Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Taken 3

ON:

Po 28 minutach trzeciej „Uprowadzonej” powiedziałem Paulinie, jak skończy się ten film. Dokładnie 28 minut zajęło mi rozgryzienie „Kto, kogo i dlaczego?”. Luc Besson gdzieś się zagubił w swojej twórczości. Coraz częściej dochodzi do sytuacji, że jak widzę film sygnowany jego nazwiskiem, to zaczynam się bać. Już na początku wpisu mogę napisać, że „Uprowadzona 3” jest tylko dla wielbicieli gatunku i to tych, którzy mają czas na takie kino.

Uprowadzona” zaskakiwała. Robiła to swoją konstrukcją, bezkompromisowością, niezłą choreografią i Liamem, który nadal świetnie daje sobie radę w sensacyjnych rolach. Ale jak to się mówi: „Im dalej w las, tym więcej drzew”. W przypadku tej serii dochodzimy do drewnianej ściany, której nie da się przejść lub przeskoczyć. Z dobrej sensacji zrobiono film o ciężkich rodzinnych relacjach, a nazwisko Mills oznacza nieustanne problemy. Nie ma spokoju i tyle.

Tym razem Bryan musi poradzić sobie z rozterkami swojej praktycznie dorosłej córki oraz ze swoją byłą żoną, która ma jakieś zatargi z obecnym mężem. W obu przypadkach to trochę za wiele jak na ex-agenta. Jeśli chodzi o zabijanie, to ma on maksymalny level, jeśli idzie o umiejętność „głowa domu” – to tu jest trochę gorzej. Na dodatek pewnego wieczora do mieszkania Millsa przychodzi obecny małżonek Lenore i żąda, aby zaprzestał on spotkań z byłą żoną, bowiem ma to wpływ ich obecne stosunki, które są bardzo kruche.

Następnego dnia Lenore smsuje do Bryana, ponieważ chce się z nim spotkać i będzie czekać na niego w jego mieszkaniu. Gdy były agent dotrze na miejsce, znajdzie swoją ukochaną z poderżniętym gardłem, a kilka sekund po tym zdarzeniu do domu wpada dwóch policjantów, którzy dostali zgłoszenie. Wszystko podejrzane i szyte grubymi jak palec, nićmi. Mills nie da się jednak zakuć w kajdany. Klepie stróżów prawa i daje nogę, po czym zaczyna na własną rękę prowadzić śledztwo w sprawie. W tym czasie na miejscu zbrodni pojawia się detektyw Dotzler. Widać, że facet z głową, to on będzie zajmował się sprawą. Teraz nasuwa się pytanie: kto będzie lepszy w tej rozgrywce? Czy Bryan rozwali winnych szybciej, czy może Dotzler dorwie go nim dojdzie do masakry. Jak myślicie?

Nie można narzekać na widowiskowość tej produkcji. Są pościgi, bicie po pyskach, strzelaniny i wybuchy, ale to już wszystko było w dwóch poprzednich częściach. Nie ma tu nic nowego – nic, zupełnie nic. Scenariusz to rodzinna historyjka z bandziorami w tle. Brakowało tylko porodu, ale spoko, ten pojawi się pewnie w czwartej części. Tak jak wspomniałem wcześniej, to film tylko dla fanów lub dla tych, którzy chcą wyłączyć mózg i pooglądać ruchome obrazki.

ONA:

Pierwsza część przygód Bryana Millsa, genialnego agenta rządowego „w stanie spoczynku” była świetna. Kino sensacyjne na bardzo wysokim poziomie, angażujące widza, z fajną, wartką fabułą, intrygą i efektami, które zachwycają. Druga część była „jeszcze zjadliwym”, acz już odgrzewanym kotletem. A trzecia?

Bryan (Liam Neeson) po tych wszystkich dziwnych akcjach z przeszłości próbuje poukładać sobie życie i idzie mu to całkiem sensownie. Z córką kontakt ma ciągle dobry, mimo, że to już dorosła kobieta „na swoim”. O dziwo – jego relacje z eks żoną też się poprawiają. Lenore nigdy nie opuściła serca naszego bohatera, ale Mills to człowiek honorowy, a ona ma przecież męża. Właściwie to powinnam napisać, że „jeszcze” ma męża, bo coraz bardziej się to małżeństwo sypie. Próbowali ze Stuartem wszystkiego, w tym terapii, i nic. Wydawać by się mogło, że Bryan odzyska względy Lenore i razem się zestarzeją, wtem – ONA UMIERA! Tzn. właściwie nie „umiera”, a „jest zabita” i tak sobie leży w łóżku Bryana. On jest w szoku, a potem wpadają odpowiednie służby i za wszelką cenę chcą zakuć Millsa – bo wygląda na to, że to jego wina. Udaje się mu zwiać, przecież to agent, ale teraz czeka na niego dużo ciężkich chwil. Musi udowodnić swoją niewinność, musi znaleźć mordercę, poskładać tę tragedię w sensowną całość i musi ochronić córkę. Dużo, jak na jedną osobę…

O tym jak szalenie przewidywalny jest ten film świadczy to, że Dejw rozpracował go po 28 minutach. Nie wiem co się stało z Lucasem Bessonem, ale ja na jego miejscu nie podpisałabym się pod tak nędzną i banalną produkcją. Nie ma w niej ani jednego elementu, który podobał mi się w części pierwszej. Abstrahując od fabuły – to sensacja więc nie ma co liczyć na głębię, ale za to bardzo liczę na „porwanie” mnie. Tu tego nie ma. Jest tu tyle sensu co w dobranockach, a i bohaterowie są równie przejmujący, co wypchane trocinami kukiełki. Zawsze najsłabszym elementem z obsady była Maggie Grace, która po prostu drażni. Tym razem dołącza do niej też Famke Janssen, bo jest irytującą babą i niestety, to nie koniec. Liam Neeson wyczerpał się w tym formacie. Te tytuły go wyssały – sam stał się parodią swojej własnej kreacji. Zawodzi. Zawodzi boleśnie, bo to fenomenalny aktor, a tu jest po prostu jakąś marną popierdółką. Ale spokojnie, jeszcze bardziej „komiczną” rolę ma tu Forest Whitaker, w roli gliniarza, który jedzie, jedzie, jedzie i dojechać nie umie. I właściwie skoro te dwie, szalenie istotne części, jakimi są fabuła i aktorzy zawodzą, to moim zdaniem nie ma zbyt dużego sensu, by sięgać po to dzieło. Chyba tylko po to, by przekonać się o tym na własne oczy. Oglądanie takiego filmu tylko dla pościgów, dość zwykłych – swoją drogą i dla kilku scen walki – no ja w tym nie widzę logiki.

Duży zawód, którego niestety się spodziewałam już po obejrzeniu trailerów.