ON:

Mógłbym zacząć od tego, że kolejny film jaki przyszło nam oglądać jest najlepszym przykładem na to, że świetny pomysł i naprawdę dobrze zapowiadający się początek można zniszczyć w bardzo łatwy sposób. Wystarczyło, że scenarzysta, a może i reżyser zgubił pomysł na tą historię. Muszę przyznać, iż zaciekawiła mnie opowieść o dwóch braciach, prowadzących własną firmę i będących tak różnymi, jak tylko dwie osoby potrafią być. Niestety, po 15 minutach seansu, gdy serce zaczyna walić jak szalone i zastanawiasz się, czy ta scena zakończy się naprawdę tak brutalnie jak tylko może, okaże się, że dostajemy film po prostu nudny. Możliwe, że reżyser chciał zrobić obraz o wewnętrznych rozterkach bohatera. Panie i panowie czas na „Wymyk”.

Dzieło zaczyna się od sceny, w której widzimy pędzący wzdłuż torów czerwony sportowy samochód,. Kierowcą tego auta jest Alfred Firlej, a na siedzeniu pasażera siedzi jego brat Jerzy. Kierowca jest typem człowieka lubiącego adrenalinę i ryzyko, udowadnia to przemykając przez przejazd kolejowy tuż przed rozpędzonym pociągiem. Ot, takie szaleństwo. Panowie wracają do ich wspólnej firmy, ale od początku widać jak duży jest miedzy nimi konflikt. Jerzy to typ biznesmana, pomimo śmierci żony zajmuje się dwójką swoich dzieci, a także stara się ogarniać „papierowe sprawy” wspólnej firmy. Alfred nie ma wykształcenia, większość interesów robi „na czuja” i bardzo nie lubi jak jego brat i ojciec, który miał wylew mówią mu co ma robić. Na szczęście ma on wsparcie w swojej żonie Violi.

Niestety, firma, która przynosi zyski jest ogromną kością niezgody. Kością tak dużą, że powoduje konflikty, a rozłoszczony Alfred blokuje pomysły brata, między innymi na połączenie się z dużym dostawcą szybkiego Internetu. Oczywiście jest to powodem kolejnej kłótni. Skłóceni panowie muszą razem pojechać do Urzędu Skarbowego wyjaśnić sprawę faktur i podatków. „Fred” upiera się aby jechać jego nowym sportowym wozem. Autko sprawuje się bardzo dobrze, do czasu kiedy rozkracza się na skrzyżowaniu i bracia zmuszeni są skorzystać z podmiejskiej kolejki.

Podróż zakłóca pojawienie się kilku wyrostków, którzy zaczepiają młodą dziewczynę. Młodszy Jerzy nie chce odpuścić i staje w jej obronie, Alfred zaś nie ma zamiaru się mieszać. Jak to się mówi „I Herkules dupa, kiedy wrogów kupa”, więc walczący w obronie dziewczyny brat dostaje ostre baty, a na końcu trójka typków wyrzuca go z jadącego pociągu. Trzeba przyznać, że jest to dość brutalna scena, jak na polskie standardy. Ktoś pociąga za hamulec bezpieczeństwa, ludzie się zmywają, a nadgorliwa policja zgarnia rannego w głowę i oszołomionego Alfreda.

I do tego momentu film jest sensowny i intrygujący. Ale po scenie aresztowania mamy do czynienia z papką o wewnętrznych rozterkach bohatera tragicznego. Nie wiem sam jak bym się zachował w takiej sytuacji, bo ludzie różnie reagują kiedy są postawieniu pod ścianą, ale przeważnie zagrożenie życia bliskich prowadzi do czynów wręcz heroicznych. No braciszek się jednak nie wykazał i teraz zaczyna popadać w coraz to większą spiralę kłamstw. Przed ojcem mówi, jaki to nie był bohaterski, w pracy, że kolesi to było z 5 i to zorganizowana banda itd. Kręci do dnia kiedy w necie pojawia się nagranie, na którym widać, że nasz bohater tak naprawdę gówno zrobił. Wyrzuty sumienia powodują, że znajduje jednego ze sprawców napaści i dzięki temu udaje się złapać resztę gówniarzy.

A kolejne 45 minut to łażenie bohatera pomiędzy biurem, domem i szpitalem. W żadnym z tych miejsc nie zazna spokoju i nie będzie się mógł z nikim dogadać. Sam sobie nie potrafi spojrzeć w twarz, żona traktuje go jak szmatę, pracownicy są tylko, bo im płaci, a dla rodziców nie istnieje. Koniec.

Tyle, że ten koniec, to jakaś kpina. Nie wiem czy to jakaś metafora? Może alegoria? A może po prostu Alfred ma rozładować TIR-a i już. Jeśli ktoś chce oglądnąć „Wymyk” niech odpali 40 pierwszych minut, a później do mnie napisze lub zadzwoni, a ja mu opowiem resztę, bo szkoda na to dzieło tracić 90 minut życia.

ONA:

A miało być tak pięknie… Miało być hollywoodzko, wyszło co najwyżej łódzko. Szkoda, bo potencjał był ogromny, a moje nadzieje, żeby w końcu zobaczyć fajne kino akcji, zrobione przez rodaków, zdechły w otchłani kolejnego gniotka.

Jestem jedynaczką. Moi rodzice zawiesili dalszą produkcję dzieci po prototypie i do dziś się zastanawiam, czy dlatego, że im nie za bardzo wyszło, czy może jednak jestem udana. Ale do rzeczy. Nie mam sióstr, nie mam braci, dlatego temat rywalizacji pomiędzy rodzeństwem jest mi zupełnie obcy – z własnej perspektywy, bo nie raz widziałam co działo się w domach znajomych. Podejrzewam, że głównym powodem zawsze jest chęć bycia tym lepszym dzieckiem. Tym, które spełnia oczekiwania rodziców, które jest naj we wszystkich dziedzinach, które jest chwalone i podziwiane. A że zwykle jest tak, że rodzeństwo ma ze sobą wspólną jedynie kwestię genetyczną, natomiast charaktery i cele życiowe są inne – często leci wszystko na noże. W filmie Grzegorza Zglińskiego rywalizacja pomiędzy braćmi: Fredem i Jurkiem, jest klasyczna. Mimo, że panowie są już dorośli.

Fred (Więckiewicz) ma żonę, domek i pracuje w firmie, którą przejął po ojcu. Wielokrotnie podkreślał, że wszystkiego doszedł sam i może nie ma wykształcenia, ale robi rzeczy dobrze, bo ma doświadczenie. Jurek nie ma żony, ma za to dwójkę dzieci. Na koncie ma studia za granicą i podobnie jak jego brat – ma biznes po tacie. Ten sam biznes. I na co dzień panowie współpracują, chociaż coraz częściej pojawiają się zgrzyty. Problemem jest przyszłość. Ryzykujemy i polujemy na gołąbka, czy trzymamy w garści starego, poczciwego wróbla? Bracia reprezentują zupełnie inne poglądy na tę sprawę. I na wszystkie inne również. Rodzice, nie chcąc wybierać, krążą pomiędzy synami, bo każdy wybór będzie kosztem któregoś. I gdyby nie splot niefortunnych wydarzeń, bracia pewnie pozabijaliby się nawzajem. Ale…

Każdego z nas czasem dopada taki dzień, który sprzedaje nam kopa w mordę. Wszystkie się sra od samego rana i gdzieś w południe zaczynamy się zastanawiać, czemu w ogóle wyszliśmy z łóżka. Taki dzień pojawia się również w życiu braci. Wszystko się wali, psuje i rujnuje plany. Rozkraczone na środku skrzyżowania auto to tylko początek… Bracia w pośpiechu pędzą na pociąg, który prawie im ucieka sprzed nosa. Ale udaje im się do niego wskoczyć… I to był błąd. Zasapani, zziajani siadają na miejscach. I nagle do przedziału wchodzi kilku oprychów, których matki te kilkanaście lat prędzej powinny rozważyć skrobanki. I gówniarze robią oborę. Wszystkie swoje opryszczone frustracje wylewają na pewnej młodej kobiecie. Zaloty nie powiem – żałosno-tragiczne. W obronie dziewczyny staje Jerzy. Fred próbuje go powstrzymać, ale na próżno. A potem akcja leci dosyć szybko. Oprychy przeciw Jerzemu. Walka z góry przesądzona, szczególnie, gdy braciszek zamiast coś zrobić, siedzi i udaje, że go nie ma. Finał jest taki, że Jurek wylatuje z pędzącego pociągu… Jeden z braci ląduje w szpitalu, w stanie warzywnym, drugi na komisariacie. Dalsze losy będą jeszcze bardziej pokręcone, niż tylko może się wydawać.

Spanikowany Fred, w obawie przed ośmieszeniem, z dużą dawką wstydu, wszystkim dookoła rozpowiada, że próbował bronić brata, ale osiłków było kilku i nie dali rady. Bo co ma powiedzieć, że siedział na dupie i miał pełne porty? Kłamstwo wybielające winy to jeden z popularniejszych typów ściem. W ten sposób nie tylko zagłusza się własne poczucie winy, ale można dokleić sobie wiele zasług, a w oczach innych być lepszym. Fred powtarza „Zrobiłem co mogłem, naprawdę” i ludzie się na to nabierają. Aż tu pewnego dnia w sieci pojawia się filmik, nakręcony przez jednego z kretynów. Widać na nim jak na dłoni, że Fred nie robi nic… Sprawy się solidnie komplikują. Wyrodny braciszek postanawia działać. Cóż, pali mu się grunt pod nogami. Jak spojrzy żonie w oczy, gdy ta zobaczy filmik? Jak spojrzy w oczy rodzicom? Nie wspominając o dzieciach Jerzego… Zaczyna działać. Ale działa po co? Żeby wymierzyć sprawiedliwość? Może żeby się zemścić? A może chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby oczyścić swoje imię? W końcu pada pytanie „Gryzie Cię, że dupy dałeś?”

Do tego momentu film był prześwietny. Kapitalne kino akcji. A potem wszystko zmieniło się w ckliwy dramat, w którym brakowało mi jedynie umierającej na cukrzycę Julii Roberts (swoją drogą – kocham „Stalowe Magnolie”). Jedna tragedia ciągnęła za sobą kolejne. Żadne wyjście nie było dobre, bo przeszłości nie da się cofnąć. Fred w moich oczach to tylko i wyłącznie oszust i hipokryta. Gdy jego brat leżał w szpitalu, on wyskoczył z pretensjami do lekarza, krzycząc „Róbcie coś”!”. Sama historia była ciekawa, nagrana z rozmachem nietypowym jak na nasze rodzime kino. Ale końcówka jest bez sensu, nie ma puenty, nie ma zaskoczenia. Jest nieboszczyk, a potem przyczepa do rozładowania – koniec, napisy.

Chciałam film bez wojny/komuny – to mam. Prawie fajny. Nakręcony super. Fajne role. Fabuła do połowy – ok. Potem kapa.