ON:

Byłem 13-latkiem, kiedy leżąc w izolatce, chory na świnkę, po raz pierwszy miałem styczność z trylogią „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Ponieważ po jednej zarazie wzięła mnie następna (ospa), zamiast zwiedzać nadmorską miejscowość sanatoryjną, musiałem zwiedzić „Śródziemnie”. Nigdy bym nie pomyślał, że ta kupiona na szybko, tuż przed wyjazdem trylogia, uratuje moje przechorowane cztery tygodnie, a także moje dzieciństwo. Nigdy wcześniej nie byłem tak zafascynowany światem stworzonym przez czyjąś wyobraźnię. Kolejne strony uciekały jak banda orków przed mieczem Aragorna, a ja siedziałem w piżamie do 2-3 nad ranem i z zapartym tchem czekałem na kolejne przygody powiernika pierścienia. Gdyby nie „Władca” pewnie nigdy bym nie zainteresował się fantasy, ale wtedy, po tych czterech letnich tygodniach, mój świat zmienił się na zawsze.  

Po powrocie z Kołobrzegu, bo tam było sanatorium, moje kroki skierowały się do najbliższej księgarni, gdyż byłem głodny jak wilk przygód pełnych hobbitów, krasnoludów, elfów i innych stworzeń, zamieszkujących „Śródziemie”. Tak trafiłem na „Hobbita”. Nigdy nie spodziewałem się, że doczekam czasów, które pozwolą na ekranizację tych książek. Trzeba było około dziesięciu lat, by współczesna technika pozwoliła na nakręcenie kina jednocześnie tak baśniowego i tak epickiego. Trzeba przyznać, że Peter Jackson, jest wyjątkowym mistrzem jeśli chodzi o tworzenie kina fantasy. Udowodnił to już przy „Władcy Pierścieni”, a teraz utrzymuje nas tylko w tym przekonaniu. Dzieła Tolkiena są bardzo trudne do przeniesienia na kliszę filmową i moim zdaniem Jacksonowi się to udało. Nie uniknął on błędów, ale chyba nie ma nikogo, kto oddałby klimat książki bez małych wpadek. Trzeba przyznać, że dużym plusem reżysera jest jego umiejętność dobierania aktorów do ról. Ian McKallen jako Gandalf jest rewelacyjny, Martin Freeman w roli Bilba wręcz idealny, Richard Armitage – Thorin Dębowa Tarcza – bardzo przekonujący. Tak właśnie wyobrażałem sobie te postacie, podczas lektury dzieła. Podobna sytuacja miała miejsce w trylogii, tam także nie miałem się do czego przyczepić. Nie jestem fanatycznym wyznawcą „tolkienowskiego kościoła”, który chce spalić na stosie twórców filmu, nawet za najmniejsze zmiany w stosunku do oryginału. Zgadza się, oglądam i oceniam „Hobbita” przez pryzmat książki, ale nie pozwalam sobie na fanatyzm. „Diabeł tkwi w szczegółach” – mawiamy. Właśnie na te szczegóły postawił Jackson. Przygotowania do realizacji to miesiące poświęcone na tworzenie kostiumów i scenografii, to zbudowanie od postaw modelu Shire’u. Baśniowość jest ogromną zaletą tego dzieła. Wszystko dzięki sceneriom, jakie można znaleźć w Nowej Zelandii. To tam ekipa produkcyjna wyszukała miejsca idealnie odzwierciedlające te, znajdujące się w książce. Poza świetnymi,  malowniczymi zdjęciami warto zwrócić uwagę także na ścieżkę dźwiękową, którą skomponował Howard Shore. Jeśli oglądaliście „Władcę Pierścieni”, to na pewno wiecie o czym mowa.

Sama historia podzielona jest na trzy części. Kolejne dwie przyjdzie nam oglądnąć w 2013 oraz w 2014 roku. Opowiada ona dzieje Bilbo Bagginsa, hobbita w średnim wieku, który nie do końca z własnej woli staje się uczestnikiem wyprawy mającej dotrzeć do Samotnej Góry. Tam na miejscu na drużynę czeka największe wyzwanie, a mianowicie konfrontacja z „największą plaga Śródziemia” smokiem Smaugiem. Wielki, kochający złoto gad, zniszczył prastarą krasnoludzką twierdzę i zawładnął ogromnym skarbem, jaki tam przechowywano. Dowodzącym wyprawą jest potomek władcy, Thorin Dębowa Tarcza. Od wielu lat marzy on o odzyskaniu prastarych komnat, skarbców, a przede wszystkim o odbudowie wspaniałej podziemnej stolicy. Dlaczego napisałem, że Bilbo nie z własnej woli bierze udział w wyprawie? Ponieważ, za wszystkim stoi Gandalf Szary, stary czarodziej, który wydaje się być kimś więcej, niż się wydaje. Mag przewidział pewne nadchodzące wydarzenia i zdawał sobie sprawę z tego, że w niziołku jest więcej hartu ducha, niż w niejednym człowieku, elfie, czy krasnoludzie. Wystarczyła odrobina „ognia”, by pojawił się ktoś więcej niż zwykły spłoszony hobbit. Historia zaczyna się więc w pewnej małej norce należącej do Bagginsa, w której zagości 12 krasnoludów i jeden czarodziej. Po nocy pełnej narad, rozważań i dużej ilości dobrego jedzenia, Bilbo dostanie propozycję nie do odrzucenia, którą jednak odrzuci. Dopiero rano odezwą się w nim korzenie starego Tooka i zdecyduje się wyruszyć na przygodę jego życia, obraczającą go ciężkim brzemieniem.

„A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.”

Od początku podróży grupę czekają przygody. To na szlaku natkną się na grupę trolli i tylko pomoc „włamywacza” i Gandalfa ratuje tyłki wszystkich krasnoludów. W tym miejscu Bilbo stanie się posiadaczem sławnego „Żądła”, które jemu, a później i Frodowi uratuje życie wiele razy. Podróżnicy będą świadkiem walki kamiennych olbrzymów, wpadną z deszczu pod ziemię, do jaskiń zamieszkanych przez gobliny. Tutaj też pierwszy raz spotkamy się z Gollumem (lub jeśli ktoś woli ze Smeagolem), który po serii zabaw w zagadki na zawsze przeklnie Bagginsa. Opowieść kończy się po wielkiej ucieczce z rąk Orków, gdy na pomoc kompanii przybywają olbrzymie orły, przywołane przez Gandalfa. Lądują na skalnej półce, stąd widać majaczącą w oddali Samotną Górę.

Nowy film Jacksona naprawdę potrafi zachwycić swoim rozmachem. Śródziemie, do jakiego nas przyzwyczaił, nie zmieniło się ani odrobinę. W Rivendell spotkamy „eteryczną” Galadrielę oraz charyzmatycznego Elronda, bezdroża pilnowane są przez strażników, na południu zobaczymy Rohirrimów na ich wspaniałych wierzchowcach. Mimo „przegadanego” początku filmu, kolejne minuty zaczynają uciekać jak szalone, gdyż na ekranie cały czas będzie się coś działo. Walki, pościgi i ucieczki to chleb powszedni naszej kompanii.

ONA:

Mam ogromny problem z gatunkiem szerzej znanym jako „fantasy”. Dlaczego? Nie ogarniam go za bardzo i nie potrafię przenieść się do krainy wyobraźni. Nie mówię, że nie próbowałam, bo i owszem, zarówno jeśli chodzi o książki, jak i filmy. Ale nie jest nam po drodze. Dla mnie tego typu dzieła są po prostu nudne. Mnie to nie kręci, nie zachwyca i wiem, że zaraz rzesze fanów tego gatunku uderzą mnie kursorem (w tym Dawid), ale cóż. Ja jestem dzieckiem sensacyjno-kryminalnym, a nie elfickim.

Jeśli już mam wybierać, czy wolę książki, czy filmy fantasy, to niestety – wolę te drugie. Kiedy już nie umiem zachwycać się fabułą, wówczas przynajmniej mogę nacieszyć oko. I dokładnie tak robię w przypadku ekranizacji dzieł Tolkiena. Jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni” na pierwszej części zasnęłam, na drugiej siedziałam w kinie totalnie z przodu, dlatego po jakieś godzinie, mając paraliż szyi wyszłam (i to był chyba jeden z trzech filmów, których nie obejrzałam do końca seansu), a trzecią sobie najzwyczajniej w świecie odpuściłam. Po kilku latach, razem z Dawidem, do domu przyprowadziło się jakieś zajebiaszcze wydanie całej trylogii i przyznam się szczerze – kusi mnie to. Hipokryzja? Nie, po prostu uważam, że są filmy, które obejrzeć należy, bo wnoszą COŚ ogromnego, do historii kinematografii. I absolutnie dziełom Petera Jacksona nie mam zamiaru odmawiać tytułu klasyków. Mieliśmy taki plan, żeby obejrzeć wszystkie trzy w jakieś święta, ale się nie udało. Wiedziałam za to, że czeka w niedalekiej przyszłości na mnie „Hobbit” i oto nadszedł dzień, w którym listonosz przyniósł zawiniątko. „Kochanie, dziś to oglądamy” – zakomunikował mi konkubent, a ja nie miałam wyjścia, bo i tak wymusiłam na nim, że nie pójdziemy na to do kina. Uzbroiłam się zatem w psa, drinka i przystąpiliśmy do nadrabiania zaległości.

Dawid od początku robił za tłumacza i wyjaśniacza (przeraża mnie jego wiedza i pamięć do tych wszystkich historii, szczególnie w kontekście jego totalnej sklerozy, jeśli chodzi o rzeczy, które ma zrobić), bo mordka naszej małej suni była o wiele sympatyczniejsza, niż te kolejne krzywe ryje, które zerkały z telewizora. I wierzcie mi, miał obok siebie dwie zdrowo piźnięte dziewczynki i ciężko mu było. Gdy nam film znudził się totalnie i postanowiłyśmy zrobić o 23:30 w domu bonanzę, on cierpliwie pogłaśniał sobie telewizor. Ja co jakiś czas prosiłam o wyjaśnienie i wydaje mi się, że mniej więcej ogarniam o co chodziło. Nie oznacza to jednak w żadnym stopniu, że mnie to zainteresowało…

Ale nie jestem takim fantasy hejterem, na jakiego próbuję się wykreować. Pomijając historię o pierścionku, która ciągnie się już przez czwarty film (a jeszcze mają być dwa – pónbóczku), to reszta mnie całkiem zachwycała – począwszy od aktorów, po pokazanie przepięknych krajobrazów. Film nabiera niemożliwej ilości plusów właśnie z powodu obsady. Ian McKellen daje radę dzięki swojej szlachetności i mądrości życiowej, a Martin Freeman, którego pokochałam za rolę Watsona w „Sherlocku”, dodaje szczyptę przystojności, szczególnie na tle wspomnianych już orków czy innych krasnoludów. Plus jego brytyjski akcent jest bardzo rawr… A jeśli już zahaczyłam o krasnoludów, to gdyby tak ogolić i umyć Thorina, Filiego i Kiliego, gdyby podać im hormon wzrostu i odziać w fajne fatałaszki, to to całkiem niezłe ciacha mogłyby być… I gdy tak oglądam zdjęcia aktorów, którzy wcielili się w role tych wszystkich włochatych albo oślinionych paskud, z dziwnymi twarzopodobnymi mordami, powykrzywianymi na wszystkie strony, to z pewnością mogę bić pokłony wszystkim osobom, odpowiedzialnym za charakteryzację i kostiumy. Wygląda to bardzo realnie i prawdziwie, chociaż dobrze wszyscy wiemy, że w tego typu produkcjach kluczową rolę odgrywa proces komputeryzowania tego co jest na planie, by widz mógł – jak ja właśnie teraz – zachwycać się ową wizualnością. To samo dotyczy zdjęć i kadrów. Jackson i jego świta już we „Władcy…” udowodnili, że mają oko do pięknych miejsc, które czynią jeszcze piękniejszymi. To wszystko wygląda bardzo sensownie, a mój zmysł wzroku może tylko żałować, że nigdy nie znajdę się w tych okolicach uzbrojona w aparat fotograficzny. Właśnie te wszystkie cechy, o których wspomniałam, zupełnie nie dyskredytują całej tej „biżuteryjnej” sagi w mojej opinii. Przysięgam na Channel, kiedyś to obejrzę w całości.

I od razu mówię, proszę mi nie zarzucać, że jestem zamknięta gatunkowo. Zmusiłam się i obejrzałam, nie żałuję. „Hobbit” (jak i cały LOTR) jest przykładem filmu obowiązkowego. Ja go poniekąd rozumiem. Wiem, że cała ta podróż jest jedynie przykrywką do historii o odwadze, o męstwie i honorze, z ogromnym naciskiem na przyjaźń i zaufanie oraz na walkę ze złem, które ukryte jest za różnymi twarzami. Ciężko mi odnieść się do poprzednich „części” ekranizacji Tolkiena, więc nie będę tu snuć wywodów co było lepsze. Ale wybaczcie, od fantasy wolę rzeczywistość. Szczególnie, że od niedzieli należę do grona szczęśliwców, których marzenia powoli, ale jednak – się spełniają. Co prawda moje marzenie ciągle ma problem z doniesieniem siku na dwór i po północy wchodzi w nie diabeł, ale budzi mnie szturchaniem zimnym nosem w policzek. Oglądałyśmy razem „Hobbita” zastanawiając się czemu Dawid nie jest wpatrzony w nas, tylko w jakieś dziwne ludki w telewizorze.

Ps. Nie dajcie się zwieść słowom Dawida o tej izolatce. Okej, był chory, ale ponoć opiekowała się nim jakaś urocza i kształtna piguła, pewnie chciał wyglądać doroślej z książką.

W Polsce film w wersji DVD, Blu-ray i Blu-ray 3D ukazał się dzięki firmie Galapagos

Rok produkcji:
 2012
Kraj produkcji:
 USA
Czas trwania filmu:
 163 min.
Wersja wydania:
 2 płytowa
Zawartość płyty 1:
 film
Zawartość płyty 2:
 dodatki
Wersje językowe filmu:
 angielska, węgierska, polski dubbing
Dźwięk wersji oryginalnej filmu:
 Dolby Digital 5.1
Napisy:
 angielskie, polskie, węgierskie, bułgarskie, rumuńskie
Dodatki:
 zwiastuny, Nowa Zelandia: świat Śródziemia, Video blogi: Początek produkcji, Filmowanie w 3D, Plenery, Zwiedzanie Studia Stone Street, Postprodukcja, Światowa premiera w Wellington