ONA:
Mam ogromny sentyment do hollywoodzkich komedii z amerykańskimi licealistami/studentami, którzy kombinują, wpadają na dzikie pomysły albo po prostu beztrosko żyją. Szczerze? Zawsze zazdrościłam im tej wolności. Amerykańskie szkolnictwo poznałam dokładniej na studiach i może merytorycznie nie jest ono doskonałe, ale z pewnością o wiele bardziej wpływa na rozwój kreatywności niż nasze. Domy mają baseny i wszyscy potrafią pływać, nowinki technologiczne dochodzą szybko i styl życia jest zdecydowanie lepszy niż przeciętnego nastolatka w Polsce. Poważnie, zazdrościłam i trochę zazdroszczę do teraz…
Film “Accepted” jest właśnie o młodych ludziach, na początku swojej dorosłej drogi. Oni zaczynają ją od skuchy: na skutek różnych zawirowań nie dostają się na studia. Nie wiem gdzie podziewały się ich mózgi, nie wiem gdzie schował się instynkt samozachowawczy, ale wpadają na pomysł by oszukać zawiedzionych rodziców, którzy ciągle powtarzali, że młodzi właśnie zmarnowali sobie życie. Pomysł nazywa się South Harmon Institute od Technology, w skrócie S.H.I.T. Znajdują miejsce, wynajmują statystów i nieprawdziwego dziekana, rodzice wypełnieni dumą odprowadzili pociechy do drzwi, w łapy włożyli jeszcze ciepłe czeki i zostawili swoje twórcze i cwane dzieciaki w miejscu, w którym powinni zdobyć wiedzę potrzebną do zdobycia dobrej pracy – bo przecież to jest najważniejsze w tym całym śmiesznym życiu.
„Accepted” to film o wykluczonych dzieciakach. Jedni odpadli, bo obijali się w szkole, kreatywnie wymyślając kolejne wymówki byle tylko nie siedzieć w książkach. Inni stracili swoją szansę przez kontuzję, a jeszcze inni postawili na jedną uczelnię, która z nich zrezygnowała. Bywa różnie. Kiedy założyciele S.H.I.T. rozgościli się już wygodnie w swojej fejkowej uczelni, rozległo się pukanie do drzwi… Pod nimi znaleźli solidną grupę ludzi, którzy tak jak i oni – zostali wykluczeni. Nie potrafiąc powiedzieć im wprost, że szkoła nie istnieje, jest zmyłą, jest ułudą – przyjęli dziesiątki nowych studentów. A wierzcie mi – pod drzwiami Instytutu były same składaki, ludzie tak dziwni, że głowa mała. Koleś z ADHD, dziewczyna, która tańczyła na rurze, koleś któremu wojsko zrobiło pranie mózgu… Można wymieniać i wymieniać… Każdy z nich marzył o tym, by dostać się na studia, by dać sobie szansę, by przest Po kolejnych odmowach pojawiło się światełko nadziei, że przy swoich różnych dziwnościach mogą zrobić coś aprobowanego przez społeczeństwo. Bo przecież zdobycie wykształcenia właśnie taką rzeczą – ponoć – jest. Bartleby – pomysłodawca i główny założyciel gównianej szkoły, za wszelką cenę chciał dowiedzieć się jak funkcjonują prawdziwe uniwerki, a po reaserchu doszedł do smutnego wniosku, że wyższe szkoły przerabiają indywidualizm i kreatywność na jeden, ten sam bezduszny szablon… Stwierdził, że w jego szkole zajęcia będą takie, jakich chcą uczniowie. Mają one być dopasowane do zainteresowań, pasji, talentów – każdy robi co chce i zostaje kim chce. Zdobywa wiedzę mimochodem, bo pracuje przede wszystkim nad doświadczeniem. I kiedy pod dachem Kupo-szkoły wszystko jest wręcz idealne, pojawiają się kłopoty… Duże kłopoty…
Czy Bartleby obroni swoją uczelnię?
Fabuła jest skrajnie naiwna, ale i bardzo pozytywna – to mi wystarczy. Bo właściwie podczas życiowej ścieżki mamy niewiele innych dróg, które są dobre, akceptowane i rozumiane. Nasze dziecięce marzenia krążyły wokół zostania księżniczką, strażakiem, magikiem albo kowbojem. A potem okazuje się, że gdy całkiem poważnie mówimy rodzicom i nauczycielom, że chcemy zostać superbohaterem, to oni patrzą na nas tak, jakbyśmy właśnie się upośledzili. „Dziecko, a nie mógłbyś zająć się czymś, co jest bardziej przyziemne?” Tak jest, pogoń za marzeniami to bardzo często przywilej dla nielicznych…
Mimo, że historia wydaje się być taką „na raz”, widziałam ten film kilkukrotnie, śmiejąc się i zastanawiając ile w nim jest ukrytych prawd o tej pieprzonej dorosłości…
ON:
Kto z nas nie stawał przed tą ciężką chwilą, gdy na liście przyjętych na studia szukał swojego nazwiska. Serce waliło jak szalone, dłonie były spocone, a pod pachą zdechł nam skunks. W głowie tysiące myśli, między innymi: co zrobimy, gdy się okaże, że nie przyjęto nas na żadną uczelnie? No dupa. W takiej sytuacji znalazł się Bartleby Gaines, główny bohater komedii pod tytułem „Accepted”.
Skończył ogólniaka i co? I nic, każdy list jaki pojawia się w domu, który przychodzi z uczelni wyższej, zawiera regułkę: „Bardzo nam przykro ale…” Rodzice naprawdę są zrozpaczeni, bo ich syn głupi nie jest, może trochę za bardzo cwaniakowaty, daje sobie radę z kolejnymi latami nauki, a tutaj taki klops. Gaines widząc jak bardzo zawodzi swoich bliskich, wpada na genialny, szatański wręcz pomysł. Stworzy fikcyjną uczelnię zwaną „South Harmon Institute of Technology” – w skrócie S.H.I.T. Brzmi słabo i szalenie? To jeszcze nic. Aby uwiarygodnić swoją wersję wydarzeń, prosi przyjaciela Shermana Schradera o stworzenie strony internetowej, która będzie reklamować i uwiarygadniać szkołę. Nikt wtedy nie pomyślał, jakie wyniknął z tego konsekwencje. Grubymi nićmi szyty był ten przekręt, grubymi jak murzynka z nowojorskiego getta. Ale czasem takie kolosy na glinianych nogach trzymają się najdłużej. Ojciec looknął na www, dał synowi 10 tysi na pierwszy semestr i sprawa załatwiona. Trzeba było jeszcze znaleźć dziekana, który będzie reprezentował szkołę. Padło na wujka Shermana – Bena. Pan lekko pokręcony, żyjący własnymi ideałami i mieszkający w przyczepie. Cholera, wymyślona uczelnia zaczyna nabierać kształtu. Z kasy na czesne wraz z przyjaciółmi wynajął stary szpital psychiatryczny i zrobił w nim częściowy remont. No ufff… na jeden semestr temat uczelni z głowy. W całym spisku uczestniczyło łącznie 6 osób: Bartleby, czwórka przyjaciół i Ben.
Niestety, wraz z rozpoczęciem roku akademickiego do wrót „óczelni” zapukali pierwsi studenci. Jak się tam dostali? Poprzez stronę www, ponieważ znajdował się na niej formularz, przyjmujący wszystkich po jednym kliknięciu. Tych kilkuset wyrzutków, którzy nie mogli dostać się na żadne studia przysiadło na progu „SHIT-a”, a Gaines stał się jej głową i brnął coraz to bardziej w szalone ściemnianie. Dołożyć trzeba, że tuż za płotem stoi ekskluzywna uczenia wyższa, do której uczęszcza sąsiadka, w której podkochuje się nasz bohater. Będzie jeszcze wkurzony dziekan, lalusiowaty chłopaczek z dobrego domu i cała masa innych rzeczy.
„Przyjęty” nie jest żadnym wybitnym kinem, lecz historią jakich wiele. Jest naiwna, ale może takiego kina nam trzeba. Jeśli nie boicie się zlasowania mózgu i lubicie pośmiać się z głupkowatego humoru, to dlaczego nie? Oglądajcie.
