ONA:

Nie lubię wesel. O ile jeszcze jakoś jestem w stanie zrozumieć, że z powodów życiowo-podatkowych ludzie łączą się w małżeństwa, o tyle robienie po tej uroczystości wielkiej balangi na zasadzie „Zastaw się, a postaw się”, skazując rodziców na niezły kredyt, jest dla mnie pomysłem totalnie skretyniałym. Dla mnie „wesele” jest synonimem obciachu oraz bolesnego dryfowania w dziwnym ubiorze pomiędzy rodzinami, próbując robić dobrą minę do złej gry. Zawsze jest ktoś skłócony z kimś, ktoś, kto uwali się zaraz po obiedzie, ktoś, komu pęknie na dupie kiecka (kolejnym synonimem wesela są „majtki wyszczuplające, które czasami nie wytrzymują napięcia). Jeśli na weselu jestem gościem, wychodzę z założenia, że trzeba się znieczulić zanim wszystko się zacznie. Jeśli zaś stoję za aparatem, chowam się za sprzętem i na ogół zauważają mnie dopiero po pierwszym promilu – „Pani mi zrobi zdjęcie z Heniem/Marysiom/Zdzisiem/Władziem/Władziom/panną młodą!”. Napiszę to raz jeszcze: wesela są bolesnym, drogim i skrajnie pieprzniętym zwyczajem, który bardzo „boleśnie” obnaża całą „ludzkość” ludzi. Dzięki temu ten temat jest na tyle „wdzięczny”, że różnego rodzaju twórcy często wykorzystują ten motyw. Dziś będzie o filmie, w którym „wesele” odgrywa dość znaczące znaczenie.

Don (Robert De Niro) i Ellie (Diane Keaton) Griffinowie byli niegdyś małżeństwem. Ale te czasy minęły dawno temu i aktualnie żyją sobie jako rozwodnicy, szczerze się nienawidząc. Małżonkowie, gdy jeszcze potrafili na siebie patrzeć, dorobili się trójki dzieci: Lyla (Katherine Heigl) i Jared (Topher Grace) są owocami ich lędźwi, a Alejandro (Ben Barnes) został adoptowany. I właśnie ten ostatni szykuje się do ożenku. Zakochany jest totalnie w Missy (Amanda Seyfried) i młodzi decydują się na ten krok. Niby nic takiego prawda? Ok, to lecimy z komplikacjami! Don ma dziewczynę – Bebe (Susan Sarandon), niegdyś najlepszą przyjaciółkę swojej ex-żony. Laya właśnie rozchodzi się z mężem i wpada we frustrację z powodu niemożności zajścia w ciążę, a Jared jest dziwny – po prostu. Rodzice panny młodej też nie należą do zbyt ogarniętych, a do tego wszystkiego na uroczystości ma pojawić się biologiczna mama Alejandro – żarliwa katoliczka, przed którą cała ta dzika sfora ma udawać szczęście i wielką miłość. Tak, będzie się działo. Aaa, zapomniałabym – księdzem w tym filmie jest Robin Williams. Wystarczy?

Podejrzewałam, że ta produkcja będzie lekką komedyjką, która ma słaby humor i słodki happy end na końcu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest ostro i drapieżnie, a humor momentami jest wręcz chamski i wulgarny! Lubię to! Film jest dziełem o ludzkich wyborach, o kłamstwach i o chronieniu bliskich. Dekadę temu podejrzewam, że nawet nie miałoby sensu kręcenie tego typu opowieści o rodzinie. Bo tak, to dzieło dedykowane jest najmniejszej grupie społecznej, w której rodzimy się, dojrzewamy, niektórzy nawet decydują się zakładać własne. Fachowo, takie podejście do „rodziny”, nazywa się „zrekonstruowaniem”, ale od momentu, kiedy Maciek Stuhr użył słowa „patchwork”, by określić takie „zachowania społeczne”, jestem tym wyrazem zachwycona. Patchwork – kilka elementów, czasami zupełnie różnych i wydawać by się mogło, że nawet do siebie nie pasujących, daje coś co otula, przynosi ciepło, daje bezpieczne schronienie. Taką „rodziną patchworkową” są Griffinowie. W całej swojej charakterności to cud, że szwy jeszcze między nimi nie popękały na stałe, ale chyba jednak jest coś, co ich łączy. Tworzenie takiej relacji nie jest łatwe – i wierzcie mi na słowo, wiem co mówię. Ale daje satysfakcję i z szacunkiem odnosi się do wspólnej przeszłości.

Bardzo dobrze się to „Wielkie wesele” ogląda. Bardzo dobrze ogląda się Keaton i Sarandon – nadal! Jest i śmiesznie, i uroczo, jest sporo gagów, a potem okazuje się, że wszyscy ze sobą spali. Happy end podany jest w sposób zjadliwy. I to mi wystarcza. „Wielkie wesele” można śmiało przepisywać jako lek na ból dupy.

ON:

Paulina często wybiera nam filmy o weselach. Nie wiem, to może podświadoma chęć przekazania mi , że czas najwyższy zalegalizować nasz związek? Część z nich, np. „Mama Mia!”, nie przemawiają do mnie wcale. Może to ten śpiewający ABBĘ Bond? Nie wiem, po prostu mam dreszcze, gdy go słyszę. Ale czasem pojawi się jakieś dzieło, komedia ze ślubem w tle, które potrafi mnie rozbawić. Nie rozśmiesza może do łez, ale pozwala w miłej atmosferze spędzić kolejne 90 minut. Tak właśnie było z „The Big Wedding”.

Historyjka ta jest prosta i zaczyna się w podobny sposób, jak ta znana z „Lepiej późno niż późnej”. Wyuzdany seks idzie w parze w z zaskoczeniem i konsternacją, aby chwilę później przerodzić się w jeszcze bardziej abstrakcyjną scenę, mającą rozśmieszyć widza. I tak właśnie jest: chamskie docinki, gagi sytuacyjne i głupkowate sceny są tym czymś, czego oczekujemy od takich opowieści.

Scenariusz nie jest zbyt wymyślny, ot stare małżeństwo żyjące od lat oddzielnie, spotyka się znów, gdyż ich adoptowany syn bierze ślub. Ślub musi być kościelny, bo nalega na to bardzo katolicka i wierząca biologiczna matka chłopaka. Jeśli ceremonia ma się odbyć w obecności boga, to i model rodziny ze strony pana młodego musi być bardzo przykładny. Nienawidzący się jak pies z kotem przybrani rodzice na czas obrzędu zmuszeni będą znów udawać kochającą się parę. Problem jest taki, że ojciec ma już nową kobietę, a matka za cholerę nie chce się zgodzić na taką zabawę. Koniec końców i tak dochodzi do sytuacji, w której wszyscy udają jak tylko się da, aby nie zaszokować pani Soto, czyli matki pana młodego.

Aby nie było za łatwo dodajmy do tego jeszcze kilka wątków, które mają urozmaicić opowieść. Na scenie pojawia się rodzeństwo chłopaka, mające swoje własne problemy, z którymi nie może sobie za bardzo poradzić, dodatkowo zaczynają wychodzić stare brudy, o jakich wszyscy zapomnieli albo nie chcieli wiedzieć.

„The Big Wedding” jest śmiechawe, nie śmieszne, ale rozbawia i to czasem nawet bardzo. Przede wszystkim to zasługa kilku aktorów, którzy już kilkakrotnie pokazali, że w oklepanych komedyjkach dają sobie całkiem dobrze radę. Dodatkowo zapożyczenie pewnych schematów z „Lepiej późno niż później” wychodzi temu dziełu na dobre. Na nudny zimowy wieczór filmidło idealne dla zmarzniętych par.