Footloose

ONA:

Ten tydzień da nam popalić. Już jest bardzo intensywnie, wręcz dziko i co ranek stajemy przed dylematem: wstać wcześniej i zjeść śniadanie, czy pospać chwilę dłużej, bo 5h snu przez długi czas potrafi zdrowo wykończyć. Zastanawiałam się jakie filmy wybrać, żeby idealnie wpasowały się w niezbyt wielką ochotę na jakieś głębokie dzieła, które zmuszałyby mnie do myślenia, kiedy ja jestem amebą na kanapie. Tydzień z musicalami lub filmami muzycznymi okazał się zbawieniem. Nie ma nic lepszego, niż skoczna muzyka, śpiewanie i tańczenie, z historią, którą jest prosta, łatwa i przyjemna. A, i jeszcze muszę przyznać się Wam do jednej tajemnicy – odkąd mam deezera na ajfonie, to czas brania pryszniców wydłużył się o jakieś 30%, bo odpalam sobie zapętlony utwór Kenny’ego Logginsa i staję się gwiazdą rocka. 

Nie mogło być inaczej – tydzień z muzyką na dużym ekranie musiał rozpocząć „Footloose”!  Ren McCormack (Kevin Bacon) jest nastolatkiem, który wraz z rodziną przeprowadza się do jakiegoś Odbytkowa, by tam zacząć na nowo. Chłopak z dużego miasta średnio potrafi odnaleźć się w nowych realiach. Wszystko go dziwi, a cała otaczająca go rzeczywistość mentalnie cofnęła się o kilka lat. W małych mieścinach czas biegnie inaczej – wiem co mówię, sama w takim Odbytkowie mieszkam. Ren „na starcie” naraża się rówieśnikom, wiejskim łobuzom, nauczycielom, a wisienką na torcie okazuje się narastający konflikt z miejscowym pastorem. Nasz bohater nie umie zrozumieć dlaczego z wszystkich stron wieje nudą, a umysły młodych kształtowane są wyłącznie pod dyktando dorosłych, którzy z kolei w „młodości” widzą tylko dragi, alkohol i pieprzenie się po krzakach. McCormack postanawia coś z tym zrobić, udowadniając wszystkim i sobie również, że wrzucanie wszystkich do jednego wora, jest bardzo krzywdzące. Oczywiście, nie zapominajmy również o Ariel – córce pastora, która daleka jest od ideału dziewicy (o czym jej ojciec nie wie) i której Ren wpadł w oko…

„Footloose” to kwintesencja lat 80. Kicz, który jest jednocześnie stylowy, tandetna muzyka, która przeszła do historii, aktorzy, którzy wtedy startowali, a teraz stoją na najwyższym poziomie (i są o wiele przystojniejsi, nawet Sarah Jessica Parker wygląda lepiej). Oglądając ten film nie da się nie podrygiwać w rytm muzyki, uśmiechając się i nucąc w myślach tytułową piosenkę. Nie ma sensu doszukiwać się tu jakieś niemożliwej głębi, ale ona gdzieś tam jest. To nie jest „Sharknado” czy „Kac Wawa”, by nie przenieść jakiś ważnych i ponadczasowych treści, ale to nie o to chodzi w tym filmie. On ma bawić i robi to od 3 dekad. Uwielbiam. Ukochauję sobie go o wiele bardziej niż „Dirrty Dancing”.

Tak, to będzie dobry tydzień.

ON:

Pracy mamy co niemiara, od rana do wieczora robimy internety, staramy się, aby klienci byli zadowoleni. To jakieś logo się pstryknie, to artykuł napisze, to znów stronę postawi, ale doba ma tylko 24h i w tym czasie trzeba jeszcze wpisy na marudzenie.pl wrzucić. Dlatego postanowiliśmy, że w tym tygodniu bierzemy się za filmy muzyczne i musicale. To kino łatwe i przyjemne, a co najważniejsze przepełnione dźwiękami, a Marudy kochają muzykę. Na pierwszy dzień poszedł klasyk, ukochany przeze mnie od pierwszego naszego razu – „Footloose”.

O tym dziele mogę pisać tylko w samych superlatywach, tu nie ma złych scen, nie ma złej muzyki, wszystko jest smakowicie dopasowane i podane w odpowiednich dawkach. Oczywiście mówimy o jedynym słusznym i prawdziwym „Footloose”, czyli filmie z 1984r. w reżyserii Herberta Rossa. To dzieło nawet plakat ma zajebisty.

O co to całe zamieszanie? O Kevina Bacona w roli Rena MacCormacka, który jest „trudną młodzieżą”, wychowuje go matka i ojczym, a jego problemy powodują, że z wielkiego miasta ląduje wraz z rodziną w maleńkiej mieścinie. To taka dziura w USA, gdzie koleś ubierający się jak Bowie z „Białego Księcia” budzi odrazę, ale i podziw. Tutaj lokalną władzą nie jest szeryf, pomimo tego, że ma za paskiem pistolet, a kaznodzieja, pastor rzucający kazania z ambony. Rozgoryczony tym co wydarzyło się kilka lat temu, kiedy w wypadku stracił syna, zrzuca całą winę na tryb bycia młodzieży. Winę za wypadek ponosi, muzyka, taniec, modne ciuchy i zepsucie płynące z książek. Jest taka scena w „Footloose”, w której dorośli radzą o tym, że „Rzeźnia numer 5” Vonenguta, to zaraza wśród książek i pomimo tego, że nikt jej nie czytał, od razu zostaje skreślona z listy lektur miejskiego liceum. Przypomina to trochę „Fahrenheit 451” Raya Bradburego. Pozbawienie możliwości czytania książek mających zły wpływ na czytającego, stworzyło utopię, która chwiała się na swoich glinianych nogach. Podobnie jest tutaj, twarde rządy klechy odbijają się na osobowościach lokalnych dygnitarzy. Trochę mamy tu do czynienia z Dulszczyzną, dobrze znaną z „Moralności Pani Dulskiej”. Dobrze widać to w osobie córki pastora. To dziewczyna, która ma dość trzymania w klatce, często sama jest prowodyrką nieprzyzwoitych zachowań.

Ren nie jest typem kolesia, który poddaje się jak go biją. Postanawia przeciwstawić się władzy miasta. Jego bunt popierany jest przez młodych, ale i kilku dorosłych, którzy uważają, że pewne granice zostały przekroczone. „Footloose” jest opowieścią o buncie i pasji, która oprawiona jest świetną muzyką i jeszcze lepszą choreografią. Między innymi jest tutaj niezapomniana scena, gdy Bacon tańczy w starej hali.

Co tu dużo mówić, klasyk, który koniecznie trzeba obejrzeć.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad