ONA:
William Foster to metafora. „Niby czego?” – zapytacie. Ano moim zdaniem główny bohater świetnego filmu „Falling down” jest chodzącą alegorią frustracji, która drzemie w każdym z nas. Pytanie brzmi: kiedy się przeleje?
Miasto Aniołów, sam środek lata i do tego gigantyczny korek, w którym tkwi masa osób. Ktoś krzyczy, ktoś piszczy, dzieciaki z zasady są głośne i niespokojne, jest gorąco, a nawiew nie działa. Widzimy narastające wkurzenie głównego bohatera. Do wszystkiego brakowało jeszcze wstrętnej muchy, która natrętnie nie daje mu spokoju. Słowo klucz: frustracja… Ta scena nakręcona jest tak, że wręcz czujemy jego narastającą wściekliznę. Mężczyzna porzuca swój samochód i… wpada do sklepu pewnego pazernego Koreańczyka, który nie chce mu rozmienić pieniędzy. Krótka wymiana zdań między nimi doprowadza do furii Fostera (Michael Douglas). Demoluje mu biznes, wylewa na niego ogrom swoich nie do końca poprawnych politycznie (ale jakże prawdziwych) myśli, płaci za puszkę coli i… wychodzi. W tak zwanym „między czasie” poznajemy drugiego bohatera filmu Joela Schumachera. Jest nim starszawy pan policjant Martin Prendergast (Robert Duvall), który akurat dziś po raz ostatni pełni służbę. Jeszcze nie wiemy co przyniosą kolejne minuty filmu, ale możemy się domyśleć, że sierżant nie będzie miał prostego przejścia na emeryturę… Ich drogi prędzej czy później muszą się skrzyżować. Ale wróćmy do Williama. Póki co początek jego dnia jest hmmm… kiepskawy. A on tylko chce dotrzeć na urodziny swojej córeczki. By chwilę odsapnąć usiadł z wspomnianą już wcześniej puszką coli, ale nie ma co liczyć na spokój i ukojenie nerwów. Otóż pan inżynier felernie znalazł się na terenie miejskiego gangu, o czym informuje go dwóch meksykańskopodobnych jegomości. Nie wiem jak bardzo rasistowsko to zabrzmi, ale chyba nikogo nie zdziwi, że chłopaki żądają kasy. Foster próbuje z nimi polubownie negocjować, chce załatwić sprawę w pokojowej atmosferze, ale jego nowi znajomi mają to gdzieś. Więc co robi? Spuszcza im kulturalnie wpierdol. Cóż, to jedyne skuteczne rozwiązanie… Ale to jeszcze nie koniec problemów.
Oglądając ten film nie trudno oprzeć się wrażeniu (chociaż przez chwilę), że to William jest ofiarą systemu. Żona go zostawiła, a teraz utrudnia mu kontakty z córeczką, stracił dom, wyleciał z pracy i ciągle jakieś nędzne kreatury dodatkowo uprzykrzają mu jego i tak ciężki żywot. Na każdym kroku dręczą go jacyś obcokrajowcy, którzy żyją i czerpią korzyści w jego kraju, a to potem dopada go jakiś żebrak, żądając od niego wsparcia finansowego, nie wspominając już o tym, że nawet w restauracji go dymają ile wlezie, trzymając się ślepo procedur i mając w dupie podstawową zasadę, że klient ma zawsze rację. Swoją drogą – scena w burgerowni również jest epicka. Ludzie są z zasady do siebie wrogo nastawieni, nieuprzejmi i wredni. Ten film zwraca uwagę na ten problem w nieco przerysowany sposób, ale hej – każdy z nas był przynajmniej raz w takiej sytuacji.
„Upadek” to film o chorym społeczeństwie, chorym mieście, które wypełnione jest chorymi jednostkami. Ogromną rolę grają w nim napisy na reklamach, plakatach, które obserwujemy oczami głównego bohatera i które raczej nie napawają optymizmem. To również film o pseudomoralności i powolnego upadku zasad. Jest to dzieło zagrane genialnie, ze świetnymi zdjęciami i muzyką. Nie sposób go nie znać i nie polecać.
ON:
Jak wielu z was, jadąc rano do pracy, ma czasem ochotę wyjść z auta, jebnąć tym wszystkim w cholerę i pojechać w Bieszczady? Zaszyć się w małym domku i strugać Jezuski z drewna, wpieprzać szyszki i korę oraz złowione w pobliskim potoku ryby? Co nas powstrzymuje przed takimi decyzjami? Przeważnie bliscy, rodziny i dzieci, a także zobowiązania wobec pracodawców, jak i nas samych. Dodatkowo boimy się pewnych niewiadomych, między innymi tego, jak by się skończył taki nasz wypad. Bo zawsze może się okazać, że będzie to nasz „Upadek”.
Wszystko uzależnione jest od tego jak wiele mamy na głowie. William Foster stojąc w korku w pewnym momencie nie wytrzymuje. Wstaje, bierze swoją teczkę i opuszcza pojazd. W dupie ma to, co krzyczą do niego kierowcy innych aut, on po prostu chce opuścić to miejsce. To, co dla nas jest tylko marzeniem, Foster urzeczywistnił. Nie miał zamiaru siedzieć i narzekać, po prostu wziął los w swoje ręce. Skierował kroki do najbliższego spożywczaka i tam zaczęła się jego podróż w jednym kierunku. Teoretycznie jej celem jest dom byłej żony, gdzie jego córeczka będzie dziś miała urodziny. W praktyce to droga do zatracenia i wyniszczenia, na końcu której czeka na niego swoiste odkupienie. Co jest tak wyjątkowego w tej jednodniowej podróży? W ciągu tego dnia Foster zauważy to, co gryzie na co dzień Amerykę, a czego wielu z nas zupełnie nie dostrzega. Demokracja jest bowiem ładnie ubranym totalitaryzmem, który pod pięknym płaszczykiem ukrywa trybiki ludzkiej maszyny. Schematy, nakazy i zakazy pozwalają nam na „spokojny żywot” i dzięki temu czujemy się bezpieczniej, ich brak mógłby doprowadzić do anarchii. Ale czy są nam one aż tak bardzo potrzebne? Wielokrotnie zdrowy rozsądek pozwala nam pokierować lepiej naszymi poczynaniami. Czy jeśli klient przyjdzie i poprosi o wydanie śniadania kilka minut po tym jak przestaniemy je serwować, to czy mu odmówimy? Przecież nie możemy sztywno trzymać się reguł, bo pewnego dnia we wszystkich nas coś pęknie, weźmiemy do ręki karabiny i zaczniemy strzelać do ludzi na ulicy. Niestety, z systemem nie wygramy. Udowodniono nam to już wielokrotne i między innymi pisał o tym Orwell, Sołżenicyn, a także Suworow. Najgorsze jest to, że samotna jednostka jest cholernie słaba w tym codziennym świecie. Gdy nie masz ze sobą broni lub czegoś co skupi na tobie uwagę innych osób, to możesz zapomnieć, że uda ci się coś zmienić, że coś wskórasz. William idąc przez biedną dzielnicę widzi bezdomnych przymierających głodem, faceta z tabliczką „Będę pracował za jedzenie” i wiele innych dowodów na to, że „Amerykański sen” nie spełnił się każdemu. Złość, jaką w sobie tłumił, znalazła ujście na zewnątrz i teraz napotkane przez niego osoby doświadczają na własnej skórze jego „krucjaty”. Nie jest tak, że dostaje się bezbronnym i niewinnym, o nie. Trafi na azjatyckiego sprzedawcę, którego ceny nie są do końca rynkowe, członków gangu, kierownika sieci burgerowni i zafascynowanego nazizmem sprzedawcę ze sklepu militarnego. Każdy z nich ma na swoim koncie jakiś brudek, drobiazg doprowadzający do szału. Ile to razy mieliście ochotę dać w ryj kolesiowi w kolejce stojącemu za wami lub potelepać jakimś gówniarzem, bo cały czas was szturcha? Właśnie takie rzeczy kumulując się doprowadzają do największej kurwicy. William wkurzył się, bo jego hamburger nie przypominał tego ze zdjęcia, ale był płaską kanapką, jakiej nie zeżarłby nawet pies. Schumacher starał się pokazać widzowi, jak dużo rzeczy w naszym codziennym życiu przestało być dla nas ważne, bowiem zatraciliśmy się w pracy, postępie i konsumpcji, a ci najbliżsi zeszli na drugi plan. Rozstanie z żoną bohatera także jest przykładem na to, iż system nie do końca działa tak jak powinien. Sędzie wydaje bowiem zakaz zbliżania się Fostera do żony i córki tylko dlatego, że jego lepszej połowie wydawało się, iż jej facet może ją chcieć uderzyć. Tragizm bohatera polega na tym, iż w pewnej chwili przekracza punkt, z którego nie da się już zawrócić, a droga do „domu” zaczyna być usłana cierpieniem innych, mimo iż nie taki był zamysł „upadłego” mężczyzny.
„Upadek” jest dziełem wyjątkowym, reżyser Joel Schumacher, tworzący filmy bardzo dobre lub bardzo słabe, w tym przypadku przeszedł samego siebie. Pokazał współczesną metropolię z ostatnim sprawiedliwym, doprowadzającym się do samozagłady, gdyż system zżarł go od środka. Ogromne brawa należą się także Michaelowi Douglasowi za rolę Fostera. Co tu wiele mówić, mamy do czynienia z klasykiem z 1993 roku, który nawet teraz jest cholernie aktualny.
