ONA:
Noc Oscarowa to wydarzenie, na które czekam. Zdarzyło mi się nawet 2 lub 3 razy siedzieć do rana przy telewizorze, żeby oglądać transmisję na żywo, ale teraz o wiele bardziej cenię wyspanie się. No i do pracy trzeba popychać z rana. Nie zmienia to jednak faktu, że jutro o 7:00 zadzwoni mi budzik, a o 7:01 będę już przy komputerze wisieć na onecie czy innym takim wypatrując wyników. Wybitnie mocno trzymam kciuki z „Argo”… Ten film zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Uknucie takiej intrygi, trzymanie za gardło aż do samego końca udało się twórcom idealnie. A moja ochota na podobne kino sięgnęła zenitu. Padło na „Zero Dark Thirty”, czyli najnowsze dzieło Kathryn Bigelow, czyli kobiety, która jako pierwsza przedstawicielka tej płci, otrzymała Oscara za reżyserię (2008, The Hurt Locker). Nie znam jej dorobku wcale. Rozdziewiczyłam się filmem o polowaniu na Osamę.
Fabuła tego filmu to nic innego, jak polowanie na zbrodniarza nr 1 współczesnych czasów, które trwało dekadę – od pamiętnego ataku na nowojorskie wieże, aż do maja 2011 roku, gdy żołnierze Navy SEALs nakarmili tego pana odpowiednią ilością żelaza. Wydawać by się mogło, że historia powinna być ciekawa, wciągająca i bardzo dynamiczna, ale tak nie jest. Więcej emocji wywołało u mnie czytanie artykułów na Wikipedii. Ten ponad dwugodzinny film nudzi. Nudzi strasznie. Jest przegadany, przekombinowany, a uwagę skupiają jedynie kolejne wybuchy i ataki terrorystyczne – nic więcej. Twórcy chcieli upchać całą dekadę w jednym filmie i właściwie im się to udało, ale kosztem wielu rzeczy. Ciekawsze momenty zostały skrócone do bezbarwnych wątków, za to te chwile, pełne przeżyć „wewnętrznych”, kolejnych posiedzeń, kolejnych osób, które za wszelką cenę starały się dopaść przywódcę Al-Kaidy. Najczęściej na ekranie pojawia się rudowłosa Maya (Jessica Chastain), która jest zdeterminowana do bólu. Była gotowa poświęcić dekadę swojego życia dla tej sprawy i słusznie, udało się jej. Nie muszę tego rozumieć, ale wiem, że przyczyniła się do ważnej rzeczy. Finał był oczywisty, to w końcu historia oparta na faktach. Ale ta procedura dojścia do ostatecznego punktu, była dosyć męcząca. Rozmowy, czasem kłótnie, szukanie kolejnych powiązań, tortury, potem jakieś techniczne zabawki, które pomagały w namierzeniu celu i te tablice, ze zdjęciami, mapami, teczki z dokumentami – wszystko prowadziło przez 2 godziny wprost pod drzwi rezydencji w Abbottabadzie.
Mój kumpel ostrzegał mnie, że Bigelow to skrajna propagandzistka. Może niekoniecznie musi to być Leni Riefenstahl, ale pani Kathryn goni ją bez dwóch zdań. Tylko robi to nieudolnie, bo z ekranu wylewa się wiadro pomyj i hipokryzji. Ja rozumiem, to jest wojna, ale czy w każdej, KAŻDEJ scenie trzeba pokazywać, że Naród Wybrany tylko ratuje cały świat, a bohaterowie nawet jak są twardymi skurwielami, bez duszy, serca i oporów, to przecież i tak są dobrzy? Nie sądzę. Za to każdy mieszkaniec Bliskiego Wschodu, niezależnie od płci, wieku, pozycji społecznej, nie marzy o niczym innym, jak o wystrzałowej i bombowej zabawie. Słowo klucz: patos. Bigalow skupia uwagę świata na swoich filmach tylko i wyłącznie dlatego, że porusza kontrowersyjne (i wyświechtane wystarczająco przez telewizyjne wiadomości) tematy.
Ten film nie jest ani dramatem, ani historią wojenną, ani nawet thrillerem. To studium przypadku o kobiecie, która z niewinnej i nieopierzonej agentki CIA, zmienia się w definicję determinacji. Staje się graczem, który umie podnieść głos, pokazać innym ich miejsce, na którego brutalność nie robi wrażenia i który wreszcie – osiągnie pełny sukces. Jej misja po 10 latach została skończona. Narracja leży i kwiczy, jest nudna, pozbawiona tempa. Ciężko stanąć po któreś ze stron, bo tak de facto – obie nacje bawią się w tej samej wojnie, jednocześnie jako ofiara i jako kat. Terroryzm ma tu dwie narodowości.
Jedynym plusem jest naprawdę solidne wykonanie. Wartość merytoryczna – niech będzie – też stoi na całkiem niezłym poziomie. Jeśli chodzi o ten temat, to zdecydowanie bardziej czekam na książkę Marka Owena „No easy day” – a prawda o tej dekadzie wyjdzie na jaw, gdy na naszych ciałach robale będą robić sobie wyżerkę.
Dla fanów dialogów, nie akcji.
ON:
Ostatnio mieliśmy do czynienia z „Argo”, świetną produkcją Afflecka. Zachwalaliśmy sobie to kino, jednocześnie zastanawiając się, jak ta produkcja będzie wyglądała obok drugiego filmu, jaki pojawił się w kinach, a mianowicie „Wroga numer jeden”. Obie produkcje poruszają tematy związane ze szpiegostwem, wojskiem, terroryzmem i walką o bezpieczeństwo innych przed fanatykami, obie także zostały nominowane do tegorocznych Oscarów. Komu przypadnie statuetka? Tego nie wiem, ale na pewno wiem jakie są moje odczucia po obu seansach.
„Argo” wcisnął mnie w fotel i spowodował, że praktycznie w pewnych momentach obgryzałem paznokcie, „Wrogowi numer jeden” ta sztuczka się nie udała. Powodów może być wiele, ale myślę, że po prostu ciężko na jednej rolce kliszy filmowej zmieścić wydarzenia z 10 lat poszukiwań Bin Ladena. Pani reżyser Kathryn Bigelow wraz ze scenarzystą Markiem Boalem starali się upchać do jednej puszki całą masę okruszków, które wypełniły naczynie, ale całości raczej one nie stworzyły lub stworzyły ją tylko częściowo. Film jest trochę poszatkowany i pokazuje najcięższe i najgorsze momenty z tych dziesięciu lat polowań na międzynarodowego terrorystę. Jeśli ktoś myśli, że bycie agentem wywiadu to taka zabawa w Bonda, to jest w ogromnym błędzie. Tu nie ma garniturów i gadżetów, tutaj mamy śmierdzące, zadymione pomieszczenia, gdzie siedzi kilku techników i non-stop nasłuchuje tego co leci w eter, to sale tortur i przesłuchań, mające wyciągnąć z największych twardzieli wszystkie potrzebne dane. To smród gówna i moczu, które wydalają pod siebie więźniowie, ataki na bliskich i na agentów. Tyle, że to wszystko w tym filmie jest po prostu kolejnymi scenami. Jak powiedziała Paulina: „Dzieli się on na zlepek kolejnych scen: przesłuchanie, chwila akcji, kłótnia pomiędzy agentami, wybuch i znów przesłuchanie”. Przyznaję się, że akcji złapania Bin Ladena nie śledziłem i jakoś nie interesowało mnie to. Wiedziałem, że amerykanie prędzej czy później go znajdą. Paulina wczytała się w wiki i inne strony, aby sprawdzić jak wyglądała ta operacja i ona podczas ostatnich scen sprzedała mi kilka informacji – co, gdzie i dlaczego. Tak czy inaczej zaspojleruje – na końcu zabijają Osamę Bin Ladena.
Dla mnie jeden ze słabszych filmów, jakie znalazły się na oscarowej liście. Obok fenomenalnego „Argo” nie ma go nawet co stawiać, jest między nimi ogromna przepaść, której nie wypełnią, żadne pochlebne słowa. W tej kategorii mamy swojego faworyta i nic tego nie zmieni. Właściwie to nie wiem czy jest coś, co mnie bardziej urzekło w tej produkcji, chyba nie ma takiej rzeczy, bo na nic nie zwróciłem większej uwago. O po prostu film, jakich wiele innych. Jeśli macie do wyboru to lub „Argo” to raczej nie będziecie mieli problemu z tym, który film warto zobaczyć…
