ONA:

„Inwazja” to film tragiczny pod każdym względem. Każdym. O tej tragiczności ostrzega z plakat filmowy, zrobiony w konwencji starych posterów, z lat 70-80, ale zrobiony brzydko. Ostrzegać powinna obsada, bo przepraszam, ale Nicole Kidman w roli głównej to nic dobrego. Ostrzegać powinny recenzje, ale ja jestem masochistką. Zasiedliśmy więc do oglądania. No i co mamy? Kolejny film o tym, jak to złe ufoludki podstępem chcą podbić naszą cudowną planetę. A jak to robią? Sprytnie, jak zawsze. Tym razem posłużył im do tego prom kosmiczny, który z niewyjaśnionych przyczyn spada, rozbija się na setki części. A na nich sobie koczują obce organizmy, które tylko czekają by zetknąć się z nami, ludźmi. A jak już to zrobią, to szybciutko przenikają i mutują się gdy śpimy. „Zarazić” się można bardzo łatwo, bowiem drogą kropelkową oraz przez krew. Można wybrać również inny, ale całkiem cwany sposób – rzygając na innych. I właśnie dzięki szybkości w „zarażaniu”, dość ekspresowo można stać się obcym. Jak się to objawia? Generalnie, glutowaciejemy. A jak uda nam się przeżyć noc, bo nikt nas w fazie REM nie wybudzi, to dalej mamy ludzką postać, ale jesteśmy zupełnie pozbawieni emocji. Nie ma radości, ale nie ma też złości. Nie ma wojen i konfliktów, świat staje się lepszy, piękniejszy. Trudno więc się dziwić, że „zarażeni” bohaterowie dążą do jak najszerszego objęcia ludzi. Ale jednak są i tacy, którzy walczą o prawdziwe człowieczeństwo. To między innymi Carol Bennel (Kidman), Ben Driscoll (Craig), czy dr Stephen Galeano (Wright). Oni zauważają co się dzieje i walczą z zarazą. Najważniejsze – nie zasnąć. Jak im się udaje? No cóż. Wiadomo, że musi być happy end.

Czy ja mam dziwne wrażenie, czy ten film jest o zombie? No i Daniel Craig, którego uwielbiam, jest w tym filmie zrobiony na przeciętnego brzydala. „Nie ma takiej rzeczy, której bym dla Ciebie nie zrobił” – powiedział do Nicole. Ja się pytam – dlaczego nie do mnie?! Kidman odnalazła się w roli zimnej suki całkiem nieźle. Ale proszę się nie nakręcać, to nie kunszt aktorski, to twarz sparaliżowana botoxem.

Najgorsze jest to, że widziałam ten film dwa razy. Przepraszam.

ON:

Są takie dwa filmy, które mimo, iż nie są wybitne, to jednak mam do nich ogromny sentyment. Jako fan horrorów i sci-fi uwielbiam je jeszcze bardziej. Mowa o “Invasion of the Body Snatchers” oraz o “Body Snatchers”. Oba filmy skupiają się na “specyficznym” ataku obcych na naszą planetę. Specyficznym dlatego, że obca forma życia nie atakuje wspaniałymi maszynami, nie wyżyna nas przy pomocy nieznanej nam technologii, tylko wykańcza nas na poziomie komórkowym. Atakują podczas snu i wtedy z dziwnych kokonów powstają nasze klony. Różnica jest taka, że są one całkowicie wyżute z emocji i posiadają wspólną świadomość. Każda jednostka jest częścią ogromnej rozumnej całości.

Wczoraj miałem okazję przypomnieć sobie film „Inwazja” z Nicole Kidman i Danielem Craigiem. Niestety, mimo dobrej obsady film jest średni. Jego problemem jest to, iż nie straszy. Z założenia thriller sci-fi powinien trzymać w napięciu, tutaj go po prostu brak. Wszystko zaczyna się od katastrofy promu kosmicznego, na miejscu zdarzenia szybko pojawia się ekipa rządowa gdyż we wraku coś było, coś nie z tego świata. Jedną z osób, która miała kontakt z próbkami, jest były mąż pani doktor Carol Bennell (Nicole Kidman). Delikatnie draśnięcie w palec doprowadza do jego zarażenia i rozpoczęcia epidemii. Kolejne osoby stają się częścią „jedności.” Dochodzi do tego, że główne siły, takie jak policja czy sanepid, są opanowane przez obcą istotę. Zaczynają się nagonki na normalnych ludzi, którzy siła zmuszani są do przyjęcia „wirusa.” Wszystko to w obłudnej wyznawanej przez zainfekowanych mantrze o dobrze wspólnym, braku przemocy i agresji. Nie będzie już wojen, gdyż wszyscy są jednym wielkim myślącym organizmem, który ma na celu wspólne dobro. Przyjdzie nam też poznać małego Olivera – syna pani doktor, który z jakiegoś powodu jest odporny na infekcje i dzięki temu może będzie mógł być świnką doświadczalną, z której wyprodukuje się szczepionkę. Pani Kidman stara się więc wyrwać syna z rąk męża, mąż stara się małego wykończyć, znajomy lekarz (grany przez Craiga) stara się jej pomóc – i tak właśnie wygląda ten film.

Stawiając ten obraz przy dwóch opisanych krótko powyżej, będziemy mieli do czynienia z młodszym, głupim bratem, który śmierdzi, a z nosa lecą mu smarki. Niestety, fantastyczny potencjał został zabity już na samym początku filmu. Bo ja chce się zapytać: jak na strzeżony teren katastrofy wchodzi jakaś gówniara i podaje szefowi sanepidu kawałek promu, który podobno znalazła na dachu ich domu? Gdzie wojsko, ekipa rządowa, strażnicy? Bez sensu. Rozumiem, że w jakiś sposób, trzeba było pchnąć fabułę, ale żeby aż tak głupio?

Właściwie film nawet nie na raz. Jak chcecie coś w tych klimatach, to weźcie się za „Inwazje pożeraczy ciał.”