ON:
To będzie moja najkrótsza recenzja na Marudzeniu. Unikajcie tej szkarady, potwora złego, hybrydy złośliwej, gorgonzoli zepsutej, hieny paskudnej, bazyla zdradliwego jak ognia. Koniec! Jak by ktoś jednak chciał to oglądać, to dwa najlepsze fragmenty filmu są podlinkowane na końcu wpisu.
Małe podsumowanie tygodnia z filmem polskim.
Omijamy nasze rodzime produkcje szerokim łukiem, gdyż są po prostu słabe. Nie chodzi o to, że mam jakieś uprzedzenia, po prostu kiedyś już pisałem, że w naszym kraju jest jedna, stara szkoła filmowa, którą przesiąkają wszyscy młodzi twórcy. Nie uważam bynajmniej tego tygodnia za stracony. Upewniłem się, że od lat 90tych nic się nie zmieniło, nadal mamy słabą kinematografię, która czasem wybije się lekko pond przeciętość. Dla mnie faworytem w chwili obecnej pozostaje „Wszystko, co kocham”, a „Róża” depcze mu po piętach. Jestem Ciekaw „Pokłosia” i magicznego magika czyli „Jesteś Bogiem”. Ale te filmy pójdą na kolejny rzut, bo w chwili obecnej moja głowa mówi dość. Tydzień polskiego kina uważam za zakończony.
ONA:
Zawsze mi się wydawało, że jestem szczęściarą, bo zostałam obdarzona wspaniałymi przyjaciółmi, którzy są zawsze, na wyciągnięcie ręki, mimo, że wcale nie mieszkają obok. Można z nimi robić wszystko. Zaczynając od głupawek w knajpach, przez zakrapiane domówki, na których robimy oborę, na remontach skończywszy. Są, niezależnie od tego co by się działo. Są i tyle. Bo przyjaciele to jak rodzina, z tą różnicą, że wybiera się ich samemu. Tam mi się przynajmniej wydawało do pewnego wieczoru, kiedy to mój drogi funfel, nazwijmy go Ringo, zaplumkał mi na czacie facebookowym…
Ringo: Ile jeszcze ten tydzień filmów polskich potrwa?
Ja: 2 dni
Ringo: Bo bym propozycję zgłosił
Ja: Dajesz
Ringo: Czeka na nas świat?
Ja: To tytuł filmu czy propozycja?
Ringo: Tytuł filmu
Ja: Aaa, nie znam
Ringo: Imho… warto. Pokazuje tragedię tego kraju – przejaskrawioną. Gra tam Bartosz Żukowski – hłehłehłe!
Ja: Kto to? Ten z Comy?
Ringo: Cycu, Walduś z Kiepskich
Ja: Aaaa! Obejrzymy
Ringo: Obejrzyjcie
Po ponad godzinie napisałam do niego, że jadę go zabić…
Od razu mówię o co chodzi. Jest niezawodny sposób, żeby ten film obejrzeć w spokoju. Należy wydłubać sobie oczy i upchać je w otworach usznych. Wtedy, pozbawieni zarówno zmysłu wzroku jak i słuchu, możemy delektować się tym oto dziełem.
Piotruś ma 3 dychy na karku. Jego jedynym źródłem utrzymania jest renta mamusi. Jest leniem, nieudacznikiem, nie umie nic, bo po co. Ale pech chce, że w końcu nadchodzi ten dzień, kiedy to musi wziąć się w garść i znaleźć pracę, między innymi po to, by móc coś jeść. Próbuje, ale co on właściwie może robić? Ma półwyższe wykształcenie, bo studiował tylko 2 lata. Nie zna języków obcych, nie obsługuje komputera, nie ma doświadczenia, nie ma kursów. Nie ma też znajomości. Jedno wielkie zero. Nie nadaje się nawet do fizycznej, bowiem jest kruchy jak biała czekolada. Polski kapitalizm pokazuje mu wielkiego fakersa. Koleś próbuje. A to chce zostać żigolakiem na usługach starszych pań, a to żebrze pod kościołem. Trafiła mu się fucha w markecie, ale wyleciał za podkradanie ogórków. No i wygrał bieg. Gdy jakimś cudem udaje się mu zdobyć kilka groszy, za każdym razem zostaje napadnięty przez dwóch gnomów zlepionych z twarzy, którzy zabierają mu pieniądze, skazując tym sposobem na kolejne dni głodowania.
Tak de facto film ma wielu bohaterów. Bohaterami są wszystkie osoby, które można określić jako nieudaczne, aspołeczne jarzyny, a Piotruś to ich spersonifikowana forma. Historia jest skrajnie przekoloryzowana. Irytuje, momentami bardzo. Po prostu masz ochotę pieprznąć kolesia w pysk, mówiąc mu przy okazji, że sam spierdzielił sobie życie, na własne życzenie. Groteska i absurd do granic wytrzymałości, bo gust pozostał w odległej galaktyce, far, far, far away. Z jednej strony jest to komedia i nie powiem – ma kilka epickich scen, ale to śmiech przez łzy. To wielka łyżka goryczy, którą nie zabije żadna słodycz. Piotruś zmierza do dna. Czy uda mu się odbić? Nie wiem, ale mam nadzieję, że nikt nie odważy się stworzyć sequela. Nie przekonuje mnie zupełnie. Jest nielogiczny, niedorzeczny, trąci chaosem, bezsensownością, zmęczył mnie psychicznie. Ponoć miał być parodią z ukrytym moralitetem. Przepraszam, ja go nie odnalazłam. Ponoć zmusza do myślenia o tych wszystkich biednych ludziach, którzy nie mają pracy. Mnie do niczego nie zmusił.
Jeśli ktoś ma ochotę na to dzieło, polecam mu dwie sceny: w Urzędzie Pracy i bieg alkoholika. To wystarczy.
Ringo, musisz być świadom tego, że naraziłeś mnie i mój umysł na szkody. Ale nie martw się, Bazooka wszystko wyleczy (byle nie taka robiona przez nas!).
Last but not least…
Tydzień z filmami polskimi był ciężki. Trudne chwile, kiedy mieliśmy już dosyć wszystkiego, rekompensowaliśmy sobie ciastkami i wszystkimi częściami „Transportera”. Wybraliśmy filmy, które nam polecano, bez zbędnego wgłębiania się w recenzje. Moim faworytem jest „Róża”, która spełnia podstawowe oczekiwanie, które stawiam różnego rodzaju produkcjom. Chodzi mi o poruszenie. Reszta – cóż, nie śledziłam za bardzo polskiej kinematografii, ale mam wrażenie, że nic nie straciłam. Siedzę przed moim starwarsowym moleskine, w którym notowałam wnioski. I wszystko to, co bolało mnie przed tym tygodniem, dalej jest. Polskie kino jest bidne. Scenariusze są monotonne i monotematyczne, dalej nie ma zaskoczenia, nie ma tajemnicy, nie ma akcji, a dowcipy są odbytowo-odchodowe. Ale nie poddajemy się. Mamy w planie kolejny polski tydzień, może już w marcu.
Poniżej obiecane 2 warte uwagi sceny z filmu:
