ON:

Pamiętacie czasy spotykania się z dziewczynami podczas studiów? Kurde golisz ryja, golisz jajka, używasz dezodorantu, a z szafy wyciągasz najlepsze ciuchy, które mają pokazać jaki jesteś „ą” i „ę”. Wszystko po to, aby wymarzoną łanię zagonić do ogrodu pełnego rozkoszy. Zdobyć nieznane tereny, a po wszystkim czuć się jak zdobywca. Jakież jest nasze rozczarowanie, kiedy okazuje się, że nasza łania ma inne plany co do naszej osoby, ogrodu raczej nie będzie, a zdobywać będziemy co najwyżej punkty, grając w „Tetrisa”.  Tak właśnie było z filmem „Lot”. Przygotowałem się na kolejne wystrzałowe kino Zemeckisa, a dostałem nuuuudny i długi film o alkoholiku. Spotkanie zaczynało się wyjątkowo dobrze, skończyło się nerwowym zerkaniem na zegarek i zastanawianiem się ile jeszcze zostało do końca tego dzieła.

Wielka szkoda, że musiałem napisać powyższe słowa, gdyż ojca „Foresta Gumpa” cenie sobie bardzo i naprawę oczekiwałem czegoś więcej od tej produkcji. Dlaczego tak się stało? Postaram się wytłumaczyć. W trailerze, jakim uraczyli nas producenci i dystrybutorzy, widzimy katastrofę samolotu pasażerskiego. O dziwo, ze 102 osób na pokładzie przeżywa 96. Wszystko to dzięki genialnemu wręcz zachowaniu kapitana Whipa Whitakera. Jego chłodna analiza sytuacji doprowadza do „bezpiecznego” posadzenia samolotu na polu, koło kościoła Zielonoświątkowców. Pip, mamy za sobą połowę trailera. W drugiej widzimy, że zaczyna się dochodzenie w sprawie katastrofy, że nie wiadomo do końca co było jej przyczyną, poza tym, że Whip miał w sobie wystarczająco koki i alkoholu, aby balować ze dwa dni. Pip, koniec trailera. Myślę sobie: cholera to może być dobry dramat, takie szukanie winnego, dociekanie kto, co i dlaczego. Niestety, każda osoba, która z takim nastawieniem przyszła na tą randkę, będzie bardzo zawiedziona, bo dziewczyna, której zdjęcie widzieliśmy przed spotkaniem, pokazała nam fotkę koleżanki. Okazuje się, że po scenie przedstawiającą katastrofę, nie stanie się nic przez następne 1,5 godziny. Niby zacznie się drugi wątek, młodej dziewczyny, byłej pani fotograf, która lubuje się narkotykach, kocha je tak bardzo, że przećpała. Ona oraz Whip wylądowali w tym samym szpitalu, tam też się przypadkowo spotkają. Dobra, już myślisz, nie może nie będzie tak źle, może jednak randka się uda. Dupa! Nie uda. Bo po scenie w szpitalu jest już tylko gorzej. Whip cały czas bez celu jeździ po mieście. To odwiedza żonę i podrośniętego syna, to znów odwiedza rudą laskę ze szpitala, a potem wpada na spotkanie komisji obradującej nad przyczyną wypadku. W między czasie spotyka się kilka razy z prawnikiem, który chce uratować jego marne dupsko. Oczywiście, każdy jego dzień zaprawiany jest kolejnymi szklankami wódki, piwa i innego alkoholu. A gdy ma dojść do przesłuchania przed komisją, okazuje się, że Whip zalany jest w cztery dupy…

Wszystko fajnie, tyle, że na tą opowieść nie trzeba 140 minut. Spokojnie można całą historię zamknąć dużo szybciej. Na dodatek wszystko jest takie totalnie nijakie. Brawa należą się za to Johnowi „Dobremuchłopowi” za wcielenie się Harlinga Maysa. Ale jedna epizodyczna rólka nie uratuje średniego filmu. Dla mnie totalnie zmarnowana szansa. Jak chcecie oceńcie sami.

ONA:

Wiecie dlaczego mam słabość do durnych komedii? Bo moje oczekiwania z góry są na stosunkowo niskim poziomie. Albo mnie to nie dziwi, że film jest klasycznym odmóżdżaczem, albo zaskakuje mnie, gdy okazuje się, że jednak ma w sobie jakąś wartość. Kiedy z kolei sięgam do filmów nieco ambitniejszych, moje nadzieje są ogromne. Więc gdy pojawia się skucha, mam wrażenie, że ileś-tam godzin zostało bezzwrotnie zmarnowanych…

Film „Flight” – najnowsze dzieło Roberta Zemeckisa, kolesia, który zrobił „Back to the future”, „Death becomes her” i „Forresta Gumpa”, z góry uplasowałam wśród ambitnych dramatów, które nie dosyć, że wbijają w fotel, to jeszcze wzruszają, bo mówią o najważniejszych prawdach życiowych. Do tego gwiazdorska obsada: Denzel Washington, Don Cheadle, Kelly Reilly, Bruce Greenwood i John Goodman – czy mogło być lepiej? Okazuje się, że niezły trailer, fajni aktorzy, reżyser ze szczytu to za mało. Film „Flight” jest nudny. Już wyjaśniam dlaczego…

Pierwsze sceny dzieją się w hotelu. Przez wpadające do pokoju promienie rannego słońca  zarysowuje się kształt piersi. Młodej, jędrnej, ładnej piersi. Za chwilę poznajemy jej posiadaczkę. A potem pojawia się on – Whip Whitaker (w ciele Denzela W.). Widać, że para na bank nie grała całą noc w Scrabble. Po ilości różnych substancji uzależniających, które przemykają przez kolejne sceny, raczej balowali. Szybki niuch koką i pan pilot jest już na chodzie. A jego „dziewczyna”, Katerina, okazuje się być stewardessą na jego pokładzie. Teraz zorientowałam się jak dwuznacznie może zabrzmieć poprzednie zdanie. Oczywiście, w pracy są wyłącznie kolegami. Razem z pozostałymi członkami załogi i pasażerami, Whip przygotowuje się do rutynowego lotu z punktu A do punktu B. Od początku są jakieś problemy. Samolotem trzęsie, ale nasz bohater ogarnia wszystko idealnie i wreszcie wszyscy mają spokój. Spokój, można bachnąć malucha na rozluźnienie. Kilka szybkich małpek ląduje w soku… Potem zaczyna być zdecydowanie gorzej. W samolocie padają kolejne systemy. Przerażony drugi pilot zdycha ze strachu, podobnie jak stewardessy i pasażerowie. Kiedy kilka ton pikuje z nieba wprost w stronę ziemi, tylko Whip zachowuje zimną krew. Jego manewry i polecenia szybko zaczynają odnosić planowane sukcesy, ale samolot i tak się rozbije. Pilot odnajduje kawałek pola, odwraca maszynę do góry nogami, a potem w miarę bezpiecznie uderza nią o ziemię. Setka osób przeżywa, 6 ginie.

Kolejne sceny dzieją się w szpitalu. Pocharatany pilot leży w łóżku i przyjmuje odwiedziny kolejnych osób. Dowiaduje się co zaszło, ilu było rannych, ile osób przeżyło, a ile nie. Wśród ofiar była Katerina… Media i ludzie nazywają go bohaterem, bogiem wcielonym w człowieka. On sam jest świadom tego, co zrobił, ale nie obnosi się z tym. W szpitalu poznaje rudowłosą piękność Nicole, która jest heroinistką i właśnie prawie wykorkowała. Szybka rozmowa na schodach przy fajce, w towarzystwie umierającego na raka kolesia, trochę poukładała i Whipowi i Nicole w głowach. Dzięki pomocy swojego kumpla (John Goodman), który jest prawie jak wróżka z bajek, Whip wychodzi ze szpitala i jego głównym celem jest teraz zaszycie się gdzieś w głuszy, w spokoju. Znajduje to w domu swojego ojca, na farmie, z dala od wścibskich dziennikarzy. Swoje nowe życie zaczyna od utylizacji wszystkich używek, które tam schował, a wierzcie mi – miał tego sporo. Jego postanowienie poprawy jest mocne, do pewnego momentu. W ekspresowym tempie wraca w ramiona wódy. I wtedy pojawia się raport toksykologiczny ze szpitala, w którym napisano, że podczas prowadzenia samolotu miał w sobie koks i alkohol. Zarzut: nieumyślne spowodowanie śmierci. Potencjalna kara: dożywocie. Whip broni się jak umie, raz kłamstwem, raz faktem, że samolot był w złym stanie. I tak na prawdę to o tym jest ten przydługawy film. O alkoholiku, który uratował wiele osób, który musiał spaść na dno, żeby uratować siebie. Happy end nie za bardzo oczywisty.

Pierwsze sceny – epickie. Katastrofa widziana zaraz z przedniej szyby samolotu, procedury, manewry – ściskałam z wrażenia poduszkę. Świetnie pokazana, bardzo emocjonująco, ale potem był jeden wielki dramat – dosłownie gatunkowo. Whip to koleś, który wybiera wódę ponad wszystko. Ma rock n rollowy styl życia, pełny dup i dopalaczy, żona go zostawia, syn nie chce mieć z nim nic wspólnego, jest sam – bo tak woli. A nie, nie sam. W domu ma litry alkoholi i kilogramy trawy.

Film prowadzony jest jakby studium upadającego przypadku, do tego pełny jest wynaturzeń, propagandy i wątpliwej poprawności politycznej i religijnej. I jest za długi. Ciągnie się strasznie. Jeśli ktoś kiedyś próbował zrobić masę z pianek marshmallow, to wie jak ekstremalnie może się coś ciągnąć. Wątek z Nicole jest zupełnie bez znaczenia. Po prostu – dopchali go na siłę i za wszelką cenę bohaterka połączyła swe losy z pilotem. Stanowi dla niego kontrast – ona się stara wyjść z nałogu, on nie.

Poza samą sceną poprzedzającą bezpośrednio roztrzaskanie się samolotu, na uwagę zasługuje John Goodman, który niczym wróżka ratuje z opresji. Głównie koksem.

Zmarnowany potencjał.