
Już chyba nie będę wygłupiała się z tym moim klasycznym pieprzeniem, że nie oglądam seriali, ale jakimś cudem obejrzałam kolejny. No cóż, coś się najwyraźniej zmieniło. Albo po prostu seriale są ciekawsze niż filmy i bardziej mnie angażują.
Santa Clarita Diet – recenzja
Zupełnie przypadkiem trafiłam na „Santa Clarita Diet” i przepadłam. Serial połknęłam w kilka dni, głównie za sprawą słabej pogody i treningów w domu. Obejrzałam pierwszy odcinek i poleciało! Kocham to uczucie.
Główny wątek krąży wokół rodziny Hammondów. Sheila (Drew Barrymore) i Joel (Timothy Olyphant) żyją na małym osiedlu razem ze swoją córką – Abby (Liv Hewson). Rodzice są agentami nieruchomości, a młoda chodzi do szkoły. Ładny domek, zdrowa dieta, sąsiedzi – słowem: sielanka.
I pewnego razu Sheila umiera. Wyrzyguje z siebie wszystko, łącznie z tajemniczą czerwoną kulką i umiera. Tylko umiera jedynie trochę. Staje się nieumarłą. Zombiakiem, ot co. Co prawda nie chodzi i nie wyje „Brainzzzz”, ale dość szybko rozpoznaje na co aktualnie ma ochotę. Na mięsko. Na dużo mięska.
No o oczywiście, że na mięsko ludzi ma ochotę!
I tak się zaczyna zwariowana przygoda. Bo jak zabijać, jeśli żyje się w spokojnej okolicy? Jak pracować, jak uczyć córkę zasad? Kogo jeść? I jak bardzo lawirować w kłamstwach i udawać, że ma się normalne życie?
Rodzinie Hammondów pomaga uroczy Eric (Skyler Gisondo), rówieśnik Abby – nerd, czub, ale w temacie umarlaków – hmmm…. – nieumarlaków wie sporo.
A, czy wspominałam, że po sąsiedzku rodzinka ma policjantów?
Serial jest świetny. Zabawny, zadziorny, bardzo współczesny, uroczy i porywa. Czego chcieć więcej? Bohaterowie świetnie odnajdują się w swoich rolach. Barrymore jako krwiożerca mamuśka jest kapitalna, Olyphant jako tatusiek… no przyznaję, dobrze się na niego patrzy, ale mnie dosłownie zabija Gisondo. Chłopak jest prześwietny.
No i co jeszcze? Jeśli szukacie niezobowiązującego, zabawnego serialu, takiego do odmóżdżenia, to polecam właśnie ten. Teraz Netflix wypuścił 2 sezon, jeszcze bardziej mocarny, niż pierwszy.
