ON:

Jak już wspominałem – Paula znajduje przeróżne filmy. Część z nich nadaje się do oglądania, a czasem lepiej wsadzić głowę do piekarnika i odkręcić gaz. Tym razem na odstrzał miała pójść komedyjka z Adamem Sandlerem pod tytułem „Spadaj, tato”, ale po kilku minutach od rozpoczęcia seansu zdałem sobie sprawę z tego, że grzechem by było napisanie o tym filmie złych słów. Dlaczego? Bo dawno nie śmiałem się na seansie tak bardzo, że rozbolał mnie od tego brzuch.

Donny Berger to przeciętny amerykański nastolatek. Myśli o dupach, ale jeszcze nie bzykał, cwaniakuje ile się da i ma dwa bilety na koncert Van Halen i nimi chce zaimponować nauczycielce z jego szkoły. Gówniarz trafił jednak na twardą sztukę, bo ta nie nabrała się na jego tekst o „robótkach ręcznych” i posadziła go po lekcjach w kozie. Okazuje się jednak, że ta słodka babeczka to niezłe ziółko. Nie minie dobrych pięć minut i już siada na twarzy młodego Donny’ego. Romansik z młodzieniaszkiem udaje się ukryć przez pewien czas, ale nagą prawdę w pewnej chwili ujrzy cała szkoła. W Ameryce od zera do bohatera można dojść w ciągu kilku minut, tak było i tutaj. Dony stał się chwilową legendą, bożyszczem tłumów, a każdy facet zazdrościł mu tego co zrobił. Spełnił swoje fantazje. Niestety, pani nauczyciel zabrzuchaciła, a sąd skazał ją dodatkowo na 30 lat więzienia. Oj słabo. Opiekę nad dzieckiem przejmie młody Donny jak tylko dorośnie.

Mija wiele lat. Sława, jaką okrył się Berger, przycichła, może nawet wygasła, on sam stoczył się na dno, ciągle wali browary i na dodatek cały jego dobytek mieści się w plastikowym czarnym worku na śmieci. Dorosły już mężczyzna został sam. Od swojego szemranego księgowego dowiedział się, że wisi Urzędowi Skarbowemu 40 tysięcy dolarów, kasę wręcz niewiarygodną. Co tu zrobić, co tu zrobić? Okazuje się, że jedynym rozwiązaniem będzie odnalezienie syna i doprowadzenie go do więzienia stanowego, gdzie znajduje się matka. Tam będzie czekał na niego niewydarzony dziennikarzyna, który nagra cały materiał i opublikuje go w TV, a Berger dostanie 50 tysięcy zielonych. Nic trudnego. Wystarczy tylko znaleźć syna, który nazwa się Han Solo Berger i doprowadzić go do paki. O dziwo udaje się chłopaka odszukać, ale nie jest on za bardzo szczęśliwy z wizyty ojca.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że film jest mega chamski, naprawdę. Tutaj poziom rynsztokowości dowcipu jest tak wysoki, że zastanawiam się jakim cudem  przeszedł on w USA? Jak myślałem, że widziałem już wszystko, to okazało się, że pojawia się „Spadaj, tato” i z robi z mojej głowy siekane kotlety. Naprawdę – ta zacna komedia zniszczy wasze mózgi. Jeśli jednak macie bardzo wysokie poczucie estetyki, to lepiej odpuście.

ONA:

Jeśli ktoś liczy na to, że na pytanie o „komedię roku” z 2012 odpowiem „TED” – to jest w błędzie! Wczoraj znalazłam film o wiele śmieszniejszy, ale mnie produkcje z Adamem Sandlerem NIGDY nie zawodzą.

Zaczynamy od cofnięcia się w czasie. Uroczy chłopak, Donny, żeby przycwaniakować przed kumplami, chamsko odzywa się do swojej młodziutkiej nauczycielki i w sposób iście żałosny – ale dla nastolatków kozacki, proponuje pannie McGarricle wspólne wyjście na koncert. Oczywiście, od razu dostaje burę i ląduje w kozie. I kiedy został już sam na sam ze swoją apetyczną profesorką, ona zaczyna go uwodzić. Tak, zaczyna go U-WO-DZIĆ. Marzenie każdego nastolatka się spełniło, wypełniając gacie nabrzmiałym organem. Brzmi jak wstęp to oldschoolowego pornosa? Całkiem możliwe, że nie wymagam od produktów Sandlera górnolotnych wrażeń. Wróćmy do fabuły, bo ona dopiero się rozkręca. Romans między nastoletnim uczniem a młodą nauczycielką trwa. Psorka uczy swojego podopiecznego nie tylko typowo szkolnych przedmiotów. Może to zabrzmi trywialnie, ale wygląda na to, że para jest w sobie okrutnie zakochana. I wtedy: DUP. Sprawa w głośny sposób wychodzi na jaw. Panna McGarricle z ciążowym brzuchem ląduje na 30 lat za kratkami, ale Donny staje się gwiazdą. Nastoletni ogier, żywa reklama fantazji, okładki, serial, kosmiczna kasa. Ale jak to wiadomo, im szybszy wystrzał w popularność, tym solidniejszy upadek z samego szczytu. Koniec retrospekcji. Widzimy Donny’ego (A. Sandler) w czasach współczesnych, ale on sam jest żywcem wyjęty z końca lat 80tych. Kiczowate włosy, ubranie, nie wspominając o zachowaniu. W pierwszych scenach z dorosłym bohaterem dowiadujemy się, że ma on gigantyczne zadłużenie i grozi mu pobyt w więzieniu. Ma mało czasu na skołowanie kasy i ktoś podrzuca mu szatański pomysł: a jakby tak pociągnąć kasę od syna? Bo tak, ciążowy brzuch panny G. po czasie zmienił się w człowieka. Mały dostał na imię Han Solo i gdy tylko osiągnął pełnoletność, uciekł od wyrodnego ojca. Od tej chwili nie mają ze sobą kontaktu. I co się okazuje? Synuś nie dosyć, że zmienił imię, to jeszcze jest biznesowym rekinem, który robi oszałamiającą karierę i niedługo zmienia stan cywilny. Trzeba więc pobawić się w zerwane więzi, najlepiej pod bacznym okiem kamer, a potem zainkasować ładną sumkę, która gwarantuje wyjście z więzienia. Najlepiej jak ktoś inny płaci za nasze błędy… Donny wchodzi do życia syna jak do kibla. Jego burackie zachowanie o dziwo przynosi więcej korzyści, niż szkód. Oczywiście, syn i tatuś nie przyznają się do swojego pokrewieństwa – Todd po prostu wstydzi się swoich korzeni, a od przeszłości odcina się ile tylko może. Ale w ciągu tych kilku dni, kiedy chłopaki są razem, okazuje się, że mają dużo wspólnego, a niewyjaśnione życiowe sytuacje w końcu się klarują. Tylko zanim do tego dojdzie, średnio co 5 minut będziecie się kulać ze śmiechu.

Pod kołdrą składającą się z chamstwa, przekleństw i ciężkiego humoru mamy ukryte ważne emocje i w ten sposób o rzeczach istotnych można opowiadać godzinami. Okazuje się bowiem, że i ojciec, i syn są nieszczęśnikami, których życie doświadczało w różne sposoby, ale próbują go naprawić – mimo wszystko.

Nie chcę spoilerować za bardzo, ale w tym filmie pojawia się w roli samego siebie Vanilla Ice, który podobnie jak Donnie był gwiazdą „na chwilę” – a teraz czasami zmienia się w fontannę, jest sex, ale taki nieoczywisty, jest urocza tancereczka, które wije się na rurze, jest chlanie, jest dziki kawalerski.

 Uwielbiam takie komedie. Wiem od początku, że czeka mnie ckliwy happy end, ale po drodze chichotam do bólu. Ta produkcja to nie tylko chamski humor, ale też fajna historia, taka z odkopywaniem starych idoli, to świetna gra aktorska, dobra muza – słowem: kapitalny sposób spędzenia spokojnego wieczoru.