ONA:

Z każdym gatunkiem filmowym jest tak, że nie jest on od a do z skazany na żałość tudzież zajebistość. Weźmy na przykład takie komedie romantyczne. Ja mam do nich totalny wstręt. Jest to najprawdopodobniej spowodowane przez panie Meg Ryan i Julię Roberts i poważnie zastanawiam się nad pozwem. Najbardziej lubię, gdy tego typu filmy wcale nie mają oczywistego zakończenia, ale wtedy wchodzimy w dramaty, a to już zupełnie inna para kaloszy. Ale wróćmy do komedii romantycznych. Zasada jest prosta: ona + on + jakiś problem, a na końcu ckliwy happy end. I nazwijcie mnie hipokrytką, bo na takiej samej zasadzie poprowadzony jest film „The Proposal” („Narzeczony mimo woli”), którego po prostu uwielbiam! I wierzcie mi, gdy przychodzi taki moment, że naprawdę nie wiemy co obejrzeć, ja zawsze rzucam „A może…?” i w tym momencie mój konkubent przerywa mi, bo już wie co się święci i mówi „ZNOOOOWUUUUU?!”

Sukces tego filmu tkwi w kilku elementach.

Raz: fabuła. Jest przemyślana, zabawna, lekka i lekko podana. Margaret (Sandra Bullock) jest szychą w wydawnictwie. Ubiera się w markowe kiecki, na nogach ma niebotycznie wysokie louboutiny. Nie znosi swoich pracowników, traktuje ich z pogardą, a tych, którzy mieli więcej szczęścia – jak powietrze. Ale jest dobra w tym co robi, jest skuteczna, jest jak rekin, dlatego zarząd ją uwielbia. Jej życie jest totalnie poukładane, przemyślane i poniekąd jest tak z powodu Andrew (Ryan Reynolds). Ten uroczy mężczyzna jest jej asystentem, panem sekretarkiem, który rano biegnie po jej ulubioną kawę (na ogół biorąc dwie takie same, gdyby jedna się rozlała), a potem układa jej cały harmonogram dnia, mając nadzieję, że kiedyś jego piekło się skończy albo zostanie nagrodzone. I pewnego przeciętnego dnia Margaret, z pochodzenia Kanadyjka, dowiaduje się, że jej wiza wygasła i grozi jej deportacja. Nie może przebywać na terenie Stanów, a co się z tym wiąże – nie może pracować dla amerykańskiej firmy. Oj, czegoś takiego jej ambicja nie może wytrzymać. I nagle wpada na szatański pomysł. Obwieszcza wszem i wobec, że razem z Andrew mają plany małżeńskie, bo niedawno się zaręczyli. Wszyscy współpracownicy i szefostwo są w szoku. Ale jak to?! Andrew i jadowita wiedźma? Kiedy w końcu zamykają się w czterech ścianach jej gabinetu, ona rzeczowo i konkretnie wyjaśnia mu na czym stoi. Musi się z nią ożenić. MUSI. W te pędy udają się do urzędu imigracyjnego, gdzie Margaret ma starać się o wizę narzeczeńską (czyli będzie mogła dalej stacjonować w Stanach na legalu). I zawsze tak jest, że gdy każą wejść Ci do małego pomieszczenia, by porozmawiać na osobności, nie ma nigdy dobrych wieści. Pan za biurkiem zaatakował ich od razu z grubej rury. Zwęszył oszustwo i informuje szanownych narzeczonych czym to grozi. Kara i odsiadka. Margaret jest niewzruszona, a Andrew wali z przerażenia w gacie. Ale koniec końców godzi się pomóc, zmuszając ją jednocześnie do oświadczyn na środku ulicy i podbijając swoją stawkę. Teraz czas zaprezentować swoją nową dziewczynę rodzinie… Okazja się trafiła ku temu, bowiem babcia Andrew, przebojowa i urocza Annie, świętuje swoje 90 urodziny. Narzeczeni pakują się zatem i pędzą na Alaskę, skąd pochodzi pan asystent. Oczywiście, cała rodzina zalicza szok. Ich ukochany syn, wnuk i przyjaciel nie dosyć, że chce hajtnąć się ze swoją znienawidzoną szefową (kariera przez łóżko?!), to jeszcze nic im nawet nie wspomniał o tym! Dziwne, bardzo dziwne. Za to wymuszone uczucie między fałszywymi narzeczonymi o dziwo zaczyna zmieniać się powoli w sympatię. Andrew wykorzystuje każdą chwilę, by podręczyć i pokpić z szefowej. Może, ma ją w szachu… Dni na Alasce mijają błogo. I pewnego dnia matka Andrew wpada na szalony pomysł. Skoro już tu są, skoro mają takie plany i skoro cała rodzina zjawi się na uroczystości babci, to po co czekać – niech wezmą ślub tu i teraz!

Jeśli chodzi o niewątpliwe plusy, to poza fajną fabułą z uroczym humorem nie sposób olać tego, jak Bullock i Reynolds zagrali. Stworzyli one dwie świetne kreacje, które zmieniają się na ekranie. Andrew jest pod papciem na początku, by na końcu zmienić się w prawdziwego twardziela, a Margaret z zimnej suki okazuje się być ciepłą i wrażliwą babeczką, która skostniała emocjonalnie, bo tak jej było łatwiej i wygodniej. Moim zdaniem Sandra Bullock jest przegenialną aktorką komediową. I proszę się ze mną nie spierać.

Na koniec dodam, że mamy tu również bardzo ładnie prowadzony film pod względem „wykonania”. No i każda babeczka zawiesi pewnie oko na boskim Ryanie i na garderobie panny Tate.

Lubię to patologicznie bardzo.

ON:

Najgorsze są takie kobiety, które same nie wiedzą czego chcą. Hmmm, to wychodzi na to, że mówię o wszystkich. Fuck! Panowie, mamy przejerdolone! Nie wiem jak to się dzieje, że ostatnio bardzo dużo kina „romantycznego” pojawia się w naszym repertuarze. Domyślam się, że pojawienie się naszej mała Bowie przyprawiło Paulinę o pojawienie się nowych dla niej uczuć. Dziewczyna ze Śląska okazuje się mieć serce, a nie węgielek (oj, coś mi się zdaje, że seksu nie będzie przez kilka dni). Właśnie o takiej przemianie opowiada komedia romantyczna z Sandrą Bullock i Ryanem Raynoldsem pod tytułem „Narzeczony mimo woli”.

Nikt nigdy nie zrozumie kobiet, bo one same się nie rozumieją. Przez własne zachowanie często są samotne, odrzucone na dalszy plan, pozostawione na łaskę jakiegoś kolesia, który jest tak wielkim nieudacznikiem, że randki załatwia mu mama. To naprawdę chore, bo później takie panie nadają na panów, jacy to oni nie są źli, wredni, beznadziejni. A czy kochana kobieto posprzątałaś najpierw własne podwórko i zadałaś sobie pytanie, co z tobą może być nie tak? Właśnie takową wredną babą jest Margaret Tate (Bullock), szefowa wydawnictwa. Wszyscy jej pracownicy trzęsą przed nią gaciami. Nie ma rzeczy, o którą by się nie przywaliła. Wiecie jak to się nazywa? Ostry syndrom niedopchnięcia. Tak, to bardzo powszechna choroba wśród wielu zmierzłych kobiet. I taka właśnie jest Margaret, dla niej najważniejsza jest kariera, a mieszkanie, życie towarzyskie i wszystko inne przestało być istotne. Jedna ważna sprawa, Margaret jest Kanadyjką. Nie taką łódką, ale obywatelką Kanady mieszkającą w Stanach. Jedyną osobą, która jest się jej w stanie przeciwstawić, jest jej asystent wykonawczy – Andrew Paxton (Raynolds). Chłopak ma na tyle jaj, aby być prawą ręką szatana i jednocześnie być lubianym w zespole. Jego praca jest ciężka, ale widać, że daje sobie radę. Wszystko by pewnie toczyło się nadal w ten sam sposób, gdyby nie jedna drobnostka. Córka szatana zapomniała wypełnić mały druczek w papierach imigracyjnych i okazuje się, że będzie musiała opuścić USA. Krócej mówiąc: grozi jej deportacja. Tate wpada na genialny pomysł, zdobędzie zieloną kartę i w ten sposób stanie się legalną obywatelką Stanów Zjednoczonych. Problem jest taki, że do tego papierka potrzeba jej ślubu z prawdziwym Amerykaninem. Wpada więc na pomysł, że fikcyjnym mężem będzie jej asystent. Pod groźbą zwolnienia go z pracy, musi zgodzić się na udawany związek, który później zostanie „sprawdzony” przez odpowiednie służby. Co biedakowi pozostaje? Musi się zgodzić. Tak zaczyna się opowieść pełna całkiem śmiesznych scen i dialogów. Pomimo, że mamy do czynienia z romansidłem, ogląda się to całkiem przyjemnie. Widomo oczywiście jakie będzie zakończenie całej historii, ale w niczym to nie przeszkadza.

To świetny film na randkę, gdy chcesz z dziewczyna zobaczyć coś w ciemnym pokoju, z lampką wina. Po prostu samo się ogląda, a po seansie, jeśli byłeś odpowiednio miły, to nawet przydadzą się te zakurzone durexy upchane w szufladzie, ale to już zupełnie inna historia.