty. Główne grzechy ludzkie zostały wymieszane, tworząc zjadliwą, ale męczącą mamałygę. Film ratuje klimat, świetna muzyka, rewelacyjne kolory i kadry, fajny montaż. Czy to wystarcza? Ponoć głębszego sensu nabiera się przy drugim seansie.
ON:
„Miarą człowieka są jego czyny”
„Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki.”
Powyższe dwa zdania są kwintesencją całego opisywanego dziś filmu. Nieznane są bowiem wyroki losu, a wszystkich oceniamy po tym, co kiedyś zrobili. Właśnie taki jest „The Place Beyond the Pines”, podzielonym na niewidzialne rozdziały dziełem opowiadającym o tym, w jaki sposób nasze czyny mają wpływ na nasze życie i jak bardzo los kpi sobie ze ścieżek, które wybieramy. „Wiecie jak rozśmieszyć Boga? Opowiedzcie mu o swoich planach.”
Przystojniak Luke (Glosing) to typ mojego starego. Pracuje w wesołym miasteczku, czy innym lunaparku, pomyka na motorze w środku stalowej kuli, a w wolnych chwilach bałamuci niczego nieświadome laski. Jedną z takich dziewczyn, która dała się złapać w sidła Ewcia, tfu – jest Romina (Eva Mendes). Widać, że kiedyś było to coś więcej, żar, który palił wszystko w promieniu wielu mil, tyle, że ta supernowa kiedyś musiała umrzeć i umarła. Luke po raz ostatni chce się zobaczyć ze swoją byłą i przypadkowo dowiaduje się, że z jego lędźwi powstał owoc mający już prawie roczek. Pomimo tego, że jest białym śmieciem, budzą się w nim uczucia, których istnienia nie zdawał sobie sprawy. W tej chwili jego świat stanął na głowie. Postanawia po raz kolejny wtargnąć z buciorami w życie młodej kobiety, tyle, że tym razem nie będzie to już tak proste. Przez rok jego ukochana postanowiła ułożyć sobie życie z innym, który stara się całkiem dobrze zastąpić małemu biologicznego ojca. Plan Luka jest prosty. Rzuca robotę i zostaje na stałe w mieście. W ten sposób będzie mógł być blisko syna i jego matki. Problem jest taki, że za coś trzeba żyć. Przypadek chce, że poznaje Billa, mężczyznę z dużym bagażem życiowym, który zna się całkiem dobrze na samochodach. Co z tego – jego warsztat nie przynosi prawie żadnego dochodu. W końcu Bill zdradza swojemu nowemu kumplowi plan zarobienia kasy – napad na bank. W akcjach pomocne okażą się fantastyczne umiejętności młodego cyrkowca. Udany skok powoduje, że panowie chcą więcej i więcej. Przystojniak zaczyna bawić się w przykładnego tatę (mój stary też się starał, ale zawsze wychodziło tak samo) i wszystko wydaje się być okej, aż do czasu, gdy dochodzi do konfrontacji Luka i obecnego faceta Rominy. Dość powiedzieć, że bohater ląduje w sądzie i czeka go rozprawa. Po wyjściu za kaucją ma w głowie tylko jeden plan: obrobić dwa banki w jeden dzień i kasą wkupić się w łaski byłej. Podczas tego skoku nie wszystko pójdzie jak by chciał i w ten oto sposób poznamy młodego policjanta Avery Crossa (Cooper). Tu następuje koniec aktu pierwszego.
W kolejnych minutach dowiemy się więcej o stróżu prawa oraz jego osiągnięciach i ambicjach. Z jego dokonań dumny jest ojciec oraz żona i roczny syn (jeśli maluch kuma coś z tego, co się dzieje dookoła). Zobaczymy jak będący niespełna rok na służbie Cross postawi się swoim kumplom i przyczyni się do wsadzenia ich za kraty. Jest bohaterem, którego przyszłość może jawić się w jasnych kolorach. Mija piętnaście lat i wiele się zmieniło. Po udanym oskarżeniu opuszcza pracę w policji, bardziej ciągnie go do polityki i zastaniemy go w momencie, gdy przygotowuje się do walki o stołek prokuratora generalnego. Zabieganie nie pozwala mu na zadowalające kontakty z rodziną, ale od czasu, do czasu musi zaopiekować się dorastającym już synem. Koniec aktu drugiego. Części trzeciej nie opowiem, bo nie chce zepsuć nikomu zgadywania zakończenia.
W naszym kraju dystrybutor pokusił się o przetłumaczenie „The Place Beyond the Pines” jako „Drugie oblicze”. Tak kretyńskiego tłumaczenia dawno nie widziałem. Nie chodzi już o samo znaczenie, ale o tytułowe „miejsce”. Pojawia się ono w dziele dwukrotnie i ma pewne symboliczne znaczenie dla występujących w filmie postaci. Nie pierwszy i nie ostatni raz mamy do czynienia z takimi kwiatkami.
Film jest ciężki, długi i nudny. Dokładnie tak: jest nudny. Nie rozumiem zachwytów nad tą produkcją. Z jednej strony mamy pomysły rodem z „Rzeki tajemnic”, a z drugiej wszystko wydaje się być wciśnięte na siłę. Wątki wzajemnie się przeplatają i doprowadzają do finału, który jednak nie zaskakuje. Gdzieś w połowie myślałem, że mamy zagranie jak w „Heat” Manna, ale chwilowy zapał został szybko ostudzony. Jak dla mnie „The Place Beyond the Pines jest przeciętniakiem.
