ONA:

„Rzeka tajemnic” to film o tym, jak jedno wydarzenie może zmienić życie człowieka. Jedne z ostatnich słów, które pojawiają się w filmie, brzmią:

– Kiedy ostatni raz widziałeś Dave’a?

– 25 lat temu, gdy wsiadał do samochodu…

Fakt, po wydarzeniach sprzed ćwierćwiecza, życie trzech kumpli zmieniło się totalnie. Do tego czasu Jimmy, Dave i Sean żyli jak typowi młodzi nastolatkowie. Szukali zwady i kombinowali, ale przyjaźnili się i czuli w swoim towarzystwie komfortowo. Ufali sobie. Szli za sobą jak w ogień. I tych trzech kumpli pewnego dnia staje twarzą w twarz z ogromną tragedią. Dave zostaje uprowadzony przez pedofila, który sobie poużywał na nim solidnie. W jednej chwili został obdarty z godności i całego dzieciństwa, które runęło jak domek z kart. Z kolei Jimmy’ego i Sean’a w trakcie ich życia ciągle dopadała myśl: Co by było, gdybym to ja wsiadł do tego felernego samochodu? Jak mój los by się potoczył? Jak ja bym się zachowywał, niosąc takie piętno?

Niestety, przyjaźń nie przetrwała. Każdy z dorosłych już facetów wiedzie inne życie. Ich jedynymi formami rozmowy jest zdawkowo rzucone „Cześć” gdzieś w biegu. Wkrótce jednak los (w postaci scenarzystów, którzy zaadaptowali powieść Dennisa Lehane’a) po znowu z nich zadrwił. Kolejna tragedia: w tajemniczych okolicznościach ginie córka Jimmy’ego (Sean Penn). Sean (Kevin Bacon) zajmuje się śledztwem, a Dave (Tim Robbins) jest głównym podejrzanym…

Z każdą kolejną minutą sprawa bardziej śmierdzi. Ba, pętla tajemnicy zaciska się, obnażając powoli prawdę. Tak de facto nic nie jest oczywiste…

Eastwood okazuje się być świetnym reżyserem dramatów, w których poruszana jest i kwestia „tragiczna”, dopadająca bohaterów, ale jest w tym też swoiste tropienie i skrupulatne dochodzenie. Finał jest fajny, zaskakujący, ale o wiele bardziej siedział mi finisz “Gran Torino”, niż w przypadku “Rzeki…” tam urywał głowę, tu po prostu dzieje się coś, co można przewidzieć wiele minut prędzej… Jedno jest natomiast pewne: ten film jest po prostu dobry. Jest genialnie zagrany! Główna trójka wypada szalenie dramatycznie, grają z polotem, a ich bohaterowie walczą z emocjami, ze słabościami, są po prostu autentyczni.  Film opatrzony jest również znakiem jakości pana Eastwooda, który nie bierze się za słabe produkcje, niezależnie, czy staje przed, czy za kamerą. To dobre kino dramatyczne, z lekką nutą kryminalno-sensacyjną. Koleś jest geniuszem, jeśli chodzi o budowanie specyficznego napięcia, kiedy to nasza podświadomość mówi szeptem „Nieee, no nie zrobi tego!”. Jak nikt potrafi wejść w najczarniejsze zaułki, by ostrym narzędziem uderzać w skrywane emocje. Budzi demony, demony w ludziach.

Poza tym, nagrany jest w szalenie intrygujący sposób i w którymś momencie można zauważyć, że twórcy bawią się naszym postrzeganiem. Co jakiś czas przewija się „rekwizyt”, kobiety w tym filmie mają bardzo pokrętne charaktery, zresztą jak i faceci. Mało co jest oczywiste na pierwszy rzut oka, szczególnie zwróćcie uwagę na ludzkie relacje i interakcje.

Jak już wspomniałam, poziomu „Gran Torino” nie przeskoczył, ale daje radę.

ON:

Pan Clint Eastwood to facet, który dla amerykańskiego kina zrobił bardzo wiele dobrego. Filmy, w jakich się pojawił lub wyreżyserował, są przeważnie długo zapadającymi w pamięci klasykami. Kolejne nagrody dla jego produkcji tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, jak dobrym jest twórcą. Ponieważ ostatnio wpadliśmy w lekki szał serialowy, więc produkcje pełnometrażowe zeszły na drugi plan. Nie jest tak, że nie oglądamy ich wcale, po prostu oglądamy ich mniej. Jednym z tych „długaśnych” produkcji był właśnie film Eastwooda pt. „Rzeka tajemnic”.

Ten bazujący na naprawdę dobrze napisanej powieści Dennisa Lehane’a dramat obyczajowy, opowiada o tym, jak mały wpływ mamy na swój los, a pojedyncze zdarzenia mogą odmienić nasze zachowanie raz na zawsze. Zawsze możemy starać się wziąć z przeznaczeniem za rogi, ale nasze dążenia mogą zakończyć się fiaskiem. To właśnie taka opowieść, gdzie dobro i zło oddzielone są ogromną szarą równiną. Trójka przyjaciół: Jimmy Markum, Dave Boyle i Sean Devine, to takie typowe podwórkowe rozrabiaki. Czasem rzucą kamieniem w szybę, czasem coś posmarują kredą lub farbą, ale w ogólnym rozrachunku nie są groźni. Podczas jednej z takich „zabaw”, gdy panowie postanowili utrwalić swoje imiona w świeżo wylanym betonie, nakrywa ich policjant, a dokładniej facet, który ma odznakę i jeździ niepolicyjnym autem. Koleś przyczepia się do chłopaków i dość ostro się z nimi obchodzi. Jednego z nich – Dave’a, wsadza do auta i zamierza zawieźć  do jego matki, aby porozmawiać o incydencie. Po wejściu do samochodu, dzieciak zauważa, że na przednim fotelu siedzi partner pana policjanta. To zdarzyło się 25 lat temu. Niestety, samochód nigdy nie dotarł do celu swojej podróży, okazało się bowiem, że ci dwaj “policjanci”, to zwyrodniali pedofile, którzy lubowali się w nieowłosionych tyłeczkach młodych chłopaków. Wydarzenie to miało ogromny wpływ na psychikę Dave’a, ale facet jakoś poukładał sobie wszystko w głowie, dorobił się żony i dziecka, i wegetuje, czasem roztrząsając to, co się wydarzyło. Z męskiej przyjaźni nie zostało za wiele. Jimmy ma własny sklep, ale zanim do niego doszedł, miał na swoim koncie dwuletnią odsiadkę za kradzież. Teraz stara się być przykładnym obywatelem i ojcem trzech córek, a najstarsza z nich ma 19 lat. Jedynym, który porzucił stare śmieci, był Sean. Zaczął pracować jako policjant, wyprowadził się z dzielnicy i tylko tragedia, która wydarzy się znów wśród robotniczych domów, sprowadzi go na podwórko z dzieciństwa.

Nie chce się rozpisywać nad fabułą, bo jest ona poprowadzona bardzo przejrzyście i spokojnie, dzięki czemu nikt nie zgubi się podczas seansu. Przede wszystkim chodzi mi o to, aby nie spojlerowac, bo jeśli ktoś nie widział tego dzieła Eastwooda, to powinien się z nim zapoznać i samemu ocenić czy przemawia do niego ta historia. Warto dodać, że Sean Penn i Tim Robbins w 2004 roku zgarnęli za swoje role Oscary w kategorii najlepszy pierwszo- i drugoplanowy aktor. Ja polecam.